Puszka Pandory z etykietą „Epstein” została otwarta. Skutki dały się odczuć nawet nad Wisłą, gdzie premier Donald Tusk zapowiedział powołanie rządowego zespołu do zbadania polskich wątków tego „szatańskiego kręgu”. Sama sprawa oczywiście najbardziej rezonuje w świecie anglosaskim, choć nie tylko – do tego stopnia Jeffrey Edward Epstein budował sieć globalnych kontaktów, usilnie próbując ją umoczyć doznawaniem uciech cielesnych w jego rezydencjach z dziewczynami pod jego pieczą specjalnie rekrutowanymi w tym celu z całego świata, również nieletnimi. Pewien całościowy obraz, wyłaniający się z tych akt, nie kojarzy się inaczej niż właśnie z metodycznym i wytrwałym zbieraniem, na przestrzeni lat, kompromatów na możnych tego świata. Narzucające się naczelne pytanie to „Dla kogo?”, bo „Dlaczego?” jest przecież oczywiste.
Z tą puszką Pandory wiąże się jednak zasadniczy problem: z opublikowanych materiałów, mimo niesłychanej atmosfery skandalu i możliwych przestępstw na tle pedofilii i wymuszonej prostytucji, w różnych przypadkach po prostu nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy dany celebryta, polityk lub biznesmen utrzymujący kontakty z Epsteinem rzeczywiście skorzystał z jego przybytków rozkoszy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
