Jak się szyje "ruskie onuce". Polityczne narracje mające zniszczyć prawicę

Jak się szyje "ruskie onuce". Polityczne narracje mające zniszczyć prawicę

Dodano: 
Uczestniczący konferencji "The Warsaw Summit", 4 bm. w Hotelu Regent w Warszawie.
Uczestniczący konferencji "The Warsaw Summit", 4 bm. w Hotelu Regent w Warszawie. Źródło: X / PiS
Dominik Zdort | Choć Rosja ma prawdziwą i niebezpieczną agenturę wpływu na Zachodzie, to wciąż o działania promoskiewskie oskarża się tradycyjną konserwatywną prawicę.

To historia manipulacji, która przypomina słynny dowcip logiczny: „Kto śpi, nie grzeszy. Kto nie grzeszy jest świętym. Czyli: kto śpi, jest święty”. Europejscy prawicowcy nie lubią gejów. Putin nie lubi gejów. Czyli: europejska prawica jest agenturą Putina. Do tego dochodzą teorie spiskowe wynikające z tej prymitywnej logiki: skoro jakiś konserwatywny aktywista dyskutował na tym samym forum internetowym, na którym był ktoś o rosyjskim nazwisku, to znaczy, że jest opłacany przez Kreml…

Na początku bardzo ważne zastrzeżenie: nie ma wątpliwości, że Moskwa ma w krajach Zachodu zarówno swoją tajną agenturę, jak i swoich mniej lub bardziej niejawnych lobbystów, że finansuje organizacje, które mają jej interesy reprezentować. Taki charakter miała znana nam doskonale tzw. moskiewska pożyczka ze stycznia 1990 roku, czyli przekazanie 1,2 mln dolarów z zasobów KGB dla polskich postkomunistów (w realizacji transakcji uczestniczył m.in. patriarcha obecnej Lewicy Leszek Miller). Wiemy też, że Kreml jawnie wynagradza polityków, którzy prowadzili działalność dla niej korzystną – wystarczy wspomnieć Gerhada Schrödera, byłego socjaldemokratycznego kanclerza RFN – po zakończeniu politycznej kariery został lobbystą rosyjskiego sektora energetycznego, a w latach 2017–22 był szefem rady dyrektorów w państwowym rosyjskim koncernie naftowym Rosnieft. Zaś były austriacki kanclerz Wolfgang Schüssel, chadek, został powołany do zarządu rosyjskiej sieci komórkowej MTS, a w 2019 roku przeszedł do rady dyrektorów Łukoila. Inny dawny austriacki kanclerz, Christian Kern, dla odmiany socjaldemokrata, został członkiem zarządu Kolei Rosyjskich. Głośno było o przypadku Karin Kneissl z partii liberalnej, bo to na ślubie u pani minister spraw zagranicznych Austrii osobiście gościł – i tańczył – Władimir Putin. Po odejściu z polityki Kneissl została felietonistką telewizyjnego portalu Russia Today i powołano ją do rady dyrektorów Rosnieftu. Po inwazji Rosji na Ukrainę, pod naciskiem austriackiej opinii publicznej zrezygnowała z tej ostatniej funkcji, ale zaraz potem została szefową petersburskiego instytutu GORKI. Krzywda jej się nie stała.

Te przypadki pokazują, że kremlowskich zabiegów lekceważyć nie wolno, że agentura wpływu Putina działa na Zachodzie, że jego ludzie intensywnie kręcą się wokół europejskiej polityki. Choć wszystkie wspomniane powyżej przypadki dotyczą partii centrowych z politycznego mainstreamu (mimo najszczerszych chęci, europejskich chadeków za konserwatystów od bardzo dawna uważać już nie można), rozmaici lewaccy propagandziści snują wciąż legendę, że tak naprawdę narzędziem Moskwy (lub wręcz jej agenturą) są partie prawicowe.

