Artykuł 7., czyli wypychanie Polski na margines

Artykuł 7., czyli wypychanie Polski na margines

Dodano: 51
Jean Claude-Juncker, szef Komisji Europejskiej
Jean Claude-Juncker, szef Komisji Europejskiej / Źródło: Flickr / European People's Party / CC BY 2.0
Czy grozi nam, że procedura związana z artykułem 7. Traktatu o Unii Europejskiej zostanie doprowadzona do końca, czyli do nałożenia sankcji, włącznie (choć niekoniecznie) z zawieszeniem prawa głosu w organach UE? Raczej nie. Procedura jest trzyetapowa, my jesteśmy pomiędzy pierwszym a drugim etapem: Komisja Europejska zawnioskowała do Rady Europejskiej o stwierdzenie, że następuje u nas „poważne i stałe naruszenie […] zasad określonych w artykule 6 ustęp 1” Traktatu o UE. Te zasady to ogólniki, pod które każdy może sobie podłożyć, co mu pasuje: „Unia opiera się na zasadach wolności, demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych wolności oraz państwa prawnego, które są wspólne dla Państw Członkowskich”.

Rada Europejska może stwierdzić, że naruszenie następuje, po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego i – to najważniejsze – jedynie jednomyślnie, oczywiście z wyłączeniem państwa, które jest na cenzurowanym. Ta jednomyślność będzie niemal na pewno nieosiągalna. Nie dlatego jednak, że ktokolwiek – choćby Węgrzy – z miłości i sentymentu rzucą się ratować braci Polaków. Tak może tę sytuację widzieć tylko wzmożona, posługująca się emocjami część polskiej opinii publicznej.

Nie – motywacja jest całkowicie pragmatyczna. Po pierwsze – przeprowadzenie procedury sankcji wobec Polski, kraju jednak dużego, oznacza, że w razie sporu z twardym rdzeniem UE lub europejską biurokracją podobnie może zostać potraktowany niemal każdy inny mniejszy kraj, szczególnie spomiędzy nowych członków UE, ale nie tylko. Rumunia, mająca – podobnie jak Polska – bardzo dobre relacje transatlantyckie, a zabierająca się właśnie za reformę swojego wymiaru sprawiedliwości, to najnowszy przykład.

Po drugie – opory mogą mieć nawet kraje „starej” Unii. Raz już coś podobnego się zdarzyło, choć nie działał wtedy jeszcze Traktat o UE, a więc nie było artykułu 7. Na podstawie innych przepisów 17 lat temu na kilka miesięcy w prawach członka UE zawieszono Austrię po tym, jak w skład koalicji rządzącej weszła Partia Wolnościowa Jörga Haidera (wybrana oczywiście w demokratycznych wyborach). Ten krok wpędził UE w głęboki kryzys polityczny i szybko się z niego wycofano. Nikt nie jest w stanie do końca przewidzieć, jakie polityczne skutki dla całej UE miałoby skuteczne sięgnięcie po procedurę z artykułu 7., a to rodzi jednak obawę przed skorzystaniem z niego do końca.

Po trzecie – część krajów UE asekuruje się wzajemnie przed skutkami artykułu 7., czego nie będą mogły robić, jeśli któreś z nich się złamie. I to jest główna motywacja Budapesztu, Bukaresztu i innych. Polska, pozbawiona ewentualnie prawa głosu w Radzie Europejskiej, nie będzie mogła zablokować podobnej procedury wobec choćby Węgier.

To wszystko daje, jako się rzekło, wysokie prawdopodobieństwo, że do sfinalizowania procedury z artykułu 7. nie dojdzie, ale nie daje pewności, ponieważ tej nigdy w polityce nie ma.

Nie podzielam opinii, że atak na Polskę jest sprawą wyłącznie ambicji przede wszystkim Fransa Timmermansa. To oczywiście może odgrywać jakąś rolę – przegrany we własnym kraju polityk próbuje utrzymać się na fali, wałkując jedyny możliwy w swojej sytuacji temat – ale rzecz jest zbyt poważna, żeby była to wyłączna przyczyna. A to oznacza, że być może jest w planach taka zagrywka, która ostatecznie wyizolowałaby Polskę, pozbawiając nas całkowicie wsparcia. Argumenty by się znalazły – odpowiednia kombinacja impulsów finansowych, zakulisowych ofert i gróźb mogłaby zdziałać wiele. Polityka międzynarodowa, w tym wewnątrzunijna, to brutalna gra, w której nie ma sentymentów.

