Debata wokół słynnego serialu Netflixa solidnie rozgrzała Polskę. I – jak to często bywa – zaczynają się już narzekania na ten temat. Jedna z publicystek nazwała dyskusję „Lalkageddonem” – to aluzja do określenia „Armageddon”.
Inny z blogerów pyta: „Ciekawe, czy ktoś zbadał w Polsce i policzył, ile relacji – koleżeńskich, przyjacielskich, rodzinnych – popsuło się lub przestało istnieć przez gównoburzę w mediach społecznościowych o politykę, historię czy o »Lalkę«?”.
Jeszcze inny, kpiąc z opinii, że nowa ekranizacja powieści Prusa to porażka, kąśliwie odpowiada: „Naprawdę porażka? Porażka, o której mówią dwie trzecie Polaków?”.
Mnie osobiście ostre dyskusje wokół „Lalki” cieszą. To znaczy, że cała sprawa wywołała jakiś istotny spór o wartości. I od razu zacznę od jednego uściślenia. Wbrew niektórym krytykom serialu nie uważam go za nudny czy źle zrobiony w sensie dramaturgii realizacji filmowej. Nawet gra aktorska w wielu wypadkach jest całkiem ciekawa. Tyle że nie to jest istotą problemu. Jego problemem jest ideologizacja, i to natrętna. A ponieważ ten lewicowy lukier został położony na całkiem smaczne ciasteczko, według mnie jest podwójnie toksyczny.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
