Pogarda dla PiSowca

Pogarda dla PiSowca

Dodano: 455
Agnieszka Holland, Krystyna Janda
Agnieszka Holland, Krystyna Janda / Źródło: PAP / Bartłomiej Zborowski
TAKI MAMY KLIMAT || Tak się dziwnie składa, że od czterech lat to obrońcom demokracji jest najtrudniej pogodzić się z demokratycznym werdyktem. Pogarda jaka w ostatnich dniach wylała się ze strony obrażonych elit III RP na wyborców Prawa i Sprawiedliwości, jest nie tylko żenująca, ale też zwyczajnie głupia.

Zdecydowane zwycięstwo PiS-u w wyborach do Parlamentu Europejskiego wprawiło najradykalniejszych antykaczystów w szok. Po chwili nastała histeria, a wkrótce dołączył do niej gniew. Na festiwal pogardy względem PiSowców nie trzeba była długo czekać.

Po prawdzie takie zachowanie, patrząc z punktu widzenia samych antykaczystów, jest idiotyczne. Dopóki leming z „warszaffki” nie zrozumie, że niczym nie różni się od tego chłopa z Podlasia czy Podkarpacia, dopóty PiS będzie orał na prawo i lewo, wygrywając wszystkie wybory. Kaczyński nie ma większego sojusznika niż zblazowane, zadufane w sobie elitki z różnej maści TVNów. Janda, Stuhr, Nurowska – oni wszyscy ciężko pracują, żeby po jesiennych wyborach Kaczyński znowu miał większość w Sejmie.

Czas pogardy

Zróbmy krótkie podsumowanie tego, jak opozycja zwana „totalną” (a przynajmniej jej spora część) oraz jej zwolennicy poradzili sobie z dojmującą porażką.

Oczywiście po tych wyborach do historii przejdzie obrazek zamieszczony przez Krystynę Jandę – rubaszny polityk machający banknotem przed nosem klęczącej babci (zaciskającej ręce na różańcu) i rozkazujący „daj głos”. Ale słynna aktorka nie była jedyną osobą, która dała upust swej histerii, okazując pogardę zwycięzcom. Oj nie.

Bo oto nie żaden celebryta ze śniadaniówki TVN, tylko były prezydent Polski Bronisław Komorowski stwierdza, że na PiS głosowali ludzie niepłacący podatków, oto red. nacz. portalu wiadomo.co Przemysław Szubartowicz (niegdyś TVP) ocenia, że „Polakom po prostu podoba się brunatny odcień schyłku demokracji”, co koresponduje z tezami Maćka Stuhra, że powyborczą sytuację, która panuje w Polsce „trudno ogarnąć rozumem”, podczas gdy sama Polska to zdaniem aktora „ropiejący wrzód na samym środku europejskiej dupy”. W sumie i tak delikatnie, jeżeli się pomyśli, że Wojciech Czuchnowski z „Wyborczej” zaczął straszyć wyborców PiS Kodeksem karnym…

A to przecież jedynie kilka przykładów. Można tu wskazać również na grafikę autorstwa Marka Raczkowskiego, na wpisy Marii Nurowskiej czy prof. Sadurskiego, który w swoim powyborczym artykule tak bardzo starał się nie nazwać wyborców PiS idiotami, aby każdy zrozumiał, że za takich ich właśnie uważa…

Wspomniany obrazek Jandy spotkał się z krytyką zarówno prawicy jak i lewicy. Ci sami dziennikarze i politycy, którzy przez lata stosowali dokładnie ten sam język co Janda, nagle uznali, że granica została przekroczona i w świętym oburzeniu przebili niejednego kaczystę.

Zresztą ta sprawa dotyczy nie tylko Jandy; bo oto do szacunku dla wyborców Prawa i Sprawiedliwości zaczyna namawiać nie tylko Eliza Michalik z Superstacji (ta od stwierdzenia „Nie kupuję ludzi, którzy sprzedają wartości, godność, honor, życie ludzi (…)ktoś mi dał 500 Plus, to przepraszam prostytutką jestem?), ale nawet sam Tomasz Lis. Ten sam Lis zajmujący się opluwaniem wyborców partii, która mu się nie podoba. I on teraz zaczął namawiać do szacunku… Człowiekowi robi się niedobrze.

