Kilka lat wcześniej, w 1343 r. Polska zawarła w Kaliszu pokój z Zakonem Krzyżackim petryfikujący wzajemne stosunki na kilkadziesiąt lat. Oba te traktaty były wyrazem realizmu mądrego władcy, który rządząc niewielkim królestwem doskonale zdawał sobie sprawę z zagrożeń geopolitycznych. Wówczas, co dziś może zaskakiwać, nie koncentrowały się one w sferze zgniotu wschód – zachód, lecz na osi północ – południe. Dla Polski w tamtych czasach śmiertelnym zagrożeniem był sojusz krzyżacko – luksemburski, przeciwko któremu dopiero co zjednoczone Królestwo Polskie nie mogło się zbrojnie przeciwstawić. Oba traktaty, kaliski i namysłowski nie były pokazem siły państwa polskiego innej aniżeli twardy realizm. Na mocy traktatu kaliskiego Polska odzyskała Kujawy i ziemię dobrzyńską jednakże Krzyżacy zatrzymali Pomorze Gdańskie, ziemię chełmińską i michałowską, co było raczej upokarzające dla polskiej korony. W Namysłowie zaś przynajmniej de facto pozostawiono pod zwierzchnictwem czeskim jedną z kluczowych prowincji piastowskich czyli Śląsk, za cenę zrzeczenia się Luksemburczyka z roszczeń do polskiego tronu.
Mniej więcej 150 lat później władztwo polsko – litewskiego rodu panującego czyli Jagiellonów rozciągało się na całą Europę środkową i wschodnią. Kazimierz Jagiellończyk, król polski i wielki książę litewski władał ziemiami o powierzchni ok. 1 mln kilometrów kwadratowych zaś jego syn Władysław panował w Czechach, na Węgrzech i w Chorwacji. Po wojnie trzynastoletniej Zakon Krzyżacki legł w gruzach i zmierzał do ostatecznego upadku, zaś Polska odzyskała Pomorze gdańskie i stała się regionalną potęgą.
Tego bezprecedensowego w dziejach wzrostu siły i znaczenia Polski, położonej w cieniu wielkich potęg, państwa w sumie słabego i peryferyjnego nie da się wytłumaczyć wyłącznie mądrością kolejnych wybitnych władców, Kazimierza Wielkiego, Jadwigi Andegaweńskiej, Władysława Jagiełły i Kazimierza Jagiellończyka, czy rozsądkiem ówczesnych elit politycznych.
Bo kiedy król Kazimierz układał się w Namysłowie z Karolem Luksemburczykiem na zachodzie Europy trwała apokalipsa. Przywleczona przez kupców i żeglarzy z Kaffy (Teodozji) do Italii Yersinia pestis czyli dżuma w 1348 r. rozpoczęła swój śmiercionośny marsz we wszystkich kierunkach Europy, siejąc spustoszenie, którego skalę trudno sobie dzisiaj wyobrazić.
Italia, Francja, czy Niemcy występujące pod postacią Świętego Cesarstwa Rzymskiego przed wybuchem zarazy stanowiły centra europejskiej cywilizacji. Były to kraje od wieków chrześcijańskie, czerpiące z tradycji karolińskiej, zamożne i ludne, prowadzące ożywiony handel. Na ich tle późno-piastowska Polska to raczej prowincja, rządzona owszem przez ambitnych władców, lecz walcząca raczej o jedność, byt i przetrwanie niż o wielką chwałę.
Jako, że w XIV w. nie było bazy PESEL, ani urzędów statystycznych, a parafialne księgi metrykalne upowszechniły się dopiero po soborze trydenckim, w drugiej połowie XVI w., straty wywołane zarazą można ustalić jedynie w przybliżeniu. Z szacunków rezydującego w Awinionie papieża Klemensa VI wynika, że czarna śmierć pochłonęła blisko 24 mln ofiar. Liczba ta powinna szokować kiedy uwzględnimy, że całą Europę zamieszkiwało wówczas ok. 75-80 mln. ludzi. Ponieważ fale epidemii powracały uważa się, że w 1430 r. Stary Kontynent zamieszkiwało jedynie 20-40 mln mieszkańców. Jak podaje amerykański mediewista Samuel K. Cohn Jr. lokalnie dżuma potrafiła uśmiercić nawet do 80 % mieszkańców miast i wsi. Przykładowo na podstawie zapisów podatkowych szacuje się, że Florencja w ciągu jednego roku straciła trzy czwarte swoich mieszkańców, a wioski w Cambridgeshire w diecezji Worcester oraz w okolicach St. Flour w Owernii nawet 80% populacji.