Czy taki wariant niechętne nam czynniki będą chciały zrealizować, zależy w dużym stopniu od tego, czy jesteśmy w pewnym sensie przypadkową ofiarą tendencji, które widać w UE coraz wyraźniej (renacjonalizacja polityki, nowa waga duumwiratu francusko-niemieckiego w związku z wyjściem Wielkiej Brytanii), czy też nie – chodzi konkretnie o nas. Tego nie wiemy do końca, ale mamy podstawy, żeby sądzić, że niestety zachodzi ten drugi przypadek. Niestety – bo to oznacza, że problemem jest współistnienie modelu państwa, jaki oferuje obecna władza, z modelem, jaki jest gotowa zaakceptować Unia, czyli przede wszystkim jej najważniejsze państwa.

I tu pojawia się sprawa kluczowa: spór o to, jak tę sytuację opisywać. Od tego bardzo wiele zależy, bo opis tworzy sprzężenie zwrotne między elektoratem a politykami, szczególnie dzisiaj w Polsce mocne, napędzające tę czy inną dynamikę wydarzeń. Niestety, narracje opisujące spory, konflikty, zależności – w tym zwłaszcza w polityce międzynarodowej – które najlepiej się dzisiaj w Polsce sprzedają, są skrajnym przykładem podejścia nierealistycznego, emocjonalnego, opartego na skrajnie uproszczonych schematach myślowych, całkowicie fałszujących rzeczywistość: źli Niemcy – dobrzy Polacy; zła Bruksela – dobra Warszawa; patrioci z PiS – Targowica z PO – i tak dalej.

Oczywiście tego typu schematy istnieją w niemal każdym kraju UE i w niemal każdym (może poza specyficznymi miejscami typu Luksemburg) odgrywają jakąś rolę w kształtowaniu polityki zagranicznej. Jednak w państwach o ustabilizowanej tradycji i mechanizmach władzy ten wpływ jest mimo wszystko ograniczony. Poza najburzliwszą nawet narracją w sferze publicznej istnieje dobrze zaplanowana strategia, która znajduje swoje odbicie w wypowiedziach polityków, debatach, artykułach, dyskusjach.

W Polsce tymczasem ta właśnie strategiczna warstwa – poza publicystami hobbystami i analitykami o bardzo ograniczonym wpływie na władzę – właściwie nie istnieje. Ile polscy politycy napisali (nawet już nie w prasie międzynarodowej, ale choćby w krajowej) programowych artykułów, pokazujących spójną i jasną wizję naszej strategii wobec Unii? Z ostatnich miesięcy pamiętam jeden taki tekst Witolda Waszczykowskiego, na dość wysokim poziomie ogólności. Pamiętam też jedną wypowiedź byłej już pani premier – na Forum Polityki Zagranicznej. Wystąpienie mówiło o tym, w jakiej Unii chcemy być, ale w najmniejszym stopniu nie wskazywało praktycznego sposobu wyjścia z impasu, w jakim bez wątpienia się znaleźliśmy. Poza tym – nic. Debata skupia się niemal wyłącznie na hasłach, a usłużni wobec rządu dziennikarze nie starają się z jego przedstawicieli wyciągnąć niczego ponadto.

Jak łatwo było przewidzieć, kryzys związany z uruchomieniem artykułu 7. przez Komisję Europejską został zatem zinterpretowany zgodnie z obowiązującymi po obu stronach narracjami. Po stronie zwolenników rządu rzecz jest prosta: Unia nie może już doić dumnej Polski, która wstaje z kolan, więc wysłała wariata Verhofstadta, pijaczka Junckera i frustrata Timmermansa, żeby nas ustawili do pionu. Ale my się nie damy i nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest marszałek Śmigły-Rydz… To z innego okresu, ale pasuje idealnie: wśród zwolenników władzy panuje ten sam nastrój bezmyślnego i bezrefleksyjnego optymizmu co wśród zwolenników Sanacji w 1939 roku, przekonanych, że Niemców to my, panie, po prostu czapkami nakryjemy. Zatem – niczego nie zmieniać, żadnych kompromisów, my mamy rację i słuszność moralną, a wobec tego „całe piekła pękną”, by zacytować jednego z romantycznych wieszczów (którym zresztą zawdzięczamy ten fatalny sposób myślenia).

Po stronie przeciwników rzecz jest równie jasna: zły Kaczor dyktator podporządkował sobie sądy, stłamsił wolność i demokrację, przeto przychodzą nam z pomocą prawdziwi przyjaciele Polski, dzięki którym zła dyktatura zostanie w końcu pokonana.

Obie te wizje są tak beznadziejnie prostackie, że zęby bolą, gdy trzeba je zreferować. O tym, o co w tej grze może faktycznie chodzić, napisał w znakomitej, głębokiej analizie Piotr Skwieciński. Powtarzać tez Piotra nie ma sensu, można je tylko uzupełnić. Na przykład o ogólny kontekst, o którym wspominałem wyżej.

