W naszym przypadku to całkiem spory, bo większy niż np. w Zjednoczonym Królestwie, umundurowany, zbiurokratyzowany i zhierarchizowany aparat, działający w oparciu o dziesiątki ustaw, rozporządzeń, instrukcji i regulaminów. Jego legendarna wszechmoc jednych drażni, innych przeraża. Mityczna indolencja wywołuje podobne emocje. Dla wielu najciekawsze jest nie to, co służby robią, ale to, czego służby nie robią i kto za tym stoi. Zagadka, której do tej pory nie rozwiązało żadne gremium kontrolne, nie wyjaśnił żaden audyt czy sejmowi śledczy. Żywioł, którego okiełznanie spędza sen z powiek przedstawicieli wszystkich trzech segmentów władzy. Państwo drugiego obiegu.
Czasami jednak władzy potrzebny jest „zły policjant”. Tajniacy mogą więcej i nie zostawiają śladów. Jeżeli już, to jest to pilnie strzeżona tajemnica. Dla dobra służby działają w ukryciu, wysyłając w teren setki płatnych i społecznych konfidentów. Stały fragment brudnej gry. Odkąd jednak oskarżenie o agenturalność, enigmatycznie zwane „rosyjskim wpływem” to business as usual, trzeba było wymyślić nową formułę. Wielopostaciowy wróg wewnętrzny, ucieleśniany przez „partię zewnętrzną” wymagał hybrydy, czyli szaleństwa i metody.
Obecna większość parlamentarna jeszcze w opozycji wykoncypowała, aby insynuacje nt. udziału przeciwników politycznych w obcym wywiadzie uczynić osnową propagandy. Wojna za miedzą była idealnym pretekstem dla tej kreacji. Powstał scenariusz szpiegowskiego dreszczowca inspirowany fantastyką. Protagonistą miał być piąty element, bo cztery centralne organy administracji rządowej do zadań specjalnych to za mało, aby obrzucić, a następnie zmieszać z błotem. Przydałby się ktoś o cechach zagorzałego bolszewika i temperamencie punka.
Agent provocateur
Zaczął się casting do roli agenta klasy prowokator. Kandydatów było wielu. Prawie parszywa dwunastka. Rzeczkowski, Rozenek, Gruca, Świński, Mazguła, Suchanow, Mierzyńska, Opolska, Michalik i inni. Trupa znana jako „Czarci Krąg”, czyli czołówka polskiego konspiracjonizmu. Jednak już w trakcie typowania okazało się, że to tylko przebierańcy, nieudolnie podszywający się pod oficerów śledczych. Bez polotu i wdzięku. Kogo bowiem zdoła uwieść towarzyszka Klementyna, zwana „robotnicą kontrwywiadu” i czy Mazguła brzmi jak „Sex Pistols”?
Sztab operacji, którym dowodził gen. Krzysztof „Amber Gold” Bondaryk zdecydował, że trzeba pogłębić rozpracowanie. Szukali kognitywnego dywersanta z atypową percepcją. Powinien robić wrażenie autentycznego, czyli bez żadnego, nawet przypadkowego podobieństwa do agentów znanych z popkultury. Zatem kandydat najlepiej spełniający kryteria to mężczyzna w średnim wieku, domator z wyraźną nadwagą, w niechlujnym outficie, niestroniący od używek, z trudnością wykonujący skłon w przód. Rubaszny naturszczyk pokroju towarzysza Szmaciaka. Światopoglądowo gdzieś pomiędzy Che Guevara a Ulrike Meinhof.
Na operacyjnym horyzoncie pojawiali się kolejni aspiranci, w tym resztówka po komisji gen. Jarosława „GoldenEye” Stróżyka. Były na szczęście już Koordynator Sienkiewicz upierał się przy por. Rzeczkowskim. Pozostawał pod wrażeniem stylu w jakim oficer-amator spenetrował składy węgla, które jak się okazało były nieortodoksyjnym przykryciem dla kadrowych oficerów rosyjskiego wywiadu zagranicznego. Inny Koordynator Siemoniak utrzymywał jednak, że sposób w jaki przyszły, naczelny dezinformator kraju łączy kropki jest zbyt zachowawczy i pozbawiony walorów artystycznych.