Tu pada długi ciąg nazwisk ludzi, których często bardzo wiele różni, ale łączy to, że sprzeciwiają się terrorowi poprawności politycznej, narzucaniu narodom jednej brukselskiej sztancy ideologicznej, ograniczaniu państwowej suwerenności: od Donalda Trumpa przez Viktora Orbána, Marine Le Pen i Giorgię Meloni, aż po Jarosława Kaczyńskiego (o nieco mniej znaczących aktywistach nie wspominając). Zazwyczaj twardych faktów nikt nie podaje, cała argumentacja opiera się na stosowaniu długich, niewiele znaczących ciągów powiązań między organizacjami, na tym, że jacyś ludzie byli na tej samej konferencji naukowej czy że zapisali się do jednego klubu dyskusyjnego. „Dowody” są w rzeczywistości słabymi poszlakami, a argumenty zwyczajną manipulacją.

Znów warto uczynić zastrzeżenie: wszystkie niejasności trzeba wyjaśniać i zawsze szukać dowodów, bo „ludzie Moskwy” są wśród nas. Warto pamiętać jednak, że dotychczas coś więcej niż nieuzasadnione oskarżenia można wiązać wyłącznie z niewielkimi partyjkami z marginesu sceny politycznej, takimi jak polska Zmiana czy Brytyjska Partia Narodowa, a więc z politykami należącymi raczej do „politycznego folkloru”, którzy szans na uzyskanie jakiegokolwiek wpływu na rządy nie mają.

Ale przede wszystkim nie wolno ulegać metodom manipulacji, jakie są wobec nas stosowane, bo formułowanie oskarżeń wobec poszczególnych osób czy środowisk o utrzymywanie przez nie związków z Moskwą może być również suflowaną przez Rosjan manipulacją, która ma skompromitować przeciwników Rosji.

W szczególny sposób może to dotyczyć Polski. Tu od agresji Rosji na Ukrainę nawet niesłychanie silne środowiska polityczne, którym dawniej marzył się reset stosunków z Putinem, nie wspominają już nic na ten temat. Nad Wisłą, jak się zdaje, mamy konsensus co do konieczności postawienia tamy rosyjskiemu imperializmowi. Tym bardziej może dziwić (i budzić podejrzenia co do inspiracji), że ostatnio ci, którzy od zawsze i najgłośniej ostrzegali przez Moskwą – a więc środowiska prawicowe i konserwatywne – są najchętniej oskarżane o dogrywanie roli „ruskiej onucy” czyli rosyjskiej agentury wpływu.

Przejdźmy do metod argumentacji, jaka jest w tym przypadku stosowana (wszystkie poniższe cytaty pochodzą z tekstów publicystycznych lub ogłoszonych publicznie wypowiedzi). Dziwnym trafem, te same sposoby „szycia ruskiej onucy” używane są wobec prawicy w Polsce, jak i w innych krajach.

Spotkania, kontakty, biznesy

Najcięższym chyba przewinieniem jest mieć kontakty z osobą, którą oskarżyciel może próbować uwikłać w prokremlowskie koneksje. Pouczający jest tu przypadek byłego prezydenta USA Donalda Trumpa. W długim ciągu oskarżeń wobec niego znalazły się te, mówiące, że „liczni współpracownicy Trumpa mieli […] niejasne kontakty biznesowe z Rosją. Np. Paul Manafort, szef jego kampanii wyborczej, współpracował z prorosyjskimi oligarchami na Ukrainie. […] W sumie różnego rodzaju relacje z rosyjskim biznesem, dyplomatami i pracownikami wywiadu miało kilka osób z najbliższego otoczenia Trumpa, w tym członkowie jego rodziny”.

Czyli: nie sam Trump, ale jego „liczni”– jak liczni? – współpracownicy. Dlaczego te kontakty były niejasne? Co to znaczy „różnego rodzaju”? O jakich „pracowników wywiadu” chodzi i jakiego rodzaju utrzymywano z nimi relacje? Konkretów brak, pozostaje retoryka mająca wywołać wrażenie. To typowa argumentacja mająca kogoś obciążyć, kiedy jakichkolwiek dowodów brak.

