• Łukasz WarzechaAutor:Łukasz Warzecha

Kolaż Warzechy

Dodano: 
Kolaż Warzechy
Kolaż Warzechy 

Będąc w Lesznie, rozmawiałem z miejscowym przedsiębiorcą, który dużą część lat 80. spędził w Stanach Zjednoczonych. I pewnie tam właśnie nabył niepoprawnego upodobania do wolności nie tylko gospodarczej. Mój rozmówca opowiedział mi, jak podczas wizyty Jarosława Kaczyńskiego w Lesznie jakiś czas temu został zaproszony na obiad z prezesem PiS i pojawił się tam ze starym znaczkiem Unii Polityki Realnej w klapie. (Dziś UPR to już całkiem co innego niż kiedyś, a Janusz Korwin-Mikke jest szefem partii Wolność, ale sentyment do dawnych upeerowskich symboli świetnie rozumiem.) Jako że czarno-biało-błękitna flaga dawnego UPR jest dobrze rozpoznawalna dla osób zajmujących się polityką, zauważył ją i Jarosław Kaczyński, który z pewnym zdziwieniem spytał, dlaczego na spotkanie z nim przedsiębiorca przyszedł z taką właśnie wpinką w klapie.
– Panie prezesie: wolność, własność, sprawiedliwość – zacytował zagadnięty hasło UPR. – Czy pan się z tymi rzeczami zgadza?
Kaczyński przyznał, że się zgadza. Ale uczynił to po cichu.

***

Wracając z Leszna, zahaczyłem o Wrocław, gdzie – jako namiętny gość (i recenzent) muzeów zwiedziłem otwarte niespełna pół roku temu Centrum Historii „Zajezdnia”. „Zajezdnia” faktycznie mieści się na terenie dawnej zajezdni autobusowej, w jeszcze przedwojennym budynku, z którego po wojnie zostały jedynie ściany szczytowe, ale później, po odbudowie, służył przez lata. Tam w sierpniu 1980 zaczął się strajk wrocławskiej komunikacji miejskiej w geście solidarności z robotnikami Wybrzeża.
Kto chce poczuć klimat Ziem Odzyskanych, powinien „Zajezdnię” odwiedzić. Mogą to zrobić również ci, którzy w stolicy nie mają gdzie pokazać swoim dzieciom, jak wyglądał Peerel. Bowiem, mimo wielokrotnie prezentowanych projektów, Warszawa nie dorobiła się swojego muzeum Peerelu, a w „Zajezdni” trochę rzeczy z tamtego okresu zobaczymy. Są kultowe marki papierosów, chropowaty papier toaletowy, pasta BHP czy mydło „Jacek i Agatka”. Oraz pistolet zabawkowy „Precyzja” (sam taki miałem!). Ale są też powielacze „Solidarności” i opozycyjne bibuły.

Bywa jednak tak, że jakiś jeden eksponat pozostaje w pamięci szczególnie, choćby całość była bardzo atrakcyjna. Mnie w pamięci pozostała czarna, milicyjna pałka, wisząca wśród wotów wypożyczonych z jednego z wrocławskich kościołów. I także będąca wotum, o czym świadczy dołączona do niej tabliczka z następującym tekstem:
„Ja, który nie umiałem powiedzieć »nie«, proszę o przebaczenie Boga i ludzi. Odtąd wierny Matce Boskiej Pocieszenia. Były funkcjonariusz WUSW [Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych]. Wrocław, 13 kwietnia 1986 r.”.

***

W wywiadzie w radiowej Jedynce pan minister Błaszczak, mocno podenerwowany, był uprzejmy oburzyć się, że mecenas Pociej, adwokat Sebastiana K. podejrzewanego o spowodowanie wypadku, w którym ucierpiała pani premier, „podważa ustalenia śledztwa”. Ustalenia, które – zdaniem pana ministra – już teraz jasno wskazują na Sebastiana K. jako sprawcę. „No, ale za to [adwokat] ma płacone” – dodał minister z niejaką pogardą w głosie.

Informuję pana ministra, bo może ma w tej dziedzinie jakieś luki w wiedzy, że jednym z zadań adwokata w procesie karnym jest podważanie wyników śledztwa. Na tym między innymi polega jego praca. Przypominam także panu ministrowi, że w zdecydowanej większości przypadków za pracę się w Polsce płaci, nawet adwokatowi. Ministrowi zresztą chyba również? Nawet kiepskiemu.

***

W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego powstał projekt nowelizacji prawa prasowego (które wciąż mówi o Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, tak jest nowoczesne) w aspekcie dotyczącym autoryzacji. Autoryzacja jest wynalazkiem z głębokiej komuny, nieznanym na Zachodzie, gdzie politycy z zasady biorą odpowiedzialność za swoje wypowiedzi, a media wiedzą, że jeżeli je przekręcą, czeka je bolesny proces.

MKiDN ma zaproponować, aby na autoryzację były 24 godziny, „chyba że rozmówcy umówią się inaczej”. Autoryzacja według tego projektu nie może też polegać na zmienianiu tekstu w sposób tak daleko idący, że wypaczy to sens pierwotnej wypowiedzi.
To oczywiście pomysły pożyteczne i rozsądne, ale w istocie niczego nie zmienią. Dziennikarze, nie chcąc zrażać polityków, będą się z nimi regularnie „inaczej umawiać”; bardzo też wątpliwe, aby mieli stawiać na ostrzu noża kwestię zmian „zbyt daleko idących”. Jedynym rozwiązaniem, które ostatecznie rozwiązałoby problem polityków zmieniających własne wypowiedzi po ich wygłoszeniu, byłoby jasne, jednoznaczne i ostateczne skasowanie kuriozalnego tworu, jakim jest autoryzacja.

***

„Gazeta Wyborcza” opublikowała rozmowę z Wojciechem Andrusiewiczem, rzecznikiem ZUS. Pretekstem do niej była sprawa, w której między innymi na podstawie profilu pewnej pani na Facebooku ZUS odmówił jej wypłaty zasiłku macierzyńskiego. Domorośli detektywi z ZUS uznali, że pani ta kłamała w swoich wyjaśnieniach dotyczących sprawy. Będąc już w ciąży, zatrudniła się u pewnego człowieka, którego miała poznać – jak twierdziła – dopiero w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Tymczasem – odkrył ZUS – na FB była jego znajomą od dawna.

To bardzo ciekawy wniosek. Ja wśród swoich znajomych na FB mam nawet nie dziesiątki, ale setki osób, których na żywo nigdy na oczy nie widziałem ani nie zamieniłem z nimi w realu ani jednego słowa, nawet przez telefon. Czy Sherlock Holmes z ZUS uznałby, że kłamię, mówiąc, że ich nie znam? Może ZUS powinien przedstawić swoją autorską definicję pojęcia znajomości?
Na miejscu wspomnianej kobiety zaciągnąłbym ZUS natychmiast przed sąd i tam przeczołgał w możliwie najbardziej upokarzający sposób. Bo na nic innego ta instytucja nie zasługuje.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także