Projektowano także, że nie będzie to popularny w branży niskobudżetowy agent jednorazowy, ale raczej wypasiony długodystansowiec. Zakładano, że w rozprzestrzenianiu niedorzecznych oskarżeń będą go wspierać pozyskane wcześniej trolle oraz bogini obiektywizmu Dorota Wysocka-Schnepf. Jednak powodzenie prowokacji z elementami kombinacji zależeć będzie prawie wyłącznie od piątego elementu. Ułańska fantazja plus zapał czekisty miały gwarantować celne oplucie. Byłeś w Moskwie leżysz, nie byłeś leżysz, bo udajesz, że nie byłeś. Wsio rawno.
Łącznik z Pruszkowa
Pojawił się znienacka, choć nieprzypadkowo. Ktoś z kierownictwa demokracji walczącej odtworzył internetowe słuchowisko z udziałem gościa, który w TOK FM deklamował wiersze tzw. prawicowych poetów. Okazało się, że oprócz poezji fascynuje go proza i groza „rosyjskich powiązań”. Kandydat jak z podręcznika gen. Piotra Pytla. Wszyscy byli za, a najbardziej Tomasz Siemoniak. Niepowtarzalny i niepodrabialny. E.T. Tomasz Piątek.
Rozmowa werbunkowa miała rutynowo miejsce w tracie posiłku regeneracyjnego. Ustalono warunki współpracy. Success fee plus premia za kompletne odloty. Opracowano system łączności i wyznaczono zadania. Agent Tomek przybrał kryptonim „Piąty Element”. Pouczony o zasadach konspiracji, zobowiązał się do milczenia i po obfitym deserze odpalił się.
Teczka osobowa, do której udało się dotrzeć naszemu OZI zawierała informacje, które potwierdzały słuszność decyzji kierownictwa partii o werbunku. Psycholingwistyk, surrealista, sybaryta. Uwielbiany przez odbiorców alternatywnych mediów, ceniony przez bezkrytycznych krytyków i bezrefleksyjne żurnalistki. Miał pewne mankamenty. Przez długie lata eksperymentował z alkoholem i narkotykami, a właściwie to używki eksperymentowały z nim. Uznano jednak, że cel uświęca środki.
W charakterystyce osobowej oficer prowadzący zaznaczył, że „Piąty Element” to Wielki Mistrz teorii spiskowych. Jego instrumentarium badawcze jest tak proste jak dusza TW. Kilka baz danych, w tym akta IPN, wyciągi z ksiąg wieczystych, rejestry sądowe i media społecznościowe. Wystarczy, żeby wykazać związek każdego z każdym, a przede wszystkim z Kremlem. Niezbędne są sny i majaki, odzwierciedlone w wielopiętrowych diagramach. Przypadek to maskirowka. Dwa przypadki to kombinacja operacyjna. Nie ma niewinnych. Są tylko źle pomówieni.
Piątek w nowej roli czuł się świetnie. Zadania, które zobowiązał się realizować wydawały się proste. Miał łączyć kropki, które wcześniej sam stawiał. Dodatkowo miał badać zakres, gęstość i objętość rosyjskich wpływów. Herezje płatne z dołu.
Lśnienie
Teczka pracy „Piątego Elementu” zachowała się w całości. W ewidencji figurował jako instrukcyjny agent wpływu. Mocodawcy żartowali, że to ich Wunderwaffe w walce o władzę i z władzą. Ze względu na siłę rażenia nazywali go środkiem napadu intelektualnego – ŚNI. Piątek wypracował swoją autorską metodę dochodzenia prawdy. A zna B, B zna C, czyli A zna C. Wszyscy, w tym D znają się nawzajem pomimo braku jakiegokolwiek związku skutkowo-przyczynowego. To nowatorskie podejście do relacji międzyludzkich uruchomiło wodospad kremlowskich wpływów na ziemiach polskich, ościennych i zamorskich. Pod koniec swojej misji „Piąty Element” oświadczył, że zidentyfikował 10 tys. agentów rosyjskich służb bezpieczeństwa. Uczestnicząca w rozmowie aktywistka Suchanow zredukowała tę liczbę o połowę. Piątek trochę rozczarowany jej kunktatorską postawą z trudem przystał na 7 tys., ale dorzucił jeszcze około 100 posłów-agentów IX kadencji.
