Seul puka, Pjongjang zaciska pięść
  • Maria KądzielskaAutor:Maria Kądzielska

Seul puka, Pjongjang zaciska pięść

Dodano: 
Kim Jong Un
Kim Jong Un Źródło: Wikimedia Commons
Teraz Azja II Na Półwyspie Koreańskim każdy gest ma długość rakiety. Seul puka do drzwi dialogu dokładnie w chwili, gdy Pjongjang zaciska pięść, modernizuje arsenał i sprawdza, czy Ameryka, zajęta inną wojną, na pewno patrzy w ich stronę.

Na Półwyspie Koreańskim od lat powtarza się ten sam dramat, tylko dekoracje są coraz nowocześniejsze. Seul mówi o rozmowach, o powrocie do kanałów komunikacji, o tym, że nawet najtwardszy konflikt potrzebuje choćby cienkiej nitki kontaktu, żeby nie przerodził się w pożar. Pjongjang odpowiada językiem „statusu państwa nuklearnego”. Dodatkow od razu dopowiada, że do arsenału atomowego dołoży kolejne narzędzia nacisku, bardziej precyzyjne, bardziej mobilne, bardziej nieprzewidywalne. A w tle pojawia się czynnik trzeci, który w tej części świata zawsze działa jak katalizator: uwaga i zasoby Stanów Zjednoczonych są dziś rozszarpywane przez wojnę na Bliskim Wschodzie. W geopolityce nie ma nic bardziej ryzykownego niż moment, w którym jedna strona uznaje, że „tamci mają teraz ważniejsze sprawy”.

Kongres Partii Pracy Korei w Pjongjangu zakończył się nie tyle ideologicznym manifestem, ile chłodnym planem rozbudowy siły, ułożonym jak lista priorytetów dla przemysłu zbrojeniowego. Kim Dzong Un zapowiedział dalszą rozbudowę arsenału jądrowego: zarówno w sensie liczby głowic, jak i środków ich użycia oraz rozwój mocniejszych międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Wśród zapowiedzi pojawił się wątek zdolności do odpaleń „spod wody”, co jest czytelną próbą zwiększenia przeżywalności potencjału odstraszania. Obok tego Kim mówił o systemach uderzeniowych opartych o sztuczną inteligencję, o rosnącej roli bezzałogowców i o zdolnościach do rażenia satelitów. To nie jest już prosta gra „rakieta za rakietę”. Tym razem to program budowania przewagi w szarej strefie: poniżej progu pełnoskalowej wojny, ale wyraźnie powyżej progu bezpieczeństwa i komfortu politycznego Seulu. Widać wyraźnie, że Chińczycy udzielają Koreańczykom z Północy intensywnych korepetycji geopolitycznych.

Jednocześnie Kim zostawił uchylone drzwi wobec Waszyngtonu, zastrzegając przy tym, że klucz do tych drzwi jest po amerykańskiej stronie. W północnokoreańskiej narracji brzmi to niemal łagodnie: gdyby USA porzuciły „politykę konfrontacji” i „uszanowały obecny status” Korei Północnej, wówczas, jak mówił Kim, oba państwa mogłyby się „dobrze dogadywać”. Tyle że to zdanie ma haczyk, którego nie da się pominąć bez zafałszowania sensu: „uszanowanie statusu” oznacza de facto uznanie Korei Północnej jako trwałego państwa nuklearnego. A to jest dla Zachodu granica polityczna i strategiczna, której przekroczenie podważyłoby sens całej wieloletniej polityki nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Co więcej, wobec Seulu Kim był znacznie ostrzejszy: nazwał Południe „najbardziej wrogim” przeciwnikiem, wykluczył perspektywę rozmów i ostrzegał, że Pjongjang może inicjować dowolne działania, a nawet że nie można wykluczyć scenariusza „całkowitego upadku” Korei Południowej. To nie jest dyplomatyczna gra w sygnały. To próba narzucenia psychologii strachu jako stałego elementu życia politycznego regionu.

W północnokoreańskiej opowieści „sztuczna inteligencja” nie jest modnym hasłem z konferencji technologicznych, tylko nowym mnożnikiem niepewności. Jeszcze przed kongresem Kim chwalił 600-milimetrowe wieloprowadnicowe wyrzutnie rakiet, twierdząc, że precyzją i siłą rażenia „praktycznie nie różnią się” od pocisków balistycznych, a systemy naprowadzania mają wykorzystywać komponenty oparte na AI. W praktyce to komunikat wysłany wprost do Seulu i sojuszników: nawet jeśli Północ nie ma przewagi jakościowej w lotnictwie czy marynarce, będzie budować tanią masę rażenia, „sprytną” i trudną do przechwycenia, a więc zdolną do paraliżowania decyzji po drugiej stronie.

