Nowa Jałta jeszcze nie teraz?
  • Grzegorz JaniszewskiAutor:Grzegorz Janiszewski

Nowa Jałta jeszcze nie teraz?

Dodano: 2
Moskwa, zdjęcie ilustracyjne
Moskwa, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: PAP/EPA / SERGEI ILNITSKY
W tym tygodniu zakończyły się wymuszone przez Rosję groźbami ataku na Ukrainę rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi i Sojuszem Północnoatlantyckim, dotyczące europejskiego bezpieczeństwa.

Zachodni partnerzy pokazali jedność i nie ulegli wygórowanym żądaniom Putina. Wydaje się jednak, że to dopiero początek kształtowania rosyjskiej strefy wpływów i nowych porządków w tej części świata.

Moskwa podbija stawkę

Rosja przystąpiła do licytacji w tej sprawie grając z wysokiego C. Umiejętnie stopniowane żądania, wraz z eskalacją napięcia wokół Ukrainy tworzyły przygrywkę do trudnych negocjacji. Od końca października 2021 r. zaczęto gromadzić wojsko przy granicy z Ukrainą. Stacjonować tam ma około 100 tys. rosyjskich żołnierzy. Internet zalały filmiki pokazujące rosyjskie eszelony, wyładowane czołgami, transporterami opancerzonymi i artylerią, zmierzające w tamtą stronę. W międzyczasie prorosyjskie internetowe trolle podsuwały na forach i w komentarzach wizję nieuchronnego ataku. W tym samym czasie zmniejszono przesył rosyjskiego gazu do opustoszałych europejskich magazynów. W końcu całkowicie został zamknięty jego przepływ rurociągiem jamalskim. Ceny momentalnie wystrzeliły. Na Twitterze zaczęły pojawiać się zdjęcia rachunków za ogrzewanie mieszkań na Łotwie i w Estonii, opiewające na kilkaset euro.

Reakcja Zachodu na te wydarzenia wyglądała nieporównanie słabiej. Prezydent Biden w razie ataku na Ukrainę groził "najcięższymi sankcjami", łącznie z zablokowaniem możliwości wymiany rubli na dolary i odcięciem Rosji od systemu SWIFT. Unia Europejska gotowa była nałożyć sankcje wiążące się z "najwyższym kosztem". NATO podniosło gotowość części swoich Sił Odpowiedzi, przede wszystkim tak zwanej "Szpicy", liczące kilka tysięcy żołnierzy.

Rosja konsekwentnie podbijała stawkę. Na początku grudnia kategorycznie żądała traktatowego uregulowania zasady „równego i niepodzielnego bezpieczeństwa”. Oznaczałoby to formalne zaakceptowanie jej strefy wpływów, i wycofania się z postanowień szczytu NATO w Bukareszcie z 2008 r., czyli zamknięcie drzwi do Sojuszu przed Gruzją i Ukrainą. Przed samymi rozmowami z przedstawicielami USA w Genewie, szef rosyjskiej delegacji, wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow zażądał powrotu wojsk NATO do "pozycji wyjściowej pod względem wyszkolenia, wywiadu, infrastruktury itd z 1997 r.". Siergiej Ławrow posunął się nawet do uwag o „bezpańskich” krajach, powstałych po rozpadzie ZSRR i Układu Warszawskiego.

Żądania oczywiście jawnie przelicytowane i niemożliwe do spełnienia. Dawały jednak pole do dalszego manewru i negocjacji z Zachodem mniejszych ustępstw. W istocie już samo przystąpienie przez USA i NATO do tak wymuszonych rozmów i przy takich warunkach brzegowych, dawało licznym komentatorom asumpt do wysuwania teorii o "nowym Monachium", czy "nowej Jałcie". Zwłaszcza że Unia Europejska, nie mówiąc o Ukrainie były w zasadzie biernymi obserwatorami tych negocjacji, odbywających się ponad ich głowami.

Silni jednością?

