„Narzeczona Frankensteina” przyszła na świat w roku 1935. Ekipa Jamesa Whale’a, pochłonięta wykopkami na cmentarzu, nie zawracała sobie jednak głowy jazzem, wojną płci i gangsterami. Złożyła zdawkowy hołd Mary Shelley i od razu przeszła do sedna, czyli straszenia publiki szalonym naukowcem, pragnącym przejąć część boskich kompetencji. „Panna młoda!” oferuje znacznie więcej. Na przykład miłą sercu każdego kinofila zabawę w tropienie cytatów i aluzji. Shelley, przebywająca w zaświatach (czyściec literacki?), ma niedokończone porachunki z patriarchatem. Zamierza je wyrównać za pośrednictwem wulgarnej panny, ciałem zarabiającej na kromkę chleba posmarowaną kawiorem. Z monstrum doktora Frankensteina Idę połączy śmierć oraz drobne kłamstewko. Z Chicago akcja przenosi się do Nowego Jorku, potem zaczyna się chaotyczny rajd szlakiem Bonnie i Clyde’a.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