Trumpa, już jako prezydenta, krytykowano w 2019 roku już za samą chęć spotkania z Putinem. Zapowiadano, że zamierza mu „sprzedać” Europę Wschodnią, osłabić naszą flankę NATO, że po planowanej wtedy rozmowie z prezydentem Rosji zapowie wycofanie części amerykańskich wojsk z Europy… Komentatorzy byli zaskoczeni, że Amerykanin „nie ogłosił po spotkaniu żadnych decyzji dotyczących redukcji obecności wojskowej USA w Polsce czy zmniejszenia amerykańskiego zaangażowania w ćwiczenia prowadzone w państwach wschodniej flanki NATO. Nie zasygnalizował również zmiany decyzji o budowie elementów tarczy antyrakietowej w Redzikowie” i że „spotkanie Trump-Putin nie wpłynęło negatywnie na bezpieczeństwo wschodniej flanki Sojuszu”. Co za szok!

Zresztą spotkania z Putinem to dla polityków wydarzenia wyjątkowo niebezpieczne, o czym przekonał się choćby nieszczęsny premier Donald Tusk po tym, gdy nieroztropnie uśmiechnął się do szefa rosyjskiego państwa w lesie pod Smoleńskiem parę godzin po tragedii w 2010 roku, co uwiecznił fotoreporter, a to zdjęcie wywołało łatwe do przewidzenia podejrzenia.

Takie oskarżenia skierowano także wobec polityków prawicy europejskiej, którzy spotykali się z prezydentem Rosji. Na przykład bardzo ostro skrytykowano Marine Le Pen – choć przecież nie tylko ona rozmawiała z rosyjskim prezydentem po 2014 roku. Widywali się z nim także Barack Obama (niedługo po zajęciu Krymu), Emmanuel Macron, Angela Merkel, a nawet i (w 2019 roku) prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. O Pameli Anderson, którą rosyjski prezydent oprowadzał po swoim domu, nie wspominając.

Politycy i inni polscy aktywiści konserwatywni z Putinem nigdy kontaktu nie szukali i nigdy się z nim nie spotykali. Co z tego, skoro premier Mateusz Morawiecki pojawił się, jak to mainstreamowe media określiły, „na zlocie Putinternu”.Chodzi o szczyt jeszcze sprzed wojny, z końca stycznia 2022 roku w Madrycie. Był to zjazd zorganizowany przez hiszpańską populistyczną partię Vox, gdzie zebrano przedstawicieli większych i mniejszych skrajnie prawicowych partii Europy. W tym te jawnie prorosyjskie”. Putina tam nie było. Uczestnicy byli bardzo różni. No ale skoro nadarzyła się okazja, odpowiednią łatkę przypięto i Morawieckiemu.

Jednak jeszcze straszliwsze było to, że „PiS podpisało z Le Pen wspólną deklarację ideową, a ostatnio Mateusz Morawiecki odbył z nią miłe spotkanie przed szczytem w Brukseli”. Czyli, inaczej mówiąc, partia Kaczyńskiego wchodzi w konszachty z kobietą, która jest sojuszniczką Putina. Należy to rozumieć tak, że politycy centrowi mogą być w europejskich międzynarodówkach wraz z zachodnimi partiami, których dawni liderzy zostali potem zatrudnieni w kremlowskich firmach, ale z panią Le Pen współpracować nie wolno. Bo co? Bo ma niesłuszne poglądy, czy miała niedobrego tatusia?

W Polsce swoją porcję insynuacji na temat niewłaściwych związków biznesowych dostał również wydawca pism „Wprost" i „Do Rzeczy": pewien nadkreatywny autor napisał książkę, w której stwierdził, że właściciel tygodników w przeszłości „dostał” swoją spółkę dzięki postsowieckim powiązaniom od wschodnioukraińskiej korporacji Związek Przemysłowy Donbasu, która „była powiązana na wiele sposobów z rosyjskimi oligarchami Usmanowem i Jewtuszenkowem”.

