Barnevernet, azyl w Polsce i sabotaż Radziwiłła

Barnevernet, azyl w Polsce i sabotaż Radziwiłła

Dodano: 24
Dziecko
Dziecko
Norweżka z dzieckiem ucieka do Polski, tymczasem polska rodzina ukrywa się przed polską policją. Tak było jeszcze kilka dni temu. Wczoraj uchylono pośpiesznie wydaną w piątek (tuż przed weekendem) decyzję o odebraniu małżeństwu z Białogardu. Nie mamy jednak pewności, czy nastąpiłoby to również bez nagłośnienia jej w mediach, nie mamy też jeszcze w ogóle pewności, jak ona się skończy.

Silje Garmo to obywatelka Norwegii, która razem z córeczką schroniła się w Polsce przed prześladującym je Urzędem ds. Opieki nad Dziećmi (Barnevernet, BV) i poprosiła u nas o azyl. W ślad za Silje wnioski o azyl ma jeszcze złożyć kilka innych rodzin nękanych przez BV.

Gdy polityczna poprawność zaczęła na Zachodzie coraz bardziej „przykręcać śrubę”, a w Polsce pojawiła się szansa na normalność stało się oczywiste, że o ile normalizacja w Rzeczypospolitej będzie postępować, a Europa się nie opamięta, prędzej czy później pojawią się uchodźcy. Autentyczni.

Byłoby to z korzyścią i dla uchodźców, i dla nas. Uciekinierzy z krajów Zachodu mieliby bezpieczną przystań, Polska zastrzyk kapitału ludzkiego lepszej zapewne jakości, niż „lekarze i inżynierowie” przybijający do brzegów Włoch i Grecji.

Na razie uchodźcami tymi są, jak się wydaje, przede wszystkim, o ile nie wyłącznie rodziny, które padły w swoich ojczyznach ofiarą instytucjonalnej przemocy.

Czy Polska jest wolna od instytucjonalnej przemocy wobec rodzin?

W dniach, gdy polska opinia publiczna z uwagą śledzi losy prześladowanej przez (pseudo?) lekarzy i sąd rodziny z Białogardu, pytanie to wydaje się retoryczne. Czy mamy do czynienia z objawem wady systemowej? Jakie są przyczyny tak rażącego łamania autonomii rodziny i praw dziecka? Nadużycie? Przypadek? Skąd się wzięły narzędzia i możliwości takiego działania?

Białogardzki donos i próba sądowego rozbicia tej rodziny jest jednym z wielu, zapewne tysięcy, podobnych przypadków, jakie ciągle dzieją się w Polsce. Jest wierzchołkiem gigantycznej góry lodowej jaka jest instytucjonalna przemoc wobec rodzin. Wierzchołkiem, który akurat wydostał się na powierzchnię medialnego przekazu, ale żadną miarą nie jest wyjątkiem.

Rodzice z Białogardu najwyraźniej uwierzyli, że Polska nie jest krajem, w którym wedle nakazu cara Piotra I rodzice mają wobec lekarza (psychologa, policjanta, pani z MOPSu, nauczyciela, sąsiada, który również może stworzyć złośliwy donos, etc., etc., etc.) „mieć wygląd lichy i durnowaty, by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć” wyżej wymienionych. Takich niepokornych trzeba odpowiednio zdyscyplinować, by nauczyli się, kto rządzi. By nie przyszło im nigdy więcej do głowy, że to, że jakaś tam premier Szydło z odległej galaktyki w jakimś tam Grodzisku Mazowieckim z okazji jakiegoś tam święta rodziny głosi, że „rodzina jest podmiotem i ma być podmiotowo traktowana”, będzie obowiązywało w Białogardzie.

