Od epoki berlińskiego marsza „Berliner Luft” („Berlińskie powietrze”), śpiewanego do niedawna w miejscowym dialekcie w knajpach przed północą, klimat w stolicy Niemiec zmienił się na serio i na stałe. Inne przeboje zajęły jego miejsce. Berlin to twierdza niemieckiej lewicy. Nawet jeśli w „czerwonym ratuszu” (bo z czerwonej cegły) w przeszłości komuniści siedzieli na gorszych krzesłach. Rząd landowy w Berlinie nazywa się senatem, ministrowie – senatorami, a premier rządu krajowego nosi tytuł nadburmistrza. Berlin to land mały, ale nie najmniejszy, jeśli bierzemy pod uwagę liczbę mieszkańców (taki Kraj Saary nad granicą z Francją pozostaje za Berlinem daleko z tyłu). Aglomeracja berlińska liczy prawie 5 mln mieszkańców. To, że rząd w Berlinie nazywa się senatem, wynika z decyzji politycznych. Jakie byłoby zamieszanie – pytali zwolennicy tej nazwy – gdyby Berlin był zarówno siedzibą kanclerza, jak i premiera, i na domiar wszystkiego dwóch rządów? Garść pasjonującej statystyki: w czerwcu 2026 r. Berlin liczył 3 917 196 mieszkańców, co stanowi wzrost o 14 551 osób w porównaniu z rokiem poprzednim. Liczba obcokrajowców wzrosła o 1899, do 972 941.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
