Półmetek rządów „drugiego Tuska” musiał prowadzić do emocjonalnego wzmożenia po obu stronach barykady. Dziennikarzom w to graj – przecież we współczesnych mediach nie liczy się prawda, tylko narracja. Im bardziej zażarta, tym lepsza oglądalność. Bo choć udajemy oświeconych Europejczyków, to w istocie buzują w nas barbarzyńskie instynkty. Rzymianie domagali się walk gladiatorskich, Hiszpanie corridy, my łakniemy freak fightów na wszystkich antenach i kanałach.
To już stało się standardem większości (wszystkich?) mediów: tuż po przedstawieniu gości, a właściwie już podczas prezentacji, zaznacza się podział na „swojaków” i„wrogów”: tych pierwszych wita się z tytułami naukowymi (jeśli mają), a adwersarzy pozbawia się tej uprzejmości. Natychmiast po wrzuceniu pierwszego tematu temperatura w studiu rośnie tak, że gdyby jajka mogły lewitować, można by je gotować nad głowami uczestników. O kulturze dyskusji zapomnieć; o równowadze czasu na wypowiedzi takoż – przewagę w dostępie do mikrofonu mają ci, którzy reprezentują front popierany przez daną redakcję.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