Nawet nie analizując możliwych, objętych tajemnicą zobowiązań i uzgodnień – krótki research w internecie pokazuje, że było „odrobinę” inaczej: to spółka wydawcy kupiła nieaktywną ukraińską firmę, aby dostać się na polską giełdę, na której owa firma była notowana. No ale któż zabroni jakiemuś niefrasobliwemu publicyście mieć swoje zdanie na temat faktów? I kto zabroni wymieniać rosyjskie nazwiska, których już samo brzmienie jasno insynuuje, że ktoś był „ruską onucą”?

Kolejny przypadek: otóż pewna autorka opisuje z werwą internetowe forum dyskusyjne tak, aby czytelnicy uzyskali wrażenie, że to konspiracyjna organizacja antyaborcyjna – używa nawet nazwy „międzynarodowa sekta”.

Wśród wielu uczestników forum wymienia na jednym oddechu pewne rosyjskie nazwisko (człowieka podobno powiązanego z Kremlem) oraz nazwy kilku polskich konserwatywnych organizacji społecznych. Jaki wniosek wynika z tego, że wszyscy ci uczestnicy – wraz z wieloma innymi osobami – wpisywali się na tym samym forum? Otóż ponoć to dowód, że owa „sekta” „służy do wybielania działań rosyjskiego rządu i szerzenia rosyjskiego «punktu widzenia»”, a skoro tak, to – jak się insynuuje – uczestniczący w niej Polacy są na usługach Kremla.

Nawet jeśli nie ma ani śladu, że na forum tym padło choćby jedno dobre słowo na temat Moskwy ze strony polskich działaczy. Ważne, że ktoś w jednym tekście wymienia jakichś (nieznanych zresztą szerzej) Rosjan oraz nazwy polskich fundacji. Czytelnikowi pozostaje wrażenie, że ma do czynienia z tajemniczą siecią powiązań stworzoną przez Putina. Choć, jak zawsze, dowodów brak.

Kremlowskie pieniądze

I tu dochodzimy do kolejnego wątku, którym jest sugerowanie powiązań finansowych europejskiej prawicy z Moskwą. Otóż i tu często opisywany jest trudny do prześledzenia długi łańcuszek powiązań: jakiś człowiek o rosyjskim nazwisku zakłada jakąś fundację, ta finansuje jakieś hiszpańskie stowarzyszenie, zaś ono płaci za jakieś usługi polskiej fundacji. Nikt wprost nie utrzymuje, że to mocny dowód na związki Polaków z Kremlem (bo faktycznie dowodów brak), nawet się tego w ten sposób nie komentuje, ale wrażenie, że koneksje z Moskwą są na rzeczy, pozostaje.

Rzecz jasna najłatwiejsze jest do zaatakowania francuskie Zjednoczenie Narodowe, partia pani Le Pen. Bo to ugrupowanie, jeszcze jako Front Narodowy, rzeczywiście dostało kredyt z instytucji finansowej związanej z Rosją. Chodzi o First Czech Russian Bank z siedzibą w Moskwie, którego wschodnie koneksje nie ulegają wątpliwości. Tyle, że przy okazji podnoszenia tego tematu publicyści rzadko przywołują kontekst polityczny. Pożyczka z rosyjskiej instytucji (ponad 9 milionów euro) przeznaczona na koszty wyborów lokalnych, była w jakimś sensie wymuszona, bo podczas gdy inne francuskie partie brały kredyty z francuskich banków, Front Narodowy otrzymał odmowę na wszystkie swoje wnioski kredytowe (mimo iż jasne było, że po głosowaniu uzyska refinansowanie, więc ryzyko udzielenia takiej pożyczki było równe zeru). Podjął więc decyzję desperacką, mało chwalebną i piarowsko kompromitującą, aby pobrać kredyt z banku powiązanego z Moskwą (choć, przyznajmy, we Francji, tradycyjnie uwikłanej w sympatie do państwa rosyjskiego we wszystkich jego wcieleniach, znacznie mniej obciążającą, niż byłoby to w Polsce). Nikt nie czynił z tej transakcji tajemnicy, ale jej skutki były takie, że wrogowie pani Le Pen dostali do rąk mocne argumenty, aby pogrążać swoją przeciwniczkę.