Z przyczyn, które do dziś pozostają nie do końca wyjaśnione, zaraza obeszła się z państwem Kazimierza Wielkiego łagodnie. Robert Hoeniger, niemiecki historyk badający epidemie dżumy w średniowieczu stwierdził, że pierwsza fala pandemii niemal nie dotknęła terenów Królestwa Polskiego. Hipoteza ta została przyjęta w polskiej nauce m.in. przez Henryka Samsonowicza, Jerzego Wyrozumskiego i Andrzeja Nowaka.
W historiografii toczy się spór odnośnie przyczyn tego zjawiska. Być może rzeczywiście mądry władca zarządził kwarantannę i pozamykał granice. A może po prostu Polska pozostawała wyizolowana od reszty Europy, położona na uboczu głównych szlaków handlowych, z niewielką i rozproszoną populacją, co utrudniało rozprzestrzenianie się epidemii. Paradoksalnie można bronić poglądu, że to słabość i peryferyjność Polski w połowie XIV w. stała się kamieniem węgielnym jej późniejszej potęgi. To w sumie dosyć optymistyczna konstatacja biorąc pod uwagę nasze współczesne położenie.
Siła państw nigdy nie ma charakteru bezwzględnego. Jest zawsze wykładnią sił i słabości własnych w relacji do sił i słabości obcych. Słabe państwo w otoczeniu sąsiadów pogrążonych w rozpaczy wojen, czy nękanych permanentnymi klęskami żywiołowymi może uchodzić za regionalny ośrodek siły i stabilności. Silne, świetnie zorganizowane mocarstwo może stanąć w obliczu konieczności walki o przetrwanie, gdy na horyzoncie pojawi się rywal aspirujący i posiadający potencjał wzrostu większy od dotychczasowego hegemona. To niezmienne prawidła stosunków międzynarodowych opisane już przez Tukidydesa w czasach wojny peloponeskiej w V w. przed Chr., aktualne w XIV w. i rażące swoją aktualnością także dzisiaj.
Drugim prawidłem relacji międzynarodowych jest to, że układ stosunków między państwami nie zna próżni. Gdy jeden gracz słabnie ktoś inny zajmuje jego miejsce w procesie dziejowym. To w sumie przestroga dla możnych i nadzieja dla słabych tego świata.
Swoistą triadę podstawowych reguł relacji międzynarodowych współtworzy zasada, że państwa nie mają przyjaciół lecz tylko interesy i nigdy nie działają altruistycznie. Relacje między państwami stanowią bowiem najbardziej wyrafinowaną formę konfliktu międzyludzkiego.
To zarazem reguła całkowicie nieobecna w myśleniu polskiego establishmentu politycznego. Nasz kraj cechuje bowiem nieprawdopodobna wręcz liczba różnego rodzaju pięknoduchów, infantylnych naiwniaków czy zwykłych, szkodliwych idiotów na szczytach władzy, którzy posiadając wyjątkowo skromne zasoby intelektualne nadrabiają żywym entuzjazmem i wiarą w demokrację, praworządność, czy inkluzywność, oraz w konsekwencji ład międzynarodowy oparty o tego rodzaju „wartości”.
Uniwersalne zasady relacji między państwami uzupełnia spostrzeżenie, że w stosunkach międzynarodowych nic nie trwa wiecznie. Dotyczy to także fluktuacji samych potęg, zmieniania się punktów ciężkości i ośrodków siły. Znakomicie opisał to Paul Kennedy w modnej ostatnio w Polsce książce pt. Narodziny i upadek mocarstw.
Kiedy stare centra cywilizacji europejskiej w połowie XIV w. pogrążyły się w chaosie, osłabły lub prawie powymierały, jednocześnie straciły zdolność utrzymywania równowagi sił na kontynencie. Dzięki epidemii dżumy oraz szczęśliwemu układowi stosunków w Europie Środkowej Polska znacząco zredukowała dotychczasowy deficyt siły i to w wymiarze nie tylko regionalnym ale wręcz ogólnoeuropejskim.