A sama Janda? Cóż, aktorka po fali krytyki szybko usunęła skandaliczną grafikę, ale usunęła jedynie to jedno, jedyne zdjęcie. Wszystkie pozostałe posty, o których nie było tak głośno, nadal sobie spokojnie wiszą na jej profilu. Każdy może wejść i się zanurzyć w jej bagienku przepełnionym stęchlizną zblazowania i poczucia wyższości.

„Widać, że nie warto być przyzwoitym - wygrywa oszustwo, szalbierstwo, pazerność, nieudolność, przekupstwo, korupcja”... – to jeden z postów, które aktorka udostępniła po przegranych przez nią wyborów. Piszę „przez nią”, bo wszak Janda już od dawna jest zadeklarowanym żołnierzem antykaczyzmu. „Polska nie "sercem" lecz "zadupiem" Europy” – to kolejny wpis, jaki „podała dalej” aktorka. „Kaczyński wycelował w bezmyślny elektorat, który ma w nosie demokrację, ekonomię... nawet ma w nosie uczciwość i prawdomówność” – to już fragment wpisu prezydenta Nowej Soli, który opublikowała Janda.

I tak można wymieniać i wymieniać. Te wszystkie wpisy wiszą tylko dlatego, że nie były tak powszechnie skrytykowane, jak słynny obrazek. Prawdę mówiąc łatwiej byłoby szanować aktorkę, gdyby wytrwała w swoim bucostwie i nie usuwała głośnej grafiki. A tak wyszła nie tylko na arogancką, chamską i infantylną, ale też po prostu na słabą i ulegającą stadu. Taki to artystyczny indywidualizm, który zanim cokolwiek poweźmie, to pięć razy się zastanowi, jak to będzie odebrane przez innych.

Sama Janda to jednak tylko symbol. Ładnie ogniskuje kompleksy elitek III RP, ale jest jedynie odbiciem ich światła. Sam problem jest o wiele głębszy.

Wyparcie. Rzeczywistość nie istnieje

Szczególnie charakterystyczny jest artykuł w powyborczej „Polityce” (jest to też jedna z pierwszych analiz, jaka się ukazała w prasie po wyborach), gdzie Janusz Ćwieluch komentując wyniki głosowań w jednej z polskich wsi stwierdza, że „młodzi upewniali się u rodziców, czy dobrze skreślili, starszym trzeba było pomóc skreślić, żeby wygrało PiS”. Dalej zaś znajdujemy wyjątkowo znamienne zdanie, które więcej mówi nam o stanie admiratorów III RP niż wszystkie politologiczne analizy; Ćwieluch pisze: „W Kuleszach Kościelnych czas wyznacza pora dojenia krów i kościelny dzwony. Świadomość też”.

Takie to wszystko proste, takie łatwe. Z jednej strony wieśniacy, co to – jak to ujął pan Łoziński z KODu – nie czytali Gombrowicza i nie wiedzą, „jaką liczbę barionową mają mezony” (to nie żart, on naprawdę to powiedział), a z drugiej MY – klasa średnia, inteligencja, młodzi i wykształceni (to swoją drogą ciekawy temat, w jakim fałszu tkwią około-kodziarze; bo przecież ani oni młodzi, ani żadna z nich klasa średnia, a i o wykształceniu można dyskutować).

To znamienne – im PiS odnosi większy sukces, tym media III RP mocniej podkreślają różnice między wsią a miastem, jak również tym dobitniej zaznaczają, że elektorat z wyższym wykształceniem nie głosuje na Kaczyńskiego.

To rekompensowanie sobie porażek jest starą – paradoksalnie – do bólu polską chorobą – to choroba „moralnego zwycięstwa”. Powstanie niby przegrane, ale odnieśliśmy moralne zwycięstwo, kampania wrześniowa przerżnięta, ale nie oddaliśmy ani guzika. Podobnie sprawa wygląda tutaj (toutes proportions gardées rzecz jasna) – niby PiS wygrał, ale to my odnieśliśmy sukces moralny. Bo na Kaczyńskiego głosowała hołota siłą odciągnięta od dojenia krów i kościelnego konfesjonału, a my – inteligencja i klasa średnia – poparliśmy siły demokracji i Europy. A ciemnocie ich własne dzieci musiały pokazywać, jak się głosuje.

