We wtorek przed południem Andrzej Poczobut przekroczył granicę Polski z Białorusią i ruszył w stronę rodzinnego Grodna. Dziennikarz chce się spotkać z rodziną oraz przedstawicielami Związku Polaków na Białorusi. Jego pobyt ma potrwać około tygodnia. Następnie planuje wyjazd do Stanów Zjednoczonych i Kanady, gdzie ma się spotkać m.in. z przedstawicielami Polonii.
O przekroczeniu granicy przez Poczobuta poinformował Bartosz Wieliński z "Gazety Wyborczej". Działaczowi mniejszości polskiej na Białorusi towarzyszy córka Jana. Przed dotarciem do Grodna Poczobut planował odwiedzić Brzostowicę Wielką, gdzie się urodził.
Poczobut zapowiadał powrót na Białoruś praktycznie od chwili odzyskania wolności. Jak podała Wirtualna Polska, premier Donald Tusk oraz minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski osobiście apelowali do niego, aby pozostał w Polsce. Dziennikarz nie zmienił jednak decyzji. – Jadę na Białoruś, do domu. (...) Na spotkanie z ludźmi, przecież niektórych ludzi pięć lat nie widziałem – mówił w sobotę. – Jadę wspierać działalność Związku Polaków na Białorusi. Ci ludzie potrzebują mojej obecności – dodał.
Sikorski: Poczobut wie, że to jest ryzykowne
We wtorkowym wydaniu programu "Gość Wydarzeń" w Polsat News Radosław Sikorski był pytany o decyzję Andrzeja Poczobuta. – Rozmawiałem z nim tydzień temu. On oczywiście wie, że to jest ryzykowne – zaznaczył. – Takie powroty czasami są tragiczne. Przypominam: Nawalny wrócił, Saakaszwili wrócił, Kara-Murza wrócił – wymieniał.
Szef MSZ poinformował, że polskie władze pozostają w kontakcie z opozycjonistą. – Jesteśmy w dialogu z Andrzejem Poczobutem, życzymy mu jak najlepiej, ale igra z ogniem – ocenił.
– W każdej chwili [Poczobut – przy. red.] może być po prostu aresztowany – stwierdził Sikorski. Jak dodał, działalność dziennikarska i polonijna na Białorusi sama w sobie może być traktowana przez reżim Aleksandra Łukaszenki jako "kwestia polityczna".
Czytaj też:
"Niezwykle skomplikowany proces". Przydacz ujawnił kulisy uwolnienia Poczobuta
