W Zamku Ujazdowskim gorąca zbiorówka zatytułowana „Ten kot został narysowany w czasie wojny”. Wśród 27 autorów niemal połowa pochodzi z Ukrainy, kuratorka, zarazem uczestniczka pokazu, Łada Nakoneczna także.
My ich nie doceniamy, przekonani o naszej przewadze, którą zawdzięczamy wielowiekowemu zadomowieniu w europejskiej historii sztuki. Kiedy tam, za Bugiem, jedyną tradycją plastyczną były ludowe hafty, pisanki, zdobnictwo dekorujące przedmioty codziennego użytku, malarstwo naiwne, ewentualnie twórczość sakralna, polscy artyści stawali w szranki z zachodnią konkurencją. I to jeszcze w okresie niebytu Polski na mapach.
Tymczasem o ukraińskich twórcach nikt nie słyszał jeszcze dekadę temu, nie mówiąc o imiennej rozpoznawalności – bo naciąganiem jest przypisywanie ukraińskiej tożsamości Kazimierzowi Malewiczowi czy Aleksandrowi Archipience, którzy, choć urodzeni w Kijowie, gdzie indziej rozwijali karierę.
To dzieje się po cichu, niezauważalne dla większości obywateli zamieszkujących kraj nad Wisłą: nasze najważniejsze narodowe instytucje sztuki przestały być tylko „nasze”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