Instytucjonalna przemoc wobec rodzin to wciąż codzienność

Dla ścisłości, w Grodzisku też nie do końca obowiązuje. Pisząc wyżej o sąsiedzie myślę o znanej mi historii donosu na wielodzietną rodzinę w tym właśnie, oficjalnie promującym wielodzietność mieście. Choć takich historii pewnie są w całej Polsce setki, jeśli nie tysiące. O innym dramacie matki i dzieci, do którego doszło w wyniku niesprawiedliwego postanowienia grodziskiego sądu, pisaliśmy już na portalu:

Czytaj też:
Potrzebowała pomocy, zabrali jej dzieci
Czytaj też:
Młoda matka walczy o dzieci

Jeszcze inny przypadek: policja w wyniku donosu dokonuje inwigilacji rodziny. W jej trakcie rodzice z góry są traktowani jak podejrzani. Policjanci z wyższością, by nie rzec, nutką sadyzmu, w sposób demonstracyjny wyrażają satysfakcję z coraz większych możliwości stosowania instytucjonalnej przemocy wobec rodzin. Po czym sporządzają notatkę, w której zawierają szereg negatywnych fałszywych informacji pomijając jednocześnie te fakty, które świadczą o bezpodstawności „aktu oskarżenia”. Taka notatka przed sądem może być potraktowana jako dowód o większej wadze niż zeznania rodziców, którzy jako jedyni mogliby zaświadczyć o nieuczciwości i o negatywnym stosunku policjantów do samej zasady przestrzegania praw dzieci i rodzin.

Być może w ten właśnie sposób sąd w Białogardzie potraktował opinię tamtejszych lekarzy. Jeśli tak, to trzeba stwierdzić, że doszło do rażącego naruszenia praw rodziny, ponieważ jej autonomia i podmiotowość są jednym z jej praw fundamentalnych. Również dzieci mają prawo do wzrastania i wychowania w bezpiecznej rodzinie.

Na jakiej podstawie oskarżono rodziców o "porwanie" własnego dziecka?

W relacjach medialnych, łamiąc m.in. zasadę domniemania niewinności, zarzucano rodzicom „porwanie” dziecka. Przede wszystkim zdziwienie musi budzić bezrefleksyjne powtarzanie tego stwierdzenia, stanowiącego, jak się wydaje, gwałt na logice. Zastanówmy się przez chwilę, jak można określić postępowanie matki w połogu i ojca nowonarodzonego dziecka, opuszczających szpital, mianem „porwania”? Czy orzeczenie sądu, być może wprowadzonego w błąd, być może błędne samo w sobie, zmienia zasady moralne? Rodzice, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, mieli obowiązek obrony dziecka przed zagrożeniem. Z perspektywy rodziny nękanej instytucjonalną agresją nigdy nie ma pewności, jak ta agresja się skończy. Przecież dzieci zakatowane na śmierć przez „rodzinę zastępczą” spod Pucka również kierowano tam „dla ich dobra”. Rodzice dziewczynki z Białogardu działali w stanie wyższej konieczności.

Ale czy można mówić o porwaniu choćby z formalnego punktu widzenia? Rodzicom nie odebrano – na szczęście – praw rodzicielskich. Jedynie wydano wyrok ograniczający te prawa. Czy to oznacza, że mieli je faktycznie ograniczone w momencie opuszczania szpitala? O tym relacje milczały. Sugerując niejako, że skoro został wydany wyrok, to tak – prawa rzekomo są ograniczone.

Tymczasem zasadniczo postanowienie o ograniczeniu praw rodzicielskich jest skuteczne od momentu uprawomocnienia. Trwa to kilka tygodni (14 dni od otrzymania uzasadnienia postanowienia, nie od jego wydania), wydaje się więc, że albo rodzice w momencie wyjścia ze szpitala mieli pełnię praw rodzicielskich, albo też sąd zachował się w jeszcze bardziej niezrozumiały sposób nie tylko pozbawiając rodziców możliwości skorzystania choćby z pomocy prawnej, ale i nadając swej decyzji rygor natychmiastowej wykonalności. W takiej sytuacji tym bardziej trudno się dziwić, że rodzice działając pod presją czasu i uzasadnionej obawy o dobro noworodka uciekli, chroniąc siebie i dziecko przed instytucjonalną przemocą.