„Co jest rozumne, jest rzeczywiste; a co jest rzeczywiste, jest rozumne” – twierdził Hegel, co następnie chętnie podchwytywała europejska prawica XIX i XX wieku, wskazując, że na rzeczywistość nie można się obrażać, gdyż ta jest, jaka jest – nie da się jej zanegować. Dzisiejsza opozycja tymczasem tkwi w swoich bańkach medialnych, które skrupulatnie budowała przez całą III RP.

Nie ma tu miejsca, by się szerzej nad tym rozwodzić, ale salony pod batutą Michników, Lisów i innych TVN-owych tuzów przez lata stworzyły cały świat mitów i przekonań, a teraz, gdy ten świat się wali, ci którzy uwierzyli w te mity, wolą odwrócić wzrok od faktów, wolą skupić się na obrażaniu przeciwników i utwierdzaniu samych siebie się w słuszności obranej drogi. To oczywiście jest bardzo wygodne, tak jest łatwiej, to zwalnia z myślenia, ale dla samej opozycji jest wprost paraliżujące.

Wielce charakterystyczna jest tutaj wypowiedź prof. Radosława Markowskiego z Uniwersytetu SWPS, który (nomen omen w programie Onetu, który jest współtwórcą wspomnianej „bańki”) przekonywał, że PiS… wcale nie wygrał wyborów. Jego zdaniem PiS będzie siedział na oślej ławce, nie będzie miał nic do powiedzenia, a wybory w Polsce na tle całej UE porównał do wyborów w województwie lubelskim na tle całego kraju. Doszło do tego, że Eliza Michalik (!) musiała stanąć w obronie rozumu, protestując, że co jak co, ale ciężko nie przyznać, że PiS po prostu te wybory wygrał. I to znacząco. Obrażanie się na fakty niczego nie zmieni.

Bo jak się słyszy Schetynę, który przekonuje, że prawdziwymi zwycięzcami wyborów są SLD, Inicjatywa Barbary Nowackiej, Zieloni oraz inne podmioty tworzące KE, to można się uśmiechnąć (co lider PO ma teraz innego mówić?), ale gdy takie bzdury powtarza wykładowca wyższej uczelni, który ma robić za niezależnego eksperta, to jednak troszkę co innego. Ale wykładowcy też mogą być lemingami, też mogą tkwić w mitach i być ofiarami „bańki”. Nie różnią się w tym względzie od zwykłych śmiertelników. To kamyczek do ogródka zwanego „wykształceni głosowali przeciw PiS”.

Radykalni zwolennicy antykaczyzmu mają de facto dwie opcje: albo wyprzeć ze świadomości, że PiS wygrał, albo próbować sobie to racjonalizować przez poniżanie przeciwnika. Tylko że i jedno i drugie działa na korzyść prezesa PiS. Jest też oczywiście trzecia opcja – zaakceptować porażkę, przemyśleć ją i wysnuć jakieś konstruktywne wnioski. Tej opcji chyba jednak nikt na poważnie nie rozważa.

Salon niereformowalny

Gdy wiele miesięcy temu rozpoczynałem cykl „Tak Mamy Klimat”, jeden z pierwszych artykułów zatytułowany „Zgnoić PiS-owca” był poświęcony z grubsza temu samemu tematowi, co poniższy tekst. Wtedy przytoczyłem całą serię obelg od takich person jak Agnieszka Holland, prof. Zbigniew Mikołejko czy Adam „Nergal” Darski, których wypowiedzi kipiały od pogardy skierowanej pod adresem wyborców Prawa i Sprawiedliwości.

Pisałem wtedy, że Grzegorz Schetyna, jeżeli faktycznie chce pokonać PiS, musi postawić wszystko na jedną kartę i radykalnie odciąć się od tych głosów. Nie od jednej Jandy, czy od jednego Stuhra; nie, musi odciąć się od całej tej pseudo elity, która żyje w wiecznym kompleksie Polaka, żałując, że nie przyszło im urodzić się Francuzem, Niemcem, no albo przynajmniej Rosjaninem. Owszem, ryzykowne zagranie, skowyt gwarantowany, bardzo możliwe, że salony III RP poczułyby się zdradzone i zgotowałyby Schetynie prawdziwe piekło, doprowadzając do końca jego kariery. Możliwe. Jednak tkwienie w tym chocholim tańcu, w jakim opozycja znalazła się po przegranych wyborach, niczego nie zmieni. Jak nauczał Wergiliusz, fortuna sprzyja śmiałym.