Zatem prawdą jest, że PiS wręcz ostentacyjnie okazywał niekompatybilność z tym, czym miałaby być UE według państw „starej” Unii. Jednak dodać trzeba, że dzieje się to w momencie, gdy następuje ewidentna redefinicja związków pomiędzy obiema częściami Europy: „starą” i „nową”. Znów – zgoda z Piotrem, że kryzys tożsamości UE nie okazał się tak głęboki i gwałtowny, jak mogli mieć nadzieję niektórzy zwolennicy obozu rządzącego, liczący na rychłe przesilenie, ale jednak trwa. Na razie jest na etapie ucierania się na nowo tandemu Berlina i Paryża, przy wciąż dość młodej prezydenturze Macrona i braku rządu w Niemczech. Czyli nasza niekompatybilność może się okazać niejako podwójna: raz – z wyobrażeniem o państwie członku UE, jakie mają elity starej Unii; dwa – z nowym kształtem tejże.

Przede wszystkim jednak wydaje się, że Piotr Skwieciński zrezygnował z pociągnięcia swojej analizy ku zasadniczemu, niełatwemu pytaniu: ku czemu zmierzamy? Pytanie o Polexit jest oczywiście na razie stawiane głównie przez opozycję i sympatyzujące z nią media, aby wpędzić PiS w rolę zwolenników wyjścia Polski z UE – to przejrzysta, bardzo prosta gra, która miałaby doprowadzić do pozbawienia wsparcia PiS przez Polaków, dla których członkostwo w UE jest ważne i pożądane. A to ogromna grupa.

Lecz gdzieś tam majaczy jednak zasadniczy problem: czy aby na pewno obie strony – i brukselska, i rząd w Warszawie – mają pełną kontrolę nad procesem, który na razie, w planie korzyści doraźnych, może im się obu wydawać korzystny? Wszak Bruksela dyscyplinuje innych niepokornych, robi problemy wyłamującej się z szeregu Polsce, tworzy być może uzasadnienie dla przedstawienia nam gorszych warunków w różnych kwestiach (od nowego budżetu po energetykę); rząd PiS zaś wzmacnia polaryzację w kraju i sprawia, że opozycja w postaci Nowoczesnej i PO sama ochoczo wchodzi w napisaną dla nich przez piarowców władzy rolę neotargowiczan.

Tyle że to już nie tylko teatr dla gawiedzi. Na razie dynamika poparcia dla pozostania w UE wydaje się nie zmieniona. Chce tego, według najnowszego sondażu, 83 proc. Polaków. Ale trudno udawać, że za sprawą działań obu stron – nawet jeśli ich zamiary takie nie są, a tego byłbym niemal pewny – zaczęło się powolne wypychanie Polski na margines. Margines w UE lub na zewnątrz niej – nie wiadomo. To kwestia zapewne dość dalekiej przyszłości, ewentualnych nowych rozwiązań formalnych lub nieformalnych, ale nie sposób udawać, że ten proces się nie zaczął.

Czy to źle? Rafał Ziemkiewicz postawił tezę, że w UE uzyskaliśmy już wszystko, co mogliśmy, i pora się wynosić. Ja również widzę Unię jako związek w ogromnej mierze pragmatyczny. Idealizm europejskiej wspólnoty wartości, który przyświecał ojcom założycielom takim jak Robert Schuman czy Alcide de Gasperi, zdewaluował się dzisiaj do teatrzyku, odgrywanego przez oszalałego Verhofstadta, przerażająco słabą intelektualnie Thun czy podpitego Junckera. Nie zmienia to faktu, że UE jest wciąż czymś więcej niż tylko wspólnotą handlową: jest wspólną przestrzenią stabilności politycznej. To w naszej strategicznej sytuacji ważne – zapewne nie tak jak własna sprawna armia i wiarygodne sojusze obronne, ale jednak ważne. Nie jesteśmy w położeniu geograficznym Norwegii, której znakomicie wystarcza członkostwo w Europejskim Obszarze Gospodarczym. Dlatego pytanie, czy na obecnym etapie wciąż warto pozostawać w UE, uważam za w ogromnej mierze retoryczne (choć w dyskusji publicystycznej lub eksperckiej jest absolutnie uprawnione).

Dlatego obecna dynamika polityczna wygląda niepokojąco. Piotr Skwieciński ma rację, zauważając, że rząd PiS od samego początku ustawił kurs na konfrontację – pokazywanie twardemu jądru UE, że teraz przyszli trudniejsi zawodnicy. Niestety, to trochę jak z postawieniem się największemu zakapiorowi w klasie. Można to zrobić nawet nie mając sojuszników i samemu będąc drobnej postury, licząc na to, że zakapior się wystraszy i odpuści. Niestety, jeśli tylko przyjdzie mu chęć sprawdzić, ilu naprawdę mamy kumpli i jak się umiemy bić, dostaniemy po prostu w papę i na tym skończy się kozakowanie. Teraz jesteśmy na etapie, gdy zakapior zaczął brać zamach. Nie wiemy na sto procent, czy kumple, którzy obiecali pomóc, na pewno się pojawią, ale wiemy na pewno, że jeśli zostaniemy sami, skończymy z rozkwaszonym nosem, wybitym zębem i złamanym żebrem.