Efekt niechlubnej postawy mediów widoczny był w komentarzach internautów, którzy z pozycji wszystkowiedzących ekspertów potępiali rodzinę uznając, że realizacja praw pacjenta, jaką jest żądanie pełnej informacji o zabiegach oraz możliwość odmówienia ich stosowania, to niebotyczna głupota. Nigdzie nie informowano, że chodziło od zabiegi od dawna niestosowane w cywilizowanych placówkach i uznawane za niepotrzebne przede wszystkim przez samych specjalistów.

Po raz kolejny nakręcono szczepionkową histerię, znów gwałcąc zasady logiki. Z jednej strony twierdzono, że chodzi o wcześniaka, z drugiej jako jeden z zarzutów pod adresem rodziców podnoszono brak zgody na wykonanie szczepień. Zdaniem wielu specjalistów noworodków z zasady nie należy szczepić w pierwszej dobie.

Skoro dziecko miało być wcześniakiem (według niektórych przekazów nie jest to prawda), decyzja o odmowie szczepienia byłaby tym bardziej uzasadniona. To, że rodzice mieliby być przeciwnikami szczepień jako takich, czy chociaż przeciwnikami przymusu szczepień (co przecież również nie może być pretekstem do stosowania instytucjonalnej przemocy wobec takiej rodziny) – wcale jeszcze z tej odmowy nie wynika. Z opublikowanego przez ojca dziewczynki nagrania można się domyślać, że rodzice są zwolennikami możliwości podejmowania świadomej zgody na szczepienie. Taka postawa nie jest niczym złym.

Nie widać na tym nagraniu rodziny patologicznej, tym mniej – sadystów „zagrażających życiu i zdrowiu dziecka”. Słyszymy wypowiedź inteligentnego człowieka. Całe postępowanie rodziców wskazuje, że dla dobra dziecka są zdolni stawić czoło niekompetentnym i niegrzecznym (jak na porodówce może pracować lekarz, który jest w stanie pyskować do ojca, że „zagraża on zdrowiu i życiu dziecka”?) funkcjonariuszom.

To nie pierwszy przypadek, gdy sprawcy instytucjonalnej przemocy uderzają w mądrych i kochających rodziców. Być może zbyt mądrych i kochających, przez co ignorujących wspomniany wyżej nakaz Piotra I. Wydawałoby się, że z nadejściem „dobrej zmiany” można będzie odetchnąć od narzucanych odgórnie, „rozsądnych” (na poziomie pojmowania przeciętnego leminga) przekazów o różnych pancernych brzozach. Wszak i wtedy osoby kontestujące oficjalną wersję były uznawane za oszołomów spierających się z oczywistą prawdą naukową.

W przypadku Białogardu dzięki wypowiedziom szeregu autorytetów medycznych wiemy, że rodzice mieli rację nie wyrażając zgody na pewne niekonieczne czy wręcz szkodliwe zgodnie z obecną wiedzą zabiegi. Ale gdyby taka sytuacja miała miejsce 30 czy 50 lat temu? Wówczas te zabiegi byłyby „zgodne z naukowym standardem”, zaś postawa rodziców – jak dziś wiemy, mądra i racjonalna – przejawem „antykąpielostwa” czy „anty-zabiego-Credostwa”. Nauka, rozsądnie traktowana, jest pomocnym narzędziem. Traktowana jako źródło prawdy objawionej, w sytuacji, gdy sama potrafi zmieniać to swoje objawienie o 180 stopni, staje się zwykłym zabobonem. Z czysto logicznego punktu widzenia takim samym, jak wiara w uzdrowienie poprzez włożenie dziecka na trzy Zdrowaśki do pieca.

