Po rozpoczęciu ukraińsko-rosyjskiego konfliktu zbrojnego w 2022 r. prawie wszyscy politycy mówili, że trzeba wspierać Ukrainę, unikając bezpośredniego wmieszania do działań wojennych państw zachodnich. W Polsce w ówczesnych sferach rządowych z PiS głosy nawołujące do bezpośredniego zaangażowania w wojnę pojawiały się, lecz zawsze z zastrzeżeniem, że musiałaby to być wojna z udziałem Stanów Zjednoczonych. Wielu, w tym także ja, ostrzegało, aby nie dać się w tę wojnę wmanewrować, gdyż głównym teatrem konfrontacji anglosasko-rosyjskiej byłaby Europa Wschodnia, włącznie z Polską. Od niedawna narracja gwałtowanie się zmieniła. Nie ma już mowy o unikaniu bezpośredniego konfliktu zbrojnego, lecz o tym, kiedy i gdzie miałby się on zacząć. Jakkolwiek ciągle mówi się, że stroną atakującą miałaby być Federacja Rosyjska, to coraz bardziej można w to wątpić. Władze rosyjskie wprost deklarują, że wojny nie chcą, chyba że byłaby to wojna obronna, rozumiejąc przez to zaatakowanie bezpośrednio terytorium Rosji lub wprowadzenie wojsk europejskich na teren Ukrainy, co oznaczałoby ich starcie z armią rosyjską.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
