Mentalność postkolonialna polegać ma na uporczywym poszukiwaniu zewnętrznego patrona, pozycjonowaniu się wobec niego jako podwykonawca zlecanych zadań, oczekiwaniu na jego opinię w kluczowych sprawach, ledwo skrywanych kompleksach wobec zewnętrznych sił.
Z pojęciem postkolonializmu – jakkolwiek dobrze znanym i w polskiej debacie często używanym – mam jednak problem. Pomijając oczywisty fakt, że Polska nie była niczyją kolonią (chyba żeby za taki okres uznać zabory, ale to jednak inna sytuacja), mówimy o zjawisku, które pojawiło się przecież wieki temu, najpóźniej u końca XVII stulecia. Było skutkiem złożonych procesów, trwających przez znów co najmniej sto lat przedtem, nie jednego wydarzenia. Dlatego określenie „postkolonializm” nieszczególnie tu pasuje. Należałoby raczej mówić o postawie służalczej, zakompleksieniu, uzależnieniu od patronów. O immanentnej niezdolności do suwerennościowego rozumowania.