W żaden sposób nie umniejsza to zasług króla Kazimierza, który murował zamki, ściągał podatki, skodyfikował prawo, założył uniwersytet, zawierał strategiczne układy z najgroźniejszymi rywalami i znacząco powiększył terytorium unikając przy tym niszczycielskich wojen. Jednak te działania zbiegły się z istotnym wahnięciem sił na naszą korzyść oraz powstaniem geopolitycznej próżni, którą Polska odważnie zaczęła wypełniać w połowie XIV w.
I choć nie da się dokładnie przesądzić wpływu dżumy na późniejsze losy Polski to jednak można postawić hipotezę, że działania ostatniego Piasta na polskim tronie zapewne nie przyniosłyby aż tak spektakularnych sukcesów w przyszłości, gdyby nie osłabienie starych europejskich potęg przetrzebionych przez roznoszoną przez ludzi, pchły i szczury Yersinia pestis.
Po miłych dla nas wojażach w czasie powróćmy zatem do połowy lat dwudziestych XXI w. Polska poobijana przez historię XX w., niczym po rozbiciu dzielnicowym wciąż liże rany, nadrabia i goni, zapatrzona w naszych przyjaciół, sojuszników i mentorów z „Wielkiego Zachodu”, który poucza, gani i strofuje, a czasem pogłaszcze po głowie i udzieli dobrej rady. Pozostajemy krajem peryferyjnym, niskopłacowym zasobem siły roboczej, utrzymywanym w pułapce średniego rozwoju przez zainstalowane nam pseudoelity dbające wyłącznie o to, abyśmy podążając w europejskim nurcie przypadkiem nie wyszli z rzeki orientując się przy okazji, że woda jest brudna, spieniona i cuchnąca.
Jednak zachodnie, a przede wszystkim europejskie ośrodki siły przeżywają gwałtowny kryzys i zaczynają słabnąć, zainfekowane patogenem, tym razem ideologicznym. Dżumą XXI w. stał się globalizm, korporacjonizm oraz jego paskudne wykwity w postaci wokeizmu, ideologii gender, multikulti oraz permisywizmu moralnego w stylu LGBT. W rolę pcheł i szczurów roznoszących zarazę wcielili się różnej maści luminarze nowego porządku, aktorzy i celebryci, mainstreamowe media oraz ośrodki akademickie, w których walkę o prawdę zastąpiono zmaganiami o punkty i granty.
Jako, że zaraza dojrzewała od dawna i ma solidne fundamenty w postaci szkoły frankfurckiej, rewolucji 1968 r., „mądrości” będących twórczym rozwinięciem marksizmu w stylu tolerancji represywnej Herberta Marcuse, wynurzeń Antonio Gramsciego i Altiero Spinellego, a ostatnio rozmaitych piewców kapitalizmu interesariuszy i zrównoważonego rozwoju w rodzaju Klausa Schwaba, Larrego Finka czy André Hoffmanna, infekuje niezwykle skutecznie.
Pierwszym objawem choroby narodów zarażonych dżumą XXI w. jest utrata krytycyzmu oraz zbiorowego instynktu samozachowawczego. Ludzie Zachodu pozbawieni ideowego układu autoimmunologicznego w postaci tradycyjnych wartości, rodziny, wspólnoty, narodu i chrześcijaństwa zaczęli dawać wiarę fałszywym bogom stawiając podwaliny nowych religii w tym klimatyzmu, ekologizmu oraz transhumanizmu. Skutki rozprzestrzeniania się ideologicznych miazmatów są zabójcze. Bo w oparciu o te chore idee dzisiaj na Zachodzie pisze się programy gospodarcze i społeczne, narzuca ludziom jedynie słuszny punkt widzenia oraz sprawuje władzę.
Europa, niegdyś główny ośrodek siły zachodniej cywilizacji, przestaje się liczyć. Unia Europejska od 20 lat tkwi w gospodarczej stagnacji. Według Eurostatu średni roczny wzrost realnego PKB w tym okresie wynosi 1,3 procent. W tym czasie Chiny rozwijały się w tempie ok. 8 procent rocznie. 20 lat temu PKB Unii i USA były porównywalne. Obecnie USA przewyższają Unię o ok. 50 procent. USA mają PKB per capita 2 razy wyższe nominalnie i ok. 40 procent wyższe w parytecie siły nabywczej. Oznacza to że mieszkańcy Unii są coraz mniej zamożni w porównaniu do mieszkańców USA.