Rodzice z Białogardu wiedzieli, że maź poporodowa chroni dziecko. Wiedzieli więcej, niż duża część rodziców, wypełniająca posłusznie wszystkie polecenia „autorytetów”. Była to wiedza prawdziwa i oparta na konkretnych podstawach. Matka tytułowego Antka i Rozalki z noweli Prusa wierzyła „autorytetowi”, który z punktu widzenia jej społeczności miał podobną pozycję do lekarza dziś. Jakaś jej sąsiadka czy kuma mogłaby „wiedzieć więcej”. Mogłaby, niczym rodzice z Białogardu, nie wyrazić zgody na zabieg. Czy znachorka powinna wówczas w trybie natychmiastowym udać się do sądu w celu ograniczenia takiej matce praw rodzicielskich?

Ktoś powie, że to nadużycie. Pieczenie dziecka w piecu jest w sposób oczywisty okrutną zbrodnią, zaś wiedza lekarska wydaje się mieć solidne podstawy.

Chodzi o co innego. Chodzi o autonomię rodziny. W obu przypadkach rezygnacja z zabiegów była korzystniejsza, choć oczywiście ryzyka związane z ich wykonaniem były zupełnie różne. W Białogardzie niedokształceni lekarze zemścili się na troskliwych i dobrze wyedukowanych rodzicach. Dlaczego? Bo mogą. Rodziny nękane instytucjonalną przemocą doskonale wiedzą, że ogromny arsenał narzędzi stworzonych rzekomo w celu „pomocy rodzinie” świetnie służy do ataku na nią. Zachowanie sprawców instytucjonalnej przemocy często przypomina zachowanie ordynatora z Białogardu w materiale TVN24. Ludzie ci potrafią przekonująco umotywować swoje pomówienia i donosy, traktując jednocześnie zaatakowaną rodzinę z lekką, ale sugestywną pogardą.

A dobra zmiana?

A podmiotowość i autonomia rodziny? Wydaje się, że ekipa rządząca ma ogólną świadomość konieczności ochrony tej podmiotowości i autonomii. Mamy przecież nie tylko cytowaną wyżej deklarację premier Szydło, ale i konkretne działania min. Jakiego, w tym zmiany w prawie. Również opracowanie sędziego Trybunału Konstytucyjnego, Justyna Piskorskiego, o ojcostwie, świadczy o świadomości wagi problemu. Sędzia Piskorski pisze o „substytucji ojcostwa”, jaką uzurpują sobie różne instytucje, ale również o poważnych społecznych konsekwencjach.

Trudno w tym kontekście zrozumieć zachowanie min. Radziwiłła, który wydaje się w pełni popierać zachowanie lekarzy z Białogardu. Już z punktu widzenia samej zasady służebności państwa wobec obywateli jest to niewłaściwe. Jako pacjenci otrzymujemy komunikat, że w razie łamania naszych praw resort zamiast stanąć w naszej, słusznej, obronie będzie się kierował źle pojętą korporacyjną solidarnością. To zaufania do służby zdrowia z pewnością nie zwiększy. Choćby w kontekście pozostającego w tle wydarzeń w Białogardzie sporu o szczepienia – o przymus, ale również o wiarygodną informację i o sam kalendarz – wygląda na to, że ministerstwo obrało kurs na konfrontację. Jeśli zaufanie do lekarzy będzie spadało, prawdopodobnie podejrzliwość będzie rosła, i trudno się temu dziwić. Jeśli resort twierdzi, że odmowa szczepień jest groźna, a jednocześnie stymuluje ją poprzez obniżanie poziomu zaufania, to coś tu nie gra.

Gdyby komuś zależało na rozwiązaniu tego sporu, powinien tym bardziej dbać o przejrzystość i wiarygodność służby zdrowia. Rodzice, których cechuje dociekliwość w zakresie czy to szczepień, czy w ogóle opieki nad dziećmi, zapewne nie są wariatami, jak chce to sugerować główny ściek, ale środowiskiem, w którym bardziej niż przeciętnie dba się o dzieci. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że również o wychowanie moralne i np. patriotyczne - o ile poparcie udzielane prześladowcom przez przedstawicieli najwyższych władz jeszcze do tego nie zniechęciło. Jeśli ministerstwo chce właśnie takie środowiska wystawiać na celownik złośliwych donosicieli, to jest to wiadomość złowroga.