Nasza polityka wobec UE od dwóch lat sprowadza się głównie do podkreślania, że się nie damy. W sferze realnych spraw osiągnęliśmy niewiele: trwa spór o Nordstream 2, pakiet zimowy ma niekorzystną dla nas postać, jesteśmy na cenzurowanym, nie przedstawiliśmy żadnej spójnej i całościowej wizji Unii, jakiej byśmy chcieli ani nie zyskaliśmy żadnego realnego wpływu na działania najważniejszych aktorów, a na dodatek mamy za sobą całkowicie zbędną batalię przeciwko Donaldowi Tuskowi. Takie akcje jak ta ostatnia zachwycają oczywiście twardy elektorat, nieposługujący się z zasady rozumem, ale emocjami, a tym samym napędzają polityków do podobnych zachowań w przyszłości. Pozostaje kwestią dyskusyjną, w jakim stopniu nasza postawa miała wpływ na wycofywanie się Brukseli z koncepcji przymusowej relokacji imigrantów. Faktem bezspornym pozostaje, że w wyniku przyjęcia niepragmatycznej postawy („nie przyjmiemy nikogo” zamiast pozornej deklaracji o realizacji zobowiązania rządu PO w choćby 10 procentach) grozi nam wyrok TSUE i kara finansowa. Ale znów – ta twarda postawa zachwyca twardy elektorat i sprzężenie zwrotne działa.

Wszystko to może prowadzić do powolnej zapewne, ale jednak zmiany nastrojów w sprawie członkostwa naszego kraju w Unii, i w Polsce, i w państwach rdzenia UE. A przynajmniej dotyczących uczestniczenia (nie: poddania się) w głównym nurcie polityki UE. Kłopot w tym, że dziś deeskalacja napięcia wymagałaby znacznie większych umiejętności dyplomatycznych niż gdyby od początku rząd PiS prowadził inną politykę. To zapewne jest wciąż możliwe i trzeba mieć nadzieję, że premier Morawiecki tę konieczność rozumie. Nie wiadomo jednak, czy na tym etapie deeskalacji chce jeszcze druga strona.

Pozostaje pytanie, co można było zrobić inaczej. Nie chodzi oczywiście o to, żeby nie wprowadzać reformy sądownictwa, która była zresztą tylko pretekstem do zajęcia się Polską. Ale pretekst był potrzebny dlatego właśnie, że rząd PiS postanowił okazywać ostentacyjną pogardę dla reguł, narzucanych przez twarde jądro UE. W sferze realnej niewiele się zmieniło – nie wszedł nawet podatek od hipermarketów, a zagraniczne inwestycje są wciąż hojnie wspierane przez Warszawę. Dlatego całkowicie mylne jest przekonanie twardego elektoratu, że działania KE to zemsta za likwidację jakichś konkretnych korzyści z rzekomej postkolonialnej eksploatacji Polski. Nic takiego nie nastąpiło, w każdym razie nie na wielką skalę.

Stąd rzecz sprowadza się w dużej mierze do formy działania. Przykładem może być sprawa caracali. Rzecz nie w tym, czy mieliśmy kupować te zapewne faktycznie zbyt drogie helikoptery, ale w tym, że o zerwaniu kontraktu Francuzów poinformował urzędnik średniego szczebla polskiego MON. Inny przykład to całkowicie absurdalna i niepotrzebna awantura wokół Puszczy Białowieskiej. Merytorycznie rację – w mojej laickiej ocenie – mają tu polscy leśnicy, ale powstrzymanie działań ministra Szyszki było naprawdę niewielką ceną za choćby lekkie zmniejszenie napięć na linii z Brukselą. Dziś to już raczej musztarda po obiedzie.

PiS ma tendencję do opakowywania swoich nawet zasadnych działań w celowo prowokacyjną formę i w ogromnej mierze to ta forma przeradza się w treść niemożliwą do zaakceptowania przez twardy rdzeń UE. Problem w tym, że owa forma jest zarazem w znacznej mierze treścią polityki PiS i to ona zdecydowała o sukcesie wyborczym oraz wciąż bardzo wysokim poparciu. Trudno z niej zatem będzie zrezygnować. Dobrze byłoby jednak, gdyby zaczęto – po obu stronach barykady – dostrzegać możliwe strategiczne skutki taktycznych posunięć.

Autor: Łukasz Warzecha
Źródło: DoRzeczy.pl
+
 51
Czytaj także