Niemcy posiadające rozwiniętą energetykę jądrową oraz węglową postanowiły popełnić rozszerzone samobójstwo gospodarcze. W 2023 r. wyłączono w Niemczech ostatni reaktor. Jednocześnie wymusiły na całej UE odchodzenie od węgla promując absurdalne rozwiązania pod zbiorczą nazwą odnawialnych źródeł energii. W rezultacie cena energii elektrycznej dla przemysłu jest w Europie ok. 2,5 razy większa niż w USA i w Chinach. To oznacza dramatyczne pogorszenie się konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw, mniej pieniędzy na innowacje i rozwój. Koło się zamyka.
Wśród wyodrębnionych przez australijski instytut ASPI 74 kluczowych technologiach XXI w. (critical and emerging technologies) świadczących o sile i innowacyjności gospodarek, a nade wszystko perspektywach rozwoju, w tym takich obszarach jak sztuczna inteligencja, półprzewodniki, technologia kwantowa, biotechnologia, robotyka itd., Chiny przodują w 66 z nich, a USA w 8. UE w tym zestawieniu się nie liczy. Podobne proporcje podawane są w rankingach publikowanych przez inne renomowane think thanki.
Jeżeli jednak chodzi o ilość regulacji prawnych, zaawansowanie biurokracji oraz zideologizowanie gospodarki UE jest bezkonkurencyjna. Nie chodzi tu nawet o widoczne dla wszystkich, idiotyczne przejawy regulacyjnego szaleństwa w rodzaju przyspawanych do butelek nakrętek, różnokolorowych worków do segregacji śmieci, czy papierowych słomek do napojów w barach. Przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy z ilości ograniczeń i wymogów nakładanych na niemal każdy obszar gospodarczej aktywności, które dosłownie dławią europejską przedsiębiorczość.
Towarzyszy temu zapaść demograficzna, dezintegracja społeczeństw, oraz dramatyczne skutki migracji w tym wzrost przestępczości, agresji, gettoizacja, wyobcowanie, wzbudzenie lęków oraz napięć społecznych. Ludzie Zachodu w niczym nie przypominają swoich przodków, którzy zawojowali świat. Dziś to postkolonialny świat wyzwolony spod panowania Europejczyków zmierza do podboju Starego Kontynentu, narzucenia mu niższej marży, a także swoich wartości i zasad.
Kiedy słucha się ministra Radosława Sikorskiego, który z uporem szaleńca zachwala podczas expose dobrodziejstwa przynależności Polski do tego walącego się świata i z uśmiechem Jokera na twarzy stręczy naszą Ojczyznę do klubu przegranych, można odnieść wrażenie, że polski minister spraw zagranicznych dawno nie aktualizował oprogramowania bazowego. Że żyje we własnym uniwersum nadziei, złudzeń i urojeń o świecie opartym na wartościach liberalnej demokracji Zachodu, nie dostrzegając jak bardzo uległy one erozji przekształcając się z swoją złowrogą karykaturę.
Tymczasem nasza peryferyjność i zapóźnienie we wdrażaniu postępowych europejskich antywartości staje się największym polskim zasobem XXI w. W tym kontekście upadek Europy zachodniej nie powinien nas zbytnio martwić. Oto na naszych oczach otwiera się szansa odzyskania pełnej możliwości stanowienia o sobie, oraz perspektywa wykorzystania niezwykle dogodnego momentu dziejowego. Rosja i Ukraina wyniszczone wojną zostały połączone wiekuistą nienawiścią, która w szokujący sposób podzieliła dwa, do niedawna bratnie narody. Jeżeli Ukraina przetrwa, te dwa kraje przez lata będą leczyć rany po wojnie, trzymając straże na wspólnej, długiej granicy. Jeżeli nie przetrwa Rosja będzie uwikłana w pilnowanie porządku na bezkresnych dzikich polach mając przeciw sobie tysiące ludzi posiadających doświadczenie bojowe, dostęp do broni, motywowanych wspomnieniem setek tysięcy ofiar i morzem przelanej krwi. Ogromne terytorium Rosji stanie się jej słabością, gdyż co pokazują doświadczenia ostatnich miesięcy tak rozległego obszaru nie da się upilnować, zwłaszcza przed przeciwnikiem zmuszonym do działań niszowych i asymetrycznych. Rafinerie rosyjskie mogą więc płonąć latami.