Nie można usprawiedliwiać popierania skłonności donosicielskich czy inwigilacyjnych – skłonności, które cechują osobników stających się w razie dziejowego kataklizmu szmalcownikami, konfidentami – rzekomą dbałością o dobro dziecka. Możliwość wychowania w bezpiecznej rodzinie jest jednym z podstawowych praw dziecka. Inwigilacja rodziny już jest dość drastyczną formą przemocy wobec niej i wobec dziecka. Samo zagrożenie taką przemocą połączone ze świadomością potencjalnych skutków, już niszczy to poczucie bezpieczeństwa. Członka rządu, który popiera takie standardy można porównać do dentysty wyrywającego zęby na wszelki wypadek. Nie jest prawdą, że zębów nie należy nigdy wyrywać. Ale czyni się to wówczas, gdy rwanie jest mniejszym złem. Podobnie interwencja zewnętrzna w rodzinę jest usprawiedliwiona tylko wtedy, gdy jest mniejszym złem – bo złem jest zawsze. Nie można inwigilować rodzin na wszelki wypadek, albo z błahych powodów. I nie jest to przyzwolenie na przemoc domową. Przeciwnie, również sprawcy przemocy domowej dzięki obowiązującym obecnie rozwiązaniom zyskali nowe narzędzia nękania najbliższych.

By rodziny, polskie i uciekające z krajów o jeszcze gorszych standardach, miały to poczucie bezpieczeństwa, potrzebna jest eliminacja zagrożenia przemocą instytucjonalną. To truizm. Wróćmy do reportażu red. Niewińskiej z Łaźniewa. Matka, ofiara tej przemocy, rozpaczliwie broniąc swoich dzieci została niejako przez agresorów zmuszona do ujawniania w mediach informacji osobistych, które powinny pozostać jej prywatną sprawą. Odwrotnie prześladowcy. Ci, choć im samym powinno zależeć, by być niczym zona Cezara, kryją się przed mediami za zasłoną anonimowości. Mamy prawo wysnuć stąd wniosek, że nadal będą stanowić potencjalne zagrożenie. Czy pamiętamy sprawę państwa Bajkowskich? Złośliwy psycholog, którego kwalifikacje rodzina uznała za niewystarczające, przygotował donos, który sprowadził na tę rodzinę istną tragedię. Czy pamiętamy nazwisko tego psychologa, wiemy, czy ktoś z naszych bliskich nie korzysta z jego usług? Czy mamy pewność, że przestał być groźny?

A przecież nie wystarczy obronić konkretną rodzinę. Należy zapobiec również potencjalnym próbom kolejnych agresji.

Może warto właśnie sprawcom tego rodzaju przemocy zakładać swego rodzaju „niebieskie karty”, których treść każda zainteresowana rodzina mogłaby sprawdzić? Nie ma tutaj zagrożenia niepotrzebnym łamaniem niczyjej autonomii, ponieważ jest to zupełnie inna sytuacja. Chodzi o osoby w ten czy inny sposób dobrowolnie biorących na siebie społeczną odpowiedzialność. Nie wolno też zamykać oczu na fakt, że w przypadku przedstawiania fałszywych, stronniczych opinii, pism itd. przez lekarzy, policję czy kogokolwiek traktowanie ustnego zeznania członków rodziny jako z góry mniej wiarygodnego jest niemal tożsame z niesprawiedliwym, skazującym wyrokiem. Tym bardziej w przypadku takiej kartoteki nie ma powodu, by z zasady ignorować doniesienia od rodzin.

Autor: Krzysztof Jasiński
Źródło: DoRzeczy.pl
 24
Czytaj także