Obawy te generalnie okazały się płonne. Wiceszefowa amerykańskiej dyplomacji Wendy Sherman stwierdziła po rozmowach, że rosyjskie propozycje zostały w większości odrzucone. Na stole pozostają jedynie kwestie dotyczące rozmieszczenia w Europie pocisków rakietowych i ograniczenia ćwiczeń wojskowych, ale na zasadzie wzajemności. Co więcej, podkreśliła, że nie będzie rozmów o Ukrainie bez Ukrainy.

Riabkow w tradycyjnym rosyjskim dwuznacznym stylu z jednej strony zapewniał, że „Rosja nie ma zamiaru napadać na Ukrainę", ale z drugiej postraszył wojną, dodając, że amerykańskie władze „poważnie podeszły do rosyjskich propozycji”. Dało to asumpt rosyjskim mediom do przedstawiania negocjacji jako sukcesu. Zaledwie pierwszej rundy, która zapowiada dalsze amerykańskie ustępstwa.

Również rozmowy z NATO nie przyniosły oczekiwanych przez Rosjan rezultatów. Sojusz odrzucił żądania, oferując jedynie dalsze rozmowy o kontroli zbrojeń i „środkach budowy zaufania”. Sekretarz Generalny organizacji Jens Stoltenberg ostrzegł też ponownie, że agresja na Ukrainę spotka się z „wielkimi kosztami dla Rosji”.

Ciąg dalszy z pewnością nastąpi

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej wynik negocjacji powinny przyjąć z zadowoleniem i ulgą. Podobnie zresztą jak i Ukraina. Nie zostały kolejny raz „sprzedane” przez Zachód. Nowego Monachium, ani Jałty nie było. W polskich mediach pojawiły się nawet triumfalne komentarze o „utarciu nosa Putinowi”.

Wydaje się, że przedwcześnie. Nie widać żadnych oznak wycofywania się rosyjskich oddziałów znad ukraińskiej granicy. Ze wschodu Federacji Rosyjskiej wciąż jadą tam transporty z wojskowym sprzętem. Oczywiście taka koncentracja oddziałów nie będzie trwała wiecznie. Ukraiński ekspert wojskowy Anatolij Ryżenko, obliczył, że dzienny koszt ich utrzymania to około 10 milionów dolarów.

Nie wdając się w rozważania, czy rosyjska inwazja nastąpi czy nie, ani przypominające wróżenie z fusów oceny co do jej terminu, uzależnionego od zamarzniętych zimą, czy też obeschłych po wiosennych roztopach ukraińskich stepów, trzeba zauważyć jedno. Niezależnie od pogody Putin wyda rozkaz do ataku, jeśli będzie wynikać to z kalkulacji przeprowadzonych w jego otoczeniu. Decyzja z pewnością będzie zaskakująca.

Russkij mir rośnie w siłę

W cieniu genewskich rozmów rosyjska polityka odniosła natomiast inne, mniej akcentowane, chociaż nie mniej ważne zwycięstwa.

To przede wszystkim utrwalenie determinowanego wyłącznie przez Rosjan status quo na wschód od państw wschodniej flanki NATO. Jeszcze przed ćwiczeniami „Zapad”, jesienią zeszłego roku zastanawiano się, czy Rosyjskie wojska pozostaną na Białorusi, co mogło być przedmiotem protestów i działań NATO. Dziś już w zasadzie nikt nie podnosi takich obiekcji. Rosyjskie samoloty patrolują białoruską przestrzeń powietrzną, a Putin na luty – marzec tego roku zapowiada kolejne duże rosyjsko – białoruskie ćwiczenia wojskowe. Kwestia rosyjskiej obecności wojskowej na Białorusi materializuje się jak nigdy wcześniej.

Kiedy uwaga świata była zwrócona na Ukrainę, rozegrał się dramat w Kazachstanie. Śmierć kilkudziesięciu czy nawet kilkuset protestujących, zabitych z przyzwolenia prezydenta Tokajewa, który zezwolił na "strzelanie bez rozkazu", spotkała się ze słabą reakcją zarówno USA jak i UE. Dodatkowo Rosja potrafiła zmobilizować i w szybkim czasie przerzucić do Kazachstanu siły interwencyjne Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, co znacząco wzmacnia jej pozycje w regionie. Sytuacja w Kazachstanie w ogóle nie była przedmiotem genewskich rozmów.

Wydarzenia w tym kraju, dotychczas uznawanym za stabilną, oświeconą autokrację, wskazują prawdopodobnie, w jakim kierunku pójdzie rozprawa z następnymi "kolorowymi rewolucjami" w regionie. Niepisana zasada, że w cywilizowanym świecie władza która użyła broni przeciw własnym obywatelom musi prędzej czy później odejść, na naszych oczach odchodzi w niebyt. Równocześnie może to być przestrogą dla społeczeństw Rosji i Białorusi, gdzie władze dotychczas nie używały takich środków.

Rosja coraz śmielej wkracza do niepodległych państw z obszaru poradzieckiego. Po interwencji w Kazachstanie jego władze zostały osłabione i uzależnione od Rosji, co od dawna było jej celem.

Podobnie jak odtworzenie już nie tyle ruskiego - z Białorusią i Ukrainą, ale rosyjskiego mira, który obejmowałby dawne imperialne, a potem radzieckie terytoria. Już nie tylko wykorzystując soft power, ale i twarde środki oddziaływania, nie wyłączając siły militarnej.

Coraz bardziej prawdopodobne staje się więc stworzenie pod przewodnictwem Federacji Rosyjskiej przestrzeni posiadającej własne instytucje i zdolności, o wiele bardziej niż dzisiaj odpornej i niezależnej od zachodnich sankcji i wpływów polityczno – ekonomicznych.

Co z tą Ukrainą?

Odpowiedź na pytanie, czy Rosja zaatakuje Ukrainę, nad którym od miesięcy głowią się zachodni analitycy, politycy i wojskowi zna pewnie tylko Władimir Putin i krąg jego najbliższych współpracowników. Ostatnia silna reakcja NATO i USA na rosyjskie groźby i propozycje, z pewnością każe Rosjanom dobrze przemyśleć ewentualne plany inwazji, która nie obeszłaby się tanim kosztem.

Przyszłość Ukrainy może więc potoczyć się zgodnie ze scenariuszem nakreślonym w artykułach Putina i Miedwiediewa opublikowanych w lipcu i październiku ubiegłego roku. Pierwszy zapewniał o historycznej jedności Rosjan i Ukraińców. Drugi, utrzymany w obraźliwym wobec obecnych ukraińskich władz tonie, radził doczekać następnych, z którymi będzie można się porozumieć.

Paradoksalnie - pomimo zmagań Zachodu z Rosją o Ukrainę - o swojej przyszłości mogą zdecydować sami Ukraińcy. I nie chodzi tu o demokratyczny wybór, ale raczej o to, kto wygra w licytacji ofert dla ukraińskiego społeczeństwa. Na razie nie prezentują się one zbyt zachęcająco. Z jednej strony Russkij Mir, od którego większość Ukraińców dawno już odwykła i nie chce do niego wracać. Z drugiej mgliste obietnice dotyczące wejścia do zachodnich struktur i niezbyt hojna oferta Unii Europejskiej dotycząca głównie transformacji energetycznej. Nord Stream 2 nie został jeszcze nawet uruchomiony, a Europa już znalazła się w poważnym kryzysie energetycznym. Wydaje się więc prawdopodobne, że Ukraińcy zagłosują nogami, a raczej rachunkami za prąd i gaz, wybierając tanią energię teraz, zamiast czekać na odległe korzyści z europejskiej integracji. Jedno jest jednak pewne. Rosja w tej grze nie odpuści.

Źródło: DoRzeczy.pl
 2
Czytaj także