Zachód załamujący się pod ciężarem ideologicznej zarazy, owej czarnej śmierci AD 2026, traci zdolność do narzucania Polsce swojego patronatu utrzymującego nas w stanie peryferyjności i pełnego podporządkowania jego własnym interesom. Najprawdopodobniej już kilka lat temu elity Zachodu nie były w stanie siłowo przeforsować swojej woli wobec Polski w kluczowych obszarach. Jednak koszmarne błędy rządów PiS w zakresie polityki klimatycznej, zgoda na KPO oraz przede wszystkim katastrofalna reforma wymiaru sprawiedliwości otwierały przed unijnym establishmentem możliwości skutecznej interwencji. Wydaje się, że ten czas już się skończył. Prawdziwym testem będzie przeprowadzenie kompleksowej reformy sądownictwa, wciąż pozostającego, przynajmniej w ujęciu systemowym, post-komunistyczną, niedemokratyczną strukturą, utrzymującą Polskę w stanie kadłubowej niepodległości i anarchii.
Na północy i południu nie mamy żadnych wrogów. To wszystko daje nam perspektywę posiadania państwa stojącego u progu wielkiego wzrostu znaczenia na arenie międzynarodowej oraz akumulacji własnych zasobów. Siły trzymające nas do tej pory w ryzach słabną. W Europie środkowej zaczyna pojawiać się strategiczna pustka.
Jednak, aby skorzystać z szansy danej nam przez kapryśny los niezbędne jest posiadanie odwagi oraz głębokiej wiary we własne możliwości. Należy porzucić złudzenia przeszłości i fałszywe idee, których nieczyste dźwięki coraz wyraźniej pobrzmiewają rozstrojoną struną, w miejsce pozornej jeszcze do niedawna harmonii. Skoro patroni słabną nie trzeba już grzecznie stać w szeregu i deklamować wyuczone formułki o liberalnej demokracji, solidarności europejskiej, oraz znaczeniu naszych sojuszy, które rzekomo mają nam gwarantować bezpieczeństwo. Można pozbyć się obcych wpływów zakazując finansowania jakichkolwiek organizacji typu NGOs przez podmioty zagraniczne. Wprowadzić surowe prawo anty-lobbingowe. Przeprowadzić prawdziwą reformę wymiaru sprawiedliwości eliminując z systemu czynniki antypaństwowe i anarchizujące. Wprowadzić obowiązkowe przeszkolenie wojskowe i rozpocząć studia nad polską bronią jądrową. Odrzucić system ETS i odciąć finansowanie ze środków publicznych nierentownych inwestycji w tzw. energię odnawialną. Nade wszystko należy przeprowadzić strukturalną reformę państwa, mającą na celu stworzenie prawdziwej elity i uwolnienie nas od idiokracji na rzecz merytokracji. Na początek choćby zredukować o połowę liczbę posłów i senatorów, zlikwidować wybory do sejmików wojewódzkich, czy osłabić wszechwładzę liderów partyjnych w układaniu list wyborczych. Jednak to tylko przykłady rozwiązań najbardziej palących problemów wynikających z głupoty i zaprzaństwa. Bo Polska potrzebuje dzisiaj kompleksowej strategii wzmocnienia swojej państwowości, odważnego i poważnego programu, jednocześnie uodparniającego nas na ideologiczną dżumę XXI w., która póki co nie wywołała w naszym kraju nieodwracalnych zniszczeń. Jeżeli chcemy wykorzystać szansę, która coraz wyraźniej rysuje się na horyzoncie, aby wejść w strategiczną niszę, co może upodmiotowić nie tylko Polskę, ale cały region Europy środkowowschodniej, nie wystarczy liczyć na słabość sił zewnętrznych. Potrzeba zbiorowej mądrości króla Kazimierza, odrzucenia polityków z nieaktualnym systemem operacyjnym i uruchomienia procesów, które wyniosą Ojczyznę ku wielkiej przyszłości. Tylko wtedy nasza najlepsza historia naprawdę się powtórzy.
Mikołaj Drozdowicz –prawnik, od 20 lat prowadzi kancelarię radcowską, publicysta, zwolennik zdrowego rozsądku