W tym samym czasie Seul, pod rządami liberalnego prezydenta Lee Jae-myunga, próbuje utrzymać przynajmniej szczelinę, przez którą mógłby wrócić do dialogu. Na początku marca Lee wezwał Północ do jak najszybszego wznowienia rozmów, mówił o otwarciu „nowej ery” w relacjach i deklarował gotowość pracy nad restartem kanałów komunikacji w imię pokoju na półwyspie. Nie jest to jednak romantyczna wiara w pojednanie. To raczej zimna kalkulacja człowieka, który wie, że bez komunikacji każda „rutynowa prowokacja” staje się potencjalnym zapalnikiem, a każdy przypadkowy incydent może uruchomić łańcuch zdarzeń, nad którym później nikt nie panuje. Dlatego Seul sygnalizował też, że w konsultacji z USA rozważa częściowy powrót do ducha porozumienia wojskowego z 2018 roku. Może się do dziać na przykład poprzez ograniczenie niektórych aktywności przy granicy i przywrócenie elementów dawnej „strefy bez lotów”, które miały zmniejszać ryzyko niekontrolowanej eskalacji.

Równolegle działa jednak żelazna logika sojuszu i odstraszania. Wspólne manewry Waszyngtonu i Seulu „Freedom Shield” odbyły się w terminie od 9 do 19 marca. Jak co roku, są dla Pjongjangu wygodnym pretekstem do podkręcania napięcia. Kim Yo Jong, siostra przywódcy i jedna z głównych twarzy reżimu, nazwała ćwiczenia „prowokacyjną i agresywną próbą wojny”, twierdząc, że obejmują ponad 18 tysięcy żołnierzy oraz że prowadzone są dniem i nocą we wszystkich domenach: na lądzie, na morzu, w powietrzu, a nawet w wymiarze kosmicznym i cybernetycznym. W tej retoryce nie jest najważniejsze, czy liczby są idealnie zgodne z faktami, lecz to, do czego służą: do uzasadnienia kolejnej rundy zbrojeń i do „sprzedania” społeczeństwu narracji o oblężonej twierdzy, która musi odpowiadać siłą na każdy ruch przeciwnika.

Nowy, wyjątkowo niebezpieczny element pojawia się jednak gdzie indziej, poza samym półwyspem. Wojna USA i Izraela z Iranem przestawia globalny rozkład uwagi i zasobów, a jej konsekwencje sięgają aż do Azji Wschodniej. Korea Południowa potwierdza, że wojska USA i Korei dyskutują o możliwości przerzutu części systemów obrony powietrznej Patriot na potrzeby działań przeciw Iranowi, a media informowały o ruchach baterii z baz w Korei. Prezydent Lee publicznie tonuje nastroje, przekonując, że relokacja części środków nie podważa strategii odstraszania, ponieważ południowokoreańskie wydatki obronne i zdolności konwencjonalne są większe niż północnokoreańskie, a w kraju wciąż stacjonuje około 28,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy. Jednak analitycy ostrzegają przed ryzykiem, które wraca w historii jak bumerang: przed „złą interpretacją”. Pjongjang może potraktować relokacje jako zachętę do prowokacji o niższej intensywności, by sprawdzić, czy sojusz zachowa wolę reagowania równie twardo, gdy jego zasoby rozchodzą się po mapie świata.

Kim dokłada do tej układanki jeszcze jeden wymiar: nieustanny spektakl mobilizacji, w którym państwo ma wyglądać jak jedna wielka fabryka broni, a przywództwo jak rodzinno-wojskowy duet stojący ponad społeczeństwem. Propaganda pokazywała go przy nowym niszczycielu o wyporności około pięciu tysięcy ton, gdzie nadzorował próbę pocisku manewrującego i mówił o „ofensywnych” zdolnościach marynarki, zapowiadając budowę dwóch takich okrętów rocznie. W kolejnych dniach opisywano wizytę w zakładach zbrojeniowych, prezentację linii produkcyjnych i testy strzelania z broni krótkiej. Wszystko to w towarzystwie jego nastoletniej córki. Południowokoreańska Narodowa Służba Wywiadowcza sygnalizowała, że córka ma otrzymywać coraz więcej przestrzeni, by „wnosić wkład” w kwestie państwowe, co natychmiast rozbudza spekulacje o sukcesji. W systemie tak personalnym jak północnokoreański nawet symboliczna obecność w takich scenach jest komunikatem: władza ma trwać, a przyszłość ma zostać ułożona wcześniej niż pozwoliłyby na to przypadek, czy biologia.

I tu wracamy do paradoksu „furtki”. Lee Jae-myung mówi: rozmawiajmy, bo bez rozmów rośnie ryzyko katastrofy. Kim odpowiada: rozmawiać możemy, ale dopiero wtedy, gdy uznacie, że nasze nuklearne status quo jest nieodwracalne. Waszyngton sygnalizuje gotowość do dialogu „bez warunków wstępnych”, co dobrze brzmi w komunikacie, lecz nie rozwiązuje sedna sporu o denuklearyzację i sankcje. W efekcie dialog pozostaje w dużej mierze gestem, a zbrojenia, twardą rzeczywistością.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższe miesiące nie wygląda więc jak przełom, lecz jak dalsze przeciąganie liny. Pjongjang będzie rozwijał instrumenty nacisku: od międzykontynentalnych rakiet po systemy wspierane przez sztuczną inteligencję. Seul będzie pilnował gotowości i próbował utrzymać kanały deeskalacji, a Stany Zjednoczone będą jednocześnie odstraszać na Indo-Pacyfiku i zarządzać kryzysem globalnym, który może chwilowo odciągać ich uwagę od tej części Azji.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także