PiS daleko od prawicy
  • Łukasz WarzechaAutor:Łukasz Warzecha

PiS daleko od prawicy

Dodano: 271
Prezes PiS Jarosław Kaczyński
Prezes PiS Jarosław Kaczyński Źródło: PAP / Jakub Kamiński
W środę zdarzyła się ciekawa rzecz. Tego samego dnia PiS wykonało manewr, pozwalający odsunąć na niewiadomy termin obrady sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny nad społecznym projektem, zakazującym aborcji eugenicznej, oraz wprowadziło pod obrady Komisji Ustawodawczej projekt, kasujący polskie branże futerkową i uboju rytualnego w imię dobrostanu zwierząt.

Zestawienie nadzwyczaj niefortunne dla ugrupowania, określającego się jako „prawicowe”, nawet jeśli rozumiemy i wspieramy powody, dla których PiS nie chce ruszać ustawy antyaborcyjnej. Trudno tu jednak uciec od porównywania zaangażowania, z jakim PiS angażuje się w z gruntu lewicowe posunięcia ekologiczne (niedawna zmiana prawa łowieckiego, nieproporcjonalne podwyższenie kar za znęcanie się nad zwierzętami, oderwany od rzeczywistości zakaz trzymania psów na łańcuchach czy obsesja na punkcie elektromobilności, za którą zapłacimy wszyscy – to elementy tej samej układanki), do wstrzemięźliwości z jaką traktuje inicjatywy ochrony ludzkiego życia.

To wszystko z kolei powinno prowadzić do stawianego przeze mnie od dawna pytania: czy PiS można nazywać partią prawicową? Sam na to pytanie od dawna również odpowiadam przecząco, określając PiS publicystycznie jako ugrupowanie pobożnych socjalistów, a ściślej – jako partię chrześcijańskiej i konserwatywnej społecznie, ale jednak zdecydowanie lewicy.

To nie jest tekst naukowy, nie będzie więc wykładu z doktryn politycznych. Ważne jednak, żeby przywracać pojęciom ich właściwe znaczenie, a przynajmniej o tym dyskutować, zamiast godzić się, że jeśli ktoś nazwie się „Zjednoczoną Prawicą”, to jest prawicą w rzeczywistości. Nie jest, podobnie jak pan Krzysztof nie staje się panią Anią tylko dlatego, że tak sobie zażyczy.

Jakie są zatem najważniejsze moim zdaniem cechy, mówiąc bardzo ogólnie, prawicowej doktryny i czy PiS je ma?

Po pierwsze – jest to konserwatyzm polityczny i instytucjonalny, tak mocno podkreślany przez Edmunda Burke’a. Zawiera się w tym szacunek dla instytucji i upodobanie do ich budowania, ponieważ dłużej klasztora niż przeora, a instytucje mają służyć przez lata różnym rządom, jak przez lata służą zrobione na miarę z dobrej skóry buty. Instytucje – podobnie jak takie buty – naprawia się zamiast burzyć. Likwidacja jest ostatecznością i zawsze niesie z sobą ryzyko. Fundamentem państwa mają być dobrze zbudowane instytucje, a nie ludzie, którzy z natury są ułomni. Dlatego konserwatywna prawica skupia się na tworzeniu instytucji. Stawia na ewolucję, nie rewolucję.

PiS postępuje dokładnie odwrotnie. Ludzie są wszystkim, instytucje są na drugim lub trzecim miejscu i często bywają traktowane jako zawalidroga w realizacji rewolucyjnych celów. Jeśli są zmieniane, to tak, żeby odpowiadały bieżącym potrzebom partii rządzącej, a nie, aby zbudować ich trwałość i aby funkcjonowały równie dobrze przy każdej władzy.

Po drugie – obywatele mają prawo do podejmowania suwerennych decyzji w jak najszerszym zakresie, biorąc zarazem odpowiedzialność za ich skutki. Władza nie jest od tego, żeby prowadzić ich za rękę na każdym kroku ani żeby wychowywać ich za pomocą nakazów i zakazów. Władza wychodzi z założenia, że ma do czynienia z dorosłymi ludźmi, którym wolno decydować o sobie, nawet jeśli decydują źle. Jeżeli przyznajemy obywatelom czynne prawo wyborcze, to dlaczego mielibyśmy w innych sprawach odbierać im możliwość decydowania? Inne stanowisko mogłoby oznaczać, że owo prawo wyborcze uznajemy tylko za wygodną fikcję.

To oczywiście nie oznacza upodobania do anarchii. W sprawach, gdzie chodzi na przykład wprost o ludzkie życie (podkreślmy: wprost), państwo ma prawo wkraczać. Nie ma jednak magicznej wiary w skuteczność ustawodawstwa, a każda regulacja przed uchwaleniem jest oglądana dziesięciokrotnie na wszystkie strony, aby stwierdzić, czy jest faktycznie niezbędna. Nie można też dowolnych interwencji państwa uzasadniać rozszerzająco rozumianym „dobrem wspólnym”, ponieważ w ten sposób można by wprowadzić właściwie każdą regulację.

Również tu PiS działa wręcz odwrotnie. Ustawa o ziemi, ustawa o aptekach, prawo łowieckie, ustawa o wychowaniu w trzeźwości, przywrócenie kar za niezameldowanie i wiele innych regulacji pokazują, że mamy do czynienia z władzą skrajnie paternalistyczną, czyli traktującą obywateli jak dzieci, które trzeba wychowywać na każdym kroku. To już nie tylko stoi w sprzeczności z prawicową doktryną, ale jest wprost sięgnięciem do doktryny lewicowej inżynierii społecznej. To lewica uznała, że trzeba przyspieszać, napędzać, inicjować procesy społeczne, wzięte z mądrych dzieł Marksa i Engelsa, za pomocą regulacji i przymusu, jeśli trzeba. To lewica miała obsesję na punkcie biurokratycznego regulowania każdej dziedziny życia, ponieważ jej wrogiem była samodzielność i wolność obywateli.

Po trzecie – państwo ma być silne, ale nie wszechobecne. Jego siła ma się objawiać przede wszystkim w zapewnianiu dobrych instytucjonalnych ram do działania dla obywateli. Działania na własny rachunek. Ma na przykład istnieć silne i sprawne sądownictwo, kluczowe dla obiegu gospodarczego, ale nie ma powodu, aby państwo głęboko ingerowało w swobodę umów. Państwo ma być wycofane, ale jeśli wkracza, to wkracza skutecznie i bezwzględnie. Jednak tylko tam, gdzie jest to absolutnie niezbędne.

I tutaj PiS działa inaczej, co wiąże się z poprzednim punktem. Państwo jest widziane jako główny aktor, czego przykładem może być powołanie spółki ElectroMobility Poland z pieniędzy państwowych koncernów. Państwo, mieszające się w każdą dziedzinę życia, to znów realizacja lewicowej doktryny, zgodnie z którą w aparacie urzędniczym i politycznym tkwi jakaś immanentna, ponadludzka mądrość. Partia nie może się mylić – jak mówiono w Peerelu.

Po czwarte – gospodarczo prawica to kilka prostych reguł. Nie buduje się trwałej pomyślności na redystrybucji, wszystkich na rynku obowiązują identyczne zasady, państwo ma zapewnić dobre i sprawne otoczenie dla wzrostu gospodarczego, ale nie jest do tego, żeby go stymulować lub decydować, co jakie branże mają być wspierane, a jakie - wygaszane. Przepisy mają być jak najprostsze, papierologia jak najbardziej ograniczona, zakładanie i zamykanie biznesów jak najłatwiejsze, podobnie jak zatrudnianie i zwalnianie ludzi. Nie można karać za wydajną pracę nakładaniem coraz większych obciążeń. Te zresztą w ogóle powinny być jak najbardziej ograniczone, co jest oczywiście możliwe, jeśli państwo działa na opisanych wyżej zasadach.

Również w tej sprawie PiS – nie wdając się w detale – idzie dokładnie przeciwną drogą. Deifikacja „zwykłego Polaka” w zestawieniu z podejrzanym „krwiopijcą” – przedsiębiorcą, którego trzeba kontrolować cały czas, bo na pewno chce okraść polskie państwo – to kwintesencja przekazu rządzących. Wyższe podatki dla lepiej zarabiających (likwidacja kwoty wolnej wbrew jasnej i jednoznacznej obietnicy z exposé Beaty Szydło) plus kolejne, dokładane tu i tam obciążenia, żeby zebrać pieniądze na szeroko pojęte działania socjalne – to ostatnie dwa lata.

Po piąte – lewica to dzisiaj cały zestaw figur jazdy obowiązkowej. Spośród tych PiS nie wykonuje wszystkich – przede wszystkim nie podziela samobójczej miłości do imigrantów czy wielokulturowości, nie jest też zwolennikiem pomysłów w rodzaju homomałżeństw – ale wynika to z patriotycznego, nakierowanego na kwestie narodowe, charakteru części polskiej lewicy, z korzeniami w przedwojennym PPS (PiS nazywałem także neo-PPS-em). Jednak ekologiczna fiksacja, charakterystyczna dla lewicy, jest coraz widoczniejsza w PiS.

Po szóste – prawica ceni wolność. Nie tylko tę dużą, ale i tę małą, codzienną. Jak wielokrotnie wskazywałem, immanentnym elementem myślenia obywateli I RP, zwłaszcza w jej najlepszych czasach, była zdrowa nieufność wobec rządu centralnego (czyli króla), przejawiająca się w dokumentach takich jak przywilej jedlneński (Neminem captivabimus nisi iure victum) czy Artykuły henrykowskie. Obywatele dbają o swoje swobody, w tym wolność słowa, a władza nie kontroluje ich bardziej niż jest to absolutnie niezbędne. Prywatność jest zasadą równie pilnowaną jak prawo własności.

Dla PiS kwestie wolności obywatelskich nigdy nie były szczególnie istotne. Widać to zwłaszcza w sprawach dotyczących prywatności i kompetencji służb, których uprawnienia w ciągu ostatnich dwóch lat ogromnie powiększono (SOP, SOK, CAS itd.). Uchwalono też do dziś nie poprawioną nowelizację ustawy o policji i ustawę antyterrorystyczną, od początku wywołujące sprzeciwy organizacji, zajmujących się prywatnością. Taka strategia jest zresztą całkowicie spójna z ogólnym ubóstwieniem państwa. Tymczasem coraz głębsze wkraczanie w prywatność i dodawanie kolejnych kompetencji organom, kontrolującym obywateli, nie ma wiele wspólnego z konserwatyzmem, w którym zaszyta jest wspomniana już nieufność wobec państwa. Ta nieufność opiera się na stwierdzeniu, że państwo nie jest autonomicznym bytem idealnym, ale jego aparat tworzą konkretni ludzie ze swoimi słabościami.

Dodać trzeba, że o „prawicowości” nie decyduje antykomunistyczna narracja, w dużej zresztą mierze sztuczna i starająca się wtłoczyć całkiem już inny konflikt w wygodne ramy pojęciowe rzekomego boju szlachetnych antykomunistów z jakimś „postkomunizmem” (zgadzam się tutaj z tezami Stefana Sękowskiego, zawartymi w jego książce „Żadna zmiana”). W rzeczywistości jesteśmy już w całkiem innym momencie naszej historii.

Wszystko, co wyżej napisano, obejmuje konieczne uproszczenia i schematy. Systemy w czystej postaci nie wstępują, dziś bardziej niż kiedykolwiek. Jednak w przypadku ugrupowania, rządzącego dziś Polską, możemy przynajmniej stwierdzić, że do prawicy naprawdę mu daleko. I nie jest to stwierdzenie ocenne ani wartościujące program, jaki PiS realizuje. Nie o to w tym tekście chodzi. Rzecz jedynie w tym, aby wyborcy, głosując na ten właśnie polityczny projekt, mieli świadomość, że poza nazwą z prawicą niewiele go łączy.

Poglądy wyrażone w niniejszym komentarzu są osobistymi poglądami autora i nie odzwierciedlają stanowiska redakcji.

Źródło: DoRzeczy.pl
 271
Czytaj także