W „Dniu objawienia” Steven Spielberg kopiuje samego siebie sprzed lat. I niestety pokazuje, że nie potrafi nawet tego zrobić dobrze
Pół wieku minie w przyszłym roku od premiery filmu „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” – jednego z najlepszych filmów Stevena Spielberga. Był to nie tylko wielki przebój kinowy, lecz także jeden z filmów założycielskich, które otwierały nową erę Hollywood: pokazywały, jak na ekranie wyglądać może fantastyka. Łatwo wymienić te tytuły: „Alien”, czyli kosmiczny horror; „Gwiezdne wojny”, czyli przygodowa baśń; „Blade Runner”, czyli dystopia i odnowiony mit Frankensteina. No i właśnie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, które zebrały obiegowe wyobrażenia z drugorzędnych seriali telewizyjnych i powiastek ufologicznych, by przemienić je na ekranie w opowieść o kontakcie.
Artykuł zostanie opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
