It is over. To jest ten lejek

It is over. To jest ten lejek

Dodano: 7
Dystans społeczny. Zdj. ilustracyjne
Dystans społeczny. Zdj. ilustracyjne / Źródło: Pixabay
DZIENNIK ZARAZY II 17 kwietnia, dzień 411. Wpis nr 400 zakażeń/zgonów 2.675.874/61.825 II Dziś mój wpis numer czterysta. Nagromadziło się tego, nie mówię, że niespodziewanie. Jak zwykle przy takich okazjach sięgam wstecz by zobaczyć inne „okrąglaki”, po to by zorientować się jak ewoluowałem ja i świat.

W końcu po to zacząłem pisać ten dziennik. Lektura podsumowań to dobra okazja by prześledzić jak to się wszystko zmieniało. Zazwyczaj to były dwie okazje – okrągła liczba wpisów albo okrągły okres czasu. Teraz przychodzi druga fala – facebook wysyła przypomnienia co się miało na swoim wallu dokładnie rok temu i człek sobie odtwarza swoje ówczesne stany świadomości. Postanowiłem więc raczej zastanowić się nad sobą niż nad zmianami świata sprzed wpisu nr 400.

Wydaje mi się, że moje nastawienia z początku pandemii były podobne do wielu ludzi i to na całym świecie. Właśnie dlatego zacząłem pisać „Dziennik”. Wydawało mi się, że zapis samych refleksji nad światem, ludźmi i sobą z pozycji zwykłego człowieka da w końcu sumę nieznanej ewolucji, którą – wierzyłem – przejdziemy. Okazało się, że była to jednak ewolucja, której zostaliśmy poddani. A więc co się mnie/nam na początku wydawało?

Myślałem, że to będą jakieś niezwykłe wakacje, że świat zafundował sobie parotygodniowy urlop za friko. I to niezwykły, bo w zamknięciu. Nawet w pierwszym wpisie przebąkiwałem coś o rekolekcjach, czasie wyhamowania, który może sobie człowiek sam, a może i cały świat, zafundować w tym wyjątkowym czasie. To zamknięcie miało też cechy obiektywnego wymogu. Co z nim i kto zrobi, to była kwestia indywidualnych decyzji. Ja na przykład myślałem, że się wreszcie wyśpię, uporządkuję swoje życie, nawet zrobiłem sobie listę niezałatwionych i odkładanych spraw, za które się wreszcie wezmę. Takie podejście, myślę, że powszechne, zakładało wtedy, że „to się wszystko kiedyś skończy” i wrócimy do starego świata, taki jaki był, tyle, że z pozałatwianymi sprawami. Czyli bilans wyglądał nieźle.

Ja już to kiedyś przeżyłem. Kiedy aresztowano mnie w stanie wojennym zaraz po jego ogłoszeniu to spałem w areszcie po 16 godzin. Wtedy, jeszcze przed stanem wojennym pracowałem w Solidarności na cały etat, jednocześnie studiując na dziennych studiach. Pod koniec grudnia 1981 roku byłem już wrakiem niewyspanego młodzieńca (praca była głównie po nocach) i gdyby nie stan wojenny, paradoksalnie, to albo by mnie wyrzucili za studiów, albo bym się wykończył. Też więc te ekstremalne rekolekcje internowania – na początku – traktowałem jako zrządzenie od złego losu, zrządzenie, które mogę jakoś przemienić na swoją korzyść.

Tu było jednak inaczej. Internowanie dawało jednak (fakt, że spełnioną nie wiadomo kiedy) nadzieję, że to się kiedyś skończy. I człowiek w końcu wyszedł na wolność. My, wchodząc w kowida też mieliśmy taką nadzieję, pamiętacie? W końcu wiedzieliśmy wtedy o wirusie – w tym względzie wiemy to i do dzisiaj -, że wykluwa się on do 2 tygodni i że zamykając się w marcu na dwa miesiące wyjdzie tak jak zawsze wychodziło przy kwarantannach: kto zakażony to zachoruje albo nie, chorych poleczymy, reszta odczeka i po dwóch miesiącach, czyli z potężną zakładką, wyjdzie na świat zdrowych. Tak to zawsze działało od wieków i po to instytucja kwarantann istnieje w naszej zbiorowości. A więc mieliśmy perspektywę zamkniętego okresu czasu i wyjścia na „normalny świat”. Tak wchodziliśmy w tę pandemię.

Okazało się inaczej. Okazało się, że spłaszczamy krzywą zakażeń, czyli tak naprawdę spowalniamy tempo przyrostu infekcji, by się nam służba zdrowia nie zatkała. To podejście zakładało nie zatrzymanie wirusa, ale odwrotnie – że zakazi się większość, chodziło tylko o tempo. To dość nowatorskie podejście, które przyniosło odwrotne skutki. Statystki po roku takiej strategii szaleją wraz z paniką w umysłach ludzi, codziennie podsycaną przez media.

Pamiętacie Państwo media z początków pandemii, a media dzisiaj? Wtedy nie można było ekscytować tysiącami zgonów, a więc przekaziory zajmowały się tym co trzeba. Co wiemy o wirusie, jak chronić siebie i bliskich. A więc robiły swoją robotę, choć zaczęły się już strachy chińskie, potem lombardzkie. Wtedy nie tak strasznie straszyły, dziś zajmują się tylko tym. A efekty? I co, spadło nam po takiej państwowo-medialnej strategii? Kontrolujemy w ogóle swoimi reakcjami cokolwiek? Nie – jesteśmy biernymi biorcami zdarzeń, na które reagujemy jako państwo chaotycznie i z opóźnieniem. Co gorsza prokurując samym sobie jeszcze większe problemy.

