Paweł Lisicki i prowadzący Piotr Szlachtowicz rozmawiali na kanale Tygodnika Do Rzeczy na YouTube m.in. o wydarzeniach wokół konfliktu Rosji z Ukrainą w kontekście trwających przygotowań do negocjacji, które mają wojnę zakończyć. Rozgrywka toczy się przede wszystkim między Waszyngtonem a Moskwą, co nie podoba się politycznym liderom Europy.
– Nikt, kto obserwował kampanię w USA, nie może być zaskoczony, ponieważ Donald Trump podczas kampanii wielokrotnie mówił o tym, że jednym z jego głównych celów będzie doprowadzenie do pokoju z Rosją i zakończenie wojny na Ukrainie – przypomniał publicysta.
Lisicki: Mamy do czynienia z teatrem
Lisicki zwrócił uwagę, że Trump mówił wielokrotnie, że jego zdaniem nie musiało dojść do tej wojny, była ona wynikiem błędów także Zachodu. – Wskazywał, że kontynuacja wojny nie ma ani celu strategicznego, ani politycznego, ani żadnego innego i poza tym, że masowo giną ludzie, bardzo ciężko powiedzieć, jak zwolennicy kontynuacji wojny wyobrażają sobie cel, który mogliby osiągnąć – przypomniał. Cele, o których mówili, jak powrót Ukrainy do granic sprzed roku 2014, były nierealistyczne ze względu na sytuację na polu walki.
Cele te byłyby do osiągnięcia, gdyby do działań zbrojnych na Ukrainie włączyły się wojska USA i Europy, ale nikomu nie zależało na wybuchu wojny światowej. – Mamy do czynienia z teatrem – z jednej strony przywódcy europejscy, jak zresztą poprzednio Joe Biden, prężyli muskuły, opowiadali, jak bardzo pomagają Ukrainie i że jest to najważniejsze, ale w praktyce ta pomoc ograniczała się do przysposabiania Ukraińców do dalszej wojny – powiedział Lisicki, przypominając, że w końcu Ukrainie zaczęło brakować ludzi na front.
Niezdolni analizować i oceniać rzeczywistość
– Od samego początku mówiłem, że mamy do czynienia z polityką nieprawdopodobnie wręcz cyniczną, polegającą na tym, że używa się najmocniejszych słów, pięknie brzmiących, a tak naprawdę używa się Ukraińców do wykrwawiania Rosji – powiedział Lisicki. Dodał, że w politykę taką szli jednak niemal wszyscy na Zachodzie – wyjątkiem były Węgry i premier Orban, a później także Słowacja i wreszcie Trump, którzy z kolei wskazywali, że Ukraina w końcu nie wytrzyma, bo Rosja jest silniejsza.
– Przywódcy europejscy przez ostatnie trzy lata jak jeden mąż twierdzili – tylko pomoc militarna, dawać więcej rakiet, więcej sprzętu, więcej wyposażenia, więcej pieniędzy. I powtarzali, że nie ma żadnej możliwości porozumienia, jeśli Rosja nie zrezygnuje z terenów, które zajęła. Przecież każdy, kto ma minimalną wiedzę historyczną, musiał sobie zdawać sprawę, że mamy do czynienia z ludźmi niezdolnymi do analizowania i oceniania rzeczywistości. W tym sensie Europa sama się z tej gry wyłączyła, powtarzając uparcie i nierozsądnie kontynuując linię, która była narzucona z Waszyngtonu za prezydentury Joe Bidena – powiedział publicysta.
– Europa wystąpiła jako swego rodzaju naganiacz dla polityki Bidena, bez zastanowienia się, co chce osiągnąć – powiedział redaktor.
W dalszej części rozmowy Paweł Lisicki mówił m.in. o zwołanym przez prezydenta Macrona nieformalnym szczycie europejskich przywódców w Paryżu, a także o pomysłach wysłania kontyngentów wojskowych na Ukrainę.