Gdy kręciłem „Boso przez świat” w Tajlandii, kumpel z ekipy zamówił sobie do kolacji Sprite’a. Surowo nakazałem ekipie kupować wyłącznie napoje butelkowane dowolnej, ale światowej marki. Chodziło o to, żeby się nie zatruć wodą z niepewnego źródła. Na wielu wyprawach widziałem, co z ludzi potrafi zrobić „ten pyszny soczek, który sobie zamówiłem do obiadu”. (Przewodniki stosują określenia typu „zemsta faraona”. Ja uważam, że bardziej precyzyjne jest słowo „rozpierducha”).
W fabryce butelkującej napoje markowe filtrują wodę, bo się boją stracić licencję. No i dyrektor takiej fabryki jest zwykle biały i zagraniczny, czyli dba o filtry, bo sam też musi coś pić, a nie chce zdechnąć z amebą w brzuchu. Kumpel zamówił Sprite’a, ale przynieśli mu 7 Up. Obie butelki są zielone, czyli nie ma się o co spierać. Poza tym jesteśmy w Azji, a nie w Monte Carlo, jemy kolację, która będzie nas kosztowała 10 dolców na czterech, więc ja bym machnął ręką. No ale kumpel miał tego dnia krótką spłonkę i rozpoczął dyskusję z kelnerem. Ten stał grzecznie, słuchał spokojnie, a na końcu ukłonił się i powiedział łamaną angielszczyzną… i ja to teraz napiszę fonetycznie: Sejm, sejm, but different! Bon apetit.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