Ale żadnego odcięcia się od tych kręgów nie było i nie będzie. Szczególnie na rzeczonych salonach, które nie widzą żadnej potrzeby dokonania samooczyszczenia. Jest wprost przeciwnie; świadczy o tym niedawna kampania, gdzie Nergal (obok Stuhra, Rubik czy Ostaszewskiej) był naczelnym autorytetem zachęcającym do udziału w głosowaniu, przekonując, że wysoka frekwencja jest taka wspaniała dla demokracji (cóż, los bywa złośliwy, więc Nergal dostał to, do czego sam namawiał – rekordową frekwencję). Żadnej refleksji tam nie ma i nie będzie.

Krótkie otrzeźwienie przychodzi tylko po wyborach i to tylko na chwilę, czego przykładem może być prezydent Aleksandra Dulkiewicz, która z uśmiechem patronowała bluźnierczym przemarszom i nagle po wyborach, w których liberałowie dostali łupnia, przypomniała sobie, że „oj oj prześladowanie katolików to jednak nic fajnego, dziewuchy, weźcie się tam no już uspokójcie”. Jakoś ciężko uwierzyć w szczerość tych zapewnień.

Zresztą Dulkiewicz to przecież jedynie wierzchołek góry lodowej. Problem polega na tym, że sam Schetyna nie chce dokonać korekty, że nigdy nie odetnie się od tych, jak to śpiewał Kaczmarski, „trzeciorzędnych statystów” zachęcających do wrzasku i plucia, gdyż w rzeczywistości nie zależy mu na pokonaniu Kaczyńskiego, tylko na zwycięstwie nad Donaldem Tuskiem. Kaczyński jest jedynie schwarzcharaktererem, negatywnym punktem odniesienia, Sauronem III RP, który pomaga mobilizować spanikowany Lemingrad. Dla pokonania Tuska Schetyna jest gotów oddać Polskę Kaczyńskiemu na całe dekady.

I tak się teraz dzieje. Każda kolejna obelga, każde kolejne wyzwisko pod adresem wyborców PiS jest jedynie na rękę Kaczyńskiego. Nikt nie lubi, jak się go obraża. Bez względu na wykształcenie i miejsce zamieszkania. Maksymalnie upraszczając sprawę, duża część opozycji zachowuje się obecnie niczym mężczyzna, który próbuje poderwać kobietę, a gdy ta mu odmawia, w odpowiedzi zaczyna ją wyzywać od dziwek. Taką strategią opozycja nie przekona żadnego elektoratu do siebie. Jest wprost przeciwnie, sama wpycha wyborców w objęcia Kaczyńskiego.

Przez tyle lat TVNy opowiadały, że gdy zbliżają się wybory, PiS chowa „do szafy” Macierewicza i Ziobrę. Czas najwyższy by zastosowali tę metodę wobec własnych szeregów. Janda, Komorowski, Jażdżewski, Stuhr, Lis, Nurowska, Mikołejko, Rzepliński, Czuchnowski… jeżeli opozycja marzy o jakimkolwiek sukcesie to musi ich wszystkich schować do jakiejś bardzo, bardzo, baardzo głębokiej szafy. Szafę następnie zamknąć na zamek, a klucz wyrzucić do oceanu. Najlepiej do Rowu Mariańskiego.

Jednak wydaje mi się, że jest to niemożliwe. Opowieść o moralnej wyższości nad PiS-owcami jest chyba zbyt silnym budulcem narracji całej III RP. Odrzucenie tego poczucia bycia lepszym mogłoby skutkować załamaniem się tego wszystkiego, w co wierzyli przez ostatnie 30 lat. Któż by się na to odważył?

Artykuł wyraża poglądy autora i nie musi być tożsamy ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz poprzednie teksty z cyklu "TAKI MAMY KLIMAT":

Czytaj też:
Upada największy mit naszych czasów
Czytaj też:
Sekielski ciekawszy od Parlamentu Europejskiego

Autor: Jan Fiedorczuk
Źródło: DoRzeczy.pl
 455
Czytaj także