Zdegustowany biernością służb, w podomce demaskował kolejne, szpiegowskie intrygi. Prześwietlił i ujawnił agenturalny żywot większości polityków Zjednoczonej Prawicy. Nauka na poziomie szkoły podstawowej, hobby, nałogi, przebyte choroby czy kierunki wakacyjne to efekt machinacji ruskich. Identyczne rezultaty osiągnął badając genotypy agentów, faunę, florę, służbę zdrowia i służby specjalne. Kompulsywnie stawiał kolejne kropki, łączył je krzywą, a z gmatwaniny linii wyciągał zabójcze wnioski. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie. Śnił o cenzurze, stanie wojennym i ścieżkach zdrowia dla niedowiarków. Miał już koncesję na bajanie. Chciał mieć licencję na zabijanie. Podcastem.
Zdobył liczne grono fanatycznych wyznawców. „Wierzymy Panu w ciemno, bo Pan nas oświeca”, wyszeptał przedstawiciel intelektualnej elity w trakcie bliskiego spotkania trzeciego stopnia z „Piątym Elementem”. Hipnotyzował operacyjną głębią i zbliżał się do jej dna. Książki agenta Tomka rozchodziły się w gigantycznych nakładach. Fabrykował kolejne. Fantazje łączył z wyciągami z KRS, mrzonki topił w danych z ksiąg wieczystych, a iluzje zanurzał w esbeckich teczkach. Operacyjne czary-mary. Oficer prowadzący był wniebowzięty. Wskazywał kolejne cele. Wśród nich znaleźli się między innymi Marszalek Hołownia, developerzy, artyści, duchowni, duchy, emeryci i renciści. Najgorzej było w „bezpiece” PIS. Według agenta Tomka to ekspozytura FSB. Stajnia Augiasza z wyleniałymi wałachami rasy Pegasus.
Jego misja została doceniona. Dostał nominację na przewodniczącego rządowej komisji ds. rozliczeń z ośmiolatką. Został laureatem kilku prestiżowych nagród, w tym pozarządowej „Reporterzy bez Granic” W tym jednak przypadku NGO przekroczyła granice zdrowego rozsądku. Pisała o nim prasa niemiecka, francuska, duńska i holenderska. Zawsze w kontekście wolności i męstwa. Uporczywe dochodzenie prawdy docenili artyści. W imieniu środowisk twórczych zrobiła to Agnieszka Holland, która wysunęła go do nagrody „Człowiek Roku” Gazety Wyborczej. Za prometeizm. Generałowie brygady Pytel i Nosek uznali go za kontrwywiadowcze objawienie sezonu. Uzyskał status herosa. Pytany, czy boi się śmierci z rąk nasłanych przez Moskwę siepaczy odpowiadał, że owszem, ale ta zbrodnia uruchomi krajowy wariant Majdanu. Schnepf dyskretnie otarła łzę.
Zaćmienie
W szczytowym punkcie współpracy rozkuwał jedną intrygę na dobę. Był cytowany, powielany, naśladowany, a nawet podrabiany. Nikt nie miał wątpliwości, że Tusk bez udziału tricków AI zaczął mówić Piątkiem. Agent Tomek był gościem specjalnym posiedzeń Zespołu Parlamentarnego PO ds. zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa oraz senackiej komisji nadzwyczajnej tej samej formacji ds. rosyjskich wpływów. Szuruguru tłumaczył sparaliżowanym ze strachu parlamentarzystom, że Rosja już tu jest i nie ma zamiaru stąd wyjść, a wręcz przeciwnie. Wciskało w fotel i wyciskało łzy choć na kilku twarzach pojawiły się symptomy uczuć mieszanych. Czy nie biorą przypadkiem udziału artystycznym performansie? Potem został płatnym ekspertem komