Na Zachodzie powtarzają się incydenty z „obozami zagłady w Polsce”. Dotyczy to także niemieckich gazet i telewizji, których pracownicy powinni znać dzieła swoich przodków. Coraz częściej słychać też dziennikarzy i polityków oskarżających Polskę o masowe mordowanie Żydów. Publicznie w Izraelu w 2018 r. przywódca centrowej partii Jesz Atid (Jest Przyszłość) Ja’ir Lapid napisał, że „Polska była wspólnikiem w Holokauście”.
Lapid jest tylko głupcem i niedouczonym ekstremistą, ale sytuacja staje się niepokojąca. Od lat bowiem borykamy się ze skutkami publikacji ukazujących się głównie pod szyldem Centrum Badań nad Zagładą afiliowanego przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. To środowisko uważające się za „nową polską szkołę badań Holokaustu” na dużą skalę przerabia fakty i treść źródeł historycznych, tak by maksymalnie obciążać Polaków zgodnie ze scenariuszem wspomnianym powyżej. Na dzieła autorów tej „szkoły” powołują się kolejni dziennikarze i naukowcy. Szwedzka historyk Holokaustu Ingrid Lomfors kilka lat temu stwierdziła, że „Holokaust byłby niemożliwy bez aktywnego uczestnic twa lub biernej zgody ludności lokalnej”. Powołała się przy tym na Jana Tomasza Grossa oraz dzieła dwóch najbardziej znanych (obok Barbary Engelking) autorów tej „szkoły”: Jana Grabowskiego i Dariusza Libionki. Wyraźnie widać, że Lomfors ma znikomą wiedzę o Zagładzie, ale do swoich tez miała „ściągę” właśnie w postaci wątpliwej wartości publikacji dwóch wspomnianych naukowców. To zjawisko typowe: główny nurt publikacji i „czasopism holokaustowych” na świecie coraz częściej funkcjonuje na zasadzie omawiania, powtarzania i kompilowania publikacji innych „badaczy”, którzy też nigdy nie powąchali prochu w archiwum. Jak przeciwstawiać się rozprzestrzenianiu fałszywych oskarżeń i zwalczać takie naukowe patologie?
Niektórzy politycy, publicyści kojarzeni z prawicą powrócili ostatnio do pomysłu składania pozwów na gruncie Kodeksu karnego albo powrotu do próby nowelizacji ustawy IPN. Jedno i drugie ma umożliwić ściganie osób pomawiających Polaków o współodpowiedzialność za niemiecką politykę eksterminacji Żydów. Pozornie to pomysły zrozumiałe, ale dobrymi chęciami to jest piekło wy brukowane. Angażowanie prokuratury i sądów do ścigania polityków i publicystów, tak samo jak próba ingerencji w treść dysput naukowych, to typowy przypadek, kiedy lekarstwo przyniesie bez porównania większe szkody od samej choroby.
Prymat nauki
W 2007 r. na Zachodzie ukazał się ciekawy artykuł prof. Dariusza Stoli z PAN pt. „The Polish debates on the Holocaust and the restitution of property” („Polskie debaty o Holokauście i restytucja [żydowskiej] własności”). W podsumowaniu o tytułowym zagadnieniu można prze czytać: „Już samo dopuszczenie myśli, że wśród tego [wojennego] pokolenia, wśród bohaterów i męczenników, byli również zbrodniarze, którzy prześladowali Żydów lub wykorzystywali ich nieszczęście, jest dla wielu Polaków bardzo trudne. W tym kontekście mówi się o polskiej »obsesyjnej niewinności« […]. Powtarzające się debaty na temat stosunków polsko-żydowskich i Holokaustu poczyniły postępy w poszerzaniu społecznego zrozumienia tych problemów, co może również ułatwić znalezienie rozwiązania kwestii własności”. A więc im więcej w nauce i debacie publicznej będzie o Polakach, którzy mają na sumieniu występki i zbrodnie na Żydach, tym łatwiej Polacy będą skłonni do jakiejś formy „restytucji żydowskiego mienia”. Traktując rzecz konsekwentnie, można pójść dalej: im szybciej Polacy zostaną „przesunięci” z kategorii ofiar drugiej wojny światowej do grona współsprawców i beneficjentów Holokaustu, tym łatwiej będzie na nich wymusić (nienależne przecież, bo mówimy o mieniu bezspadkowym, które przeszło na własność Skarbu Państwa) jakieś środki finansowe za „żydowskie mienie zrabowane w Polsce”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