Ciekaw jestem jak byśmy zareagowali wtedy wchodząc w kwarantannę, która nas miała oczyścić, a która okazała się wejściem w lejek, z którego nie ma wyjścia, a który nieuchronnie nas prowadzi w niewiadomą. Co by powiedzieli restauratorzy w marcu 2020 wiedząc, że zamykają się na rok, a niektórzy na zawsze? Hotelarze? Ci z siłowni? Przedsiębiorcy nagle zauważyli, że kluczowy w ich przyszłości okazał się kod PKD, który przy rejestracji wpisywało się samemu spod grubego palca i jak ktoś się wtedy machną to tracił w pandemii lub zyskiwał. Nikt z nas nie myślał, że to tak długo potrwa.

Zniknęła społeczna wizja „końca tego wszystkiego”. Nikt już się nie łudzi, że nastąpi taki dzień, iż wyjdzie ktoś odpowiedzialny i powie – wirus się skończył, było ciężko a teraz – jak po wojnie – wracamy do roboty, odbudujemy wszystko tak jak było wtedy, przed. Że znowu będziemy siedzieć sobie w knajpach, szaleć w klubach, a jak zechcemy to tanimi liniami polecimy gdzie chcemy na weekend. It is over. To jest ten lejek. Wiemy, że nie będzie takiego momentu, o czym zapewniają nas wszyscy dookoła. To prawda, niestety, ale ta prawda zabija nasze podstawowe marzenie, motywację popychającą nas do walki, którą staje się kowidowa codzienność. Walczymy wiedząc więc, że wynik będzie niepewny i pewnie gorszy od nieodgadnionej przyszłości. Czasy sprzed 2020 odchodzą niepowstrzymanie w przeszłość, będziemy je wspominać jak jakiś piękny sen, a przyszłe pokolenia albo nam nie będą wierzyć, że tak kiedyś było, albo zazdrościć.

Pamiętam, że ja – nawet w swoim dzienniku – przebąkiwałem, że taki reset świata daje jakąś szansę. Że może zamknięcie na dwa miesiące (naiwniak, c’nie?) to całkiem niezła cena by świat i ludzie się zatrzymali i zastanowili nad sobą. Bo ten świat, o którym teraz marzymy z rozrzewnieniem miał przecież wiele wad do wyeliminowania. Niestety i w przypadku ludzkim, i światowej organizacji cywilizacji ten okres wydobył z nas rzeczy gorsze, nie lepsze. Ludzie pękli w presji podstawowych instynktów sprowadzonych do dominanty strachu (o własne!) życie, co zburzyło i tak już wątłe relacje społeczne. A świat? Cóż, świat ujawnił czające się do tej pory w poczekalni trendy, dla których kowid stał się kluczem do drzwi, otwartych na globalne wyjście. Idziemy coraz szybciej w czasy ekstremów – podziału społecznego i gospodarczego na masowych biorców tego co para państwo-korporacje nam przeznaczyły.

Kowid miał ujawnić to, na co świat czekał. Ja myślałem, że pod powierzchnią ukrywały się i rzeczy dobre, które teraz wyjdą na światło dzienne. Że ludzie odnajdą w sobie swoje własne ja, do tej pory zaganiane w bieżączce. Że wyjdzie z nich to tłamszone dobro i będziemy lepsi po tym resecie. Wyszła kompletna degrengolada społeczna, a indywidualnie – strach, jeden z podstawowych motywatorów na poziomie… zwierzęcym. Który nigdy jeszcze nie był jedyną dominantą ludzkich zachowań, zawsze był w jakimś miksie, teraz gra solo. Myślałem, że świat się nad sobą zastanowi, ale ten tylko przyspieszył ukryte do tej pory trendy, w przeważającej mierze – negatywne.

I to wszystko śledziłem przez swoje 400 wpisów. Ale pora na dobre wiadomości. Redakcja tygodnika „Do rzeczy”, na której portalu publikuję również swój „Dziennik”, zgłosiła mnie do nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, co sobie szczególnie cenię, mając nadzieję, że coś z tego będzie. Zwłaszcza, że mój przyjaciel, który już kiedyś zaryzykował wydając mój „Trzeci sort”, powiedział, że jak dostanę tę nagrodę to wyda drukiem „Dziennik zarazy”. Ale jak tu go wydać, skoro to już 400 zapisków, średnio po dwie strony. Takiej cegły na osiemset stron to nie ma co wydawać czy kupować. A było się trzymać początkowego założenia idealnie 3,5 tysiąca znaków (ze spacjami)… Ale pękłem w maju i to przez tego Hołownię.

A instynkt podpowiadał, żeby powstrzymywać twardymi założeniami swoje pisemne gadulstwo. No, ale wtedy to ja się wybierałem na „Dziennik zarazy”, który będę pisał przez góra dwa miesiące. I myślałem, że jakoś wytrzymam. Jak wszyscy.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Czytaj też:
Kanada: Drugi w ciągu tygodnia przypadek zakrzepów po szczepieniu AstraZeneką
Czytaj też:
Schreiber: Nie ma problemu zalegania szczepionek z powodu niedostosowania punktów szczepień

Źródło: dziennikzarazy.pl
+
 7
Czytaj także