Pewnie, aby tę sprawę wyjaśnić dogłębnie, należałoby się dowiedzieć, czy za decyzją o przyznaniu tej pożyczki stał Kreml, czy nakazał swoim ludziom w banku przychylność wobec Frontu. Tym się jednak nikt nie interesował, nikt nie pytał o to, jak to się stało, że rosyjska instytucja była skłonna pieniądze wyasygnować, ani o to, czemu wszystkie francuskie banki wcześniej tego odmówiły.

Dziś partia pani Le Pen nie dostałaby żadnego kredytu, bo po tamtych wyborach postanowiono, że francuskie ugrupowania mogą występować o pożyczki wyłącznie do instytucji z Europejskiego Obszaru Gospodarczego. A więc szanse wyborcze w końcu są równe: wszyscy mogą starać się o kredyt w tych samych bankach. Choć nie wszyscy go dostaną.

We Włoszech także próbowano prawicę powiązać z „kremlowskimi pieniędzmi”. Media insynuowały, że Kreml wspiera finansowo Ligę Północną. W odpowiedzi lider tego ugrupowania Matteo Salvini zażartował, że zdarza mu się wybierać z bankomatu ruble… Salvini bez grzechu nie jest, potrafił skompromitować się maszerując po Moskwie w koszulce z wizerunkiem Władimira Putina, ale jakichkolwiek wiarygodnych dowodów na finansowanie jego partii przez Putina nikt nie podał.

W Austrii tymczasem media przeprowadziły „śledztwo” i miały jakoby wykazać, jak Kreml po 2014 roku sterował tamtejszymi lokalnymi i europejskimi „skrajnie prawicowymi ugrupowaniami”, oferując im pieniądze za wnoszenie projektów i zamawiając artykuły prasowe. Drobny problem z wiarygodnością tych opowieści polegał na tym, że po ujawnieniu „kompromitujących faktów” i po zbadaniu owych oskarżeń przez Austriacki Trybunał Obrachunkowy, sprawa została umorzona.

Kiedy dwóch mówi to samo

Jeden z najbardziej zabawnych argumentów mających udowodnić związki europejskiej prawicy z Rosją to stwierdzenie, że ich idee i programy są zbieżne. Zacznijmy od oskarżeń pod adresem polskiej prawicy: „W wymiarze politycznym antyrosyjskie deklaracje PiS właściwie o niczym nie świadczą. Partia Kaczyńskiego od lat wpisuje się w scenariusze pisane przez rządzących na Kremlu. Liczne wypowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy m.in. na temat osób LGBT+, zagrożeń dla tradycji chrześcijańskiej czy widma zachodniego nihilizmu, są niemalże kalką poglądów głoszonych przez stronników Putina”.

No i proszę, wszystko się zgadza. W Polsce wciąż pojawią się teksty, w których jacyś publicyści twierdzą, iż skoro Władimir Putin i jego propaganda ostrzegają, że niebawem słowa „ojciec” i „matka” zostaną zastąpione przez „rodzic 1” i „rodzic 2”, a tej samej retoryki używają polscy konserwatyści, wśród nich działacze PiS, to może oznaczać, że – de facto – są na usługach Moskwy. Skoro Putin widzi niebezpieczeństwa w przyznawaniu przywilejów gejom i innym seksualnym dewiantom, a tak samo uważa polska prawica – to oznacza, że jest ona po stronie Rosji.

Oto cytat z antypisowskich mediów: Polityka PiS „idealnie wpisuje się w szeroko rozumiany interes Moskwy w Europie, ukierunkowany na jej dezintegrację i destrukcję. Rosyjski kulturoznawca i publicysta Aleksiej Czadajew przekonywał w 2016 roku podczas konferencji zorganizowanej przez Fundację Batorego, że «Rosja i Polska zachowują się jak bracia, którzy idą obok siebie ścieżką dokładnie w tym samym kierunku, spoglądają na siebie i udają, że się nie znają». Jego zdaniem program dobrej zmiany PiS to tak naprawdę program Jednej Rosji Putina. – Wielu polityków PiS mówi tak samo, jak partia Jedna Rosja o «ideologii gender» czy LGBT – zauważa dr Bartosz Rydliński, politolog UKSW i Centrum Daszyńskiego. – Kaczyński w równej mierze co Orbán, Salvini czy Putin, stoi na straży tradycyjnych wartości opartych na chrześcijaństwie”.

Publicysta pewnej polskiej popularnej stacji radiowej napisał wprost: „Partia Kaczyńskiego od lat wpisuje się w scenariusze pisane przez rządzących na Kremlu”. Jaki poważny argument przywołał? „Uderzającym podobieństwem narracji PiS i Kremla jest stosunek do kwestii kulturowych i obyczajowych”.

Nie wiadomo nawet, czy śmiać się, czy płakać nad tą parcianą retoryką. Jeśli Putin twierdzi, że w 2010 roku w Smoleńsku nie było zamachu, a tylko zwykła katastrofa, zaś Tusk mówi to samo, czy to oznacza, że obecny premier jest człowiekiem Kremla? Ok, być może nawet tak jest, ale na pewno to nie jest przesądzający argument. Po prostu ktoś, kto głosi takie same poglądy, jak ktoś inny, nie musi być jego sojusznikiem.

Podobne oskarżenia są kierowane zresztą pod adresem licznych środowisk w zachodniej Europie. Dogmatem jest, że głoszenie poglądów tradycyjnych, konserwatywnych, oznacza związki z Kremlem, który – ujawnijmy w końcu tę tajemnicę poliszynela – odchodząc od komunizmu szukał innego bożka i znalazł go na prawicy, choć trudno ocenić, na ile demonstracyjnie, a na ile szczerze.

Moskiewskie trolle pomogły wygrać

Argumentem nie do odrzucenia, a równocześnie nie do udowodnienia, jest stwierdzenie, że to Rosja sprokurowała wyborcze zwycięstwo jakiejś partii lub kandydata. W największym stopniu insynuacje te dotyczyły chyba Donalda Trumpa.

Czasem zresztą oskarżyciele przekraczali granice absurdu. Pojawiły się sugestie, że przed wyborami w roku 2016 Trump spotykał się kilkakrotnie z Władimirem Putinem – w domyśle: po to, aby zyskać wsparcie Rosji. Problem w tym, że nie ma na to cienia dowodu. Nie ma żadnych informacji, jakoby amerykański miliarder składał wizyty rosyjskiemu prezydentowi, ani, że spotkali się przy jakiejkolwiek innej okazji, a przecież po takich wydarzeniach pozostają liczne ślady. Co więcej, znając wybujały temperament Donalda Trumpa, były prezydent USA sam chętnie chwaliłby się takimi spotkaniami, a tymczasem zaprzeczał. „Informacja” o spotkaniach poszła jednak w świat i była bezmyślnie powielana przez media.

Kolejne sugestie: rosyjscy hakerzy zorganizowali włamanie do komputerów Demokratów i doprowadzili do ujawnienia treści e-maili ich polityków. Rzeczywiście – WikiLeaks opublikowało ponad 19 tys. e-maili, które pokazywały manipulacje w prawyborach Demokratów, czego skutkiem było osłabienie pozycji Hillary Clinton. Sama Clinton oświadczyła, że sugestie, iż to Rosja mogła stać za atakiem, wywołują jej zaniepokojenie. Barack Obama dorzucił, że jego zdaniem możliwe jest, iż Rosja próbowała aktywnie wpływać na wybory w USA. Możliwe? Oczywiście, że możliwe. Wiadomo, że Rosja i Chiny chętnie używają hakerów i trolli. Ale akurat w tym przypadku jakichkolwiek dowodów na istnienie „rosyjskiego śladu” brak. Nawet poszlak. Jest tylko sugestia, rozpowszechniana w mediach insynuacja.

Do kompromitowania prawicowych przeciwników chętnie używa się służb specjalnych. Po zwycięstwie wyborczym Donalda Trumpa w roku 2016 FBI, kierowane jeszcze przez ekipę Demokratów, przeprowadziło śledztwo, którego celem było wykazanie powiązań nowego prezydenta z Rosją. Powstał raport, wedle którego rosyjskie służby wspierały Trumpa przez kilka wcześniejszych lat, pomagali mu w interesach i w działaniach politycznych. Ponoć Rosja uruchomiła farmy trolli, nakazano im m.in. przed prawyborami Demokratów osłabiać Hillary Clinton, zaś wspierać skrajnie lewicowego Berniego Sandersa.

Później powstał „raport Muellera”, prokuratora specjalnego powołanego do zbadania rosyjskich powiązań Trumpa. Robert Mueller to były dyrektor FBI. Efektem jego śledztwa był 400-stronicowy dokument oraz kilka oskarżeń podrzędnych działaczy o niebezpieczne związki z Moskwą. Tyle, że żadne z tych oskarżeń nie dotyczyło Donalda Trumpa. Komentarz ekspertów był charakterystyczny: brak oskarżenia oznacza brak wystarczających dowodów, nie oznacza natomiast niewinności Trumpa.

Dokumenty ze wspomnianego raportu FBI później zbadał wyznaczony do tego zadania w 2019 roku specjalny doradca prokuratora generalnego John Durham. Jego opinia okazała się miażdżąca dla działań Federalnego Biura Śledczego. Durham stwierdził, że dochodzenie wszczęto bez uzasadnienia, a następnie prowadzono nieprawidłowo. Służby opierały się niemal wyłącznie na informacjach dostarczanych przez przeciwników Trumpa, a kluczowa dla działań FBI okazała się przekazana im przez australijskiego dyplomatę w Londynie pogłoska, że jeden z doradców ówczesnego republikańskiego kandydata na prezydenta rzekomo miał wcześniej znać informacje, które rosyjskie trolle zamierzały opublikować, by skompromitować Hilary Clinton.

Słowa i gesty

Jednak czasem, co tu kryć, politycy prawicy sami wkładają oręż w ręce swoich lewicowych oskarżycieli. Nie sposób zliczyć bzdurnych deklaracji Donalda Trumpa oraz aktywistów francuskich czy włoskich, na przykład.

Wspomnijmy tylko o jednej z najnowszych wypowiedzi, którą zinterpretowano, jako korzystną dla Putina: były prezydent USA stwierdził, że gdy ponownie zostanie prezydentem, nie będzie chronił przed rosyjską agresją krajów NATO, które nie wypełniają swych zobowiązań finansowych wobec Paktu Północnoatlantyckiego i „zachęcałby” Rosję, by z nimi „robiła cokolwiek jej się podoba”.Powiedział też, że jeśli wygra wybory, zakończy wojnę na Ukrainie w 24 godziny.

Nie są to zbyt mądre zapowiedzi, choć o to, czy są one prorosyjskie, czy wyłącznie nierozsądne i wynikające z bufonady Donalda Trumpa, można się spierać. Należy też zauważyć, że prorosyjskością tego polityka straszono nas już przed wyborami w 2016. Zresztą jak się wydaje i jemu samemu się wydawało, że wystarczy szczerze pogadać z Putinem, przekazać mu rozsądne argumenty, a można doprowadzić do resetu w stosunkach z Kremlem i zmienić jego politykę. Podobnie zresztą Amerykanin myślał o Kim Dzong Unie i Korei Północnej.

Tyle, że cztery lata prezydentury zweryfikowały ten pogląd. Trump zrozumiał, że w relacjach z (post?)komunistycznymi dyktatorami resetu być nie może, że nie skłoni ich do zmiany kursu. Republikański lider dość szybko przyjął więc stanowczą linię wobec Rosji, co wyraźnie było widać choćby podczas konfliktu w Syrii. Dlatego, kiedy dziś Trump daje do zrozumienia, że może po swoim zwycięstwie wycofać pomoc dla Ukrainy, to bezpiecznie można założyć, że tylko to mówi, ale niekoniecznie to zrobi.

Jeśli zaś chodzi o europejską prawicę, to łatwo zauważyć, że opinie jej polityków, które bywają przychylne wobec Putina, są zazwyczaj efektem ich eurosceptycyzmu. Im bardziej komuś nie podoba się sytuacja w Unii Europejskiej, tym chętniej poszukuje innego trwałego punktu odniesienia i często znajduje go (z odwzajemnioną sympatią) na Wschodzie.

Na przykład Giorgię Meloni, liderkę prawicowej partii Bracia Włosi, ostro krytykowano za to, że gratulowała Putinowi zwycięstwa w wyborach z 2018 roku, nazywając jego wygraną „prawdziwym wyrazem woli Rosjan”. Europejczyków straszono, że jeśli Meloni dojdzie do władzy, będzie dążyła do wycofania włoskiej pomocy dla Ukrainy i do wyprowadzenia Włoch z Unii Europejskiej. Ale gdy została ona premierem okazało się, że eksperci, którzy wieszczyli zmianę polityki Rzymu, głęboko się mylili. Meloni nie dość, że twardo trzyma stronę Wspólnoty Europejskiej, to zdecydowanie popiera Ukrainę w wojnie z Rosją. – Włochy mają wszystko do stracenia w świecie, w którym siła prawa zostanie zastąpiona przez prawo silniejszego – zadeklarowała.

Swoją, pewnie niewielką, ale rozdętą przez media liberalno-lewicowe wpadkę miał także i polski prezydent Andrzej Duda, gdy w jednym z wywiadów na pytanie o przyszłe losy Krymu stwierdził: – Nie wiem czy [Ukraina] odzyska Krym, ale wierzę, że odzyska Donieck i Ługańsk. Krym jest miejscem szczególnym, również ze względów historycznych. Ponieważ w istocie, jeśli popatrzymy historycznie, to przez więcej czasu był w gestii Rosji.

Komentatorzy byli oburzeni, i mieli wiele racji. Polityk może myśleć o kompromisach, szukać do nich dróg, negocjować, ale w pewnych sytuacjach – takich jak obecna na Ukrainie – niektórych rzeczy głośno mówić nie należy, zwłaszcza jeśli nie ma się poważnego wpływu na przebieg wojny. Ale czy to oznacza, że Duda jest „ruską onucą”? To jasne, że nie jest, ale raczej wciąż trochę mu brakuje do poziomu męża stanu. Tym niemniej reakcja na jego wypowiedź pokazuje, jak się buduje polityczne narracje, mające niszczyć prawicę.

Skompromitować politycznego przeciwnika

Jak widać, opór konserwatywnej prawicy wobec narzucanej wszystkim nam zmiany zasad i odwrócenia wartości, czyli wobec tego, co nazywane jest rewolucją obyczajową, wywołał wściekłość obecnego establishmentu na świecie. Skoro nie udało się wyznawców tradycyjnych wartości zakrzyczeć i zmusić ich do milczącej akceptacji dla zmian, to próbuje się konserwatystów zniszczyć, anihilować, unicestwić – wszelkimi metodami, za pomocą kłamstw, insynuacji i manipulacji, które mają ich skompromitować, odebrać im wiarygodność. I właśnie temu służy sugerowanie powiązań z Rosją.

***

Dominik Zdort jest dziennikarzem i publicystą, senior research fellow w projekcie „Ordo Iuris Cywilizacja” Instytutu Ordo Iuris. Pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Rzeczpospolitej” i „Newsweeku”, był współautorem audycji w RDC i radiowej „Dwójce”, a ostatnio szefem magazynu weekendowego „Rzeczpospolitej” Plus Minus oraz internetowego Tygodnika TVP.

Czytaj też:
Kto nie za Unią Europejską, ten za Rosją?

Czytaj też:
"Do Rzeczy” nr 16: Kto nie za Unią Europejską, ten za Rosją? Wyborcza narracja propagandowa liberałów

Źródło: Ordo Iuris
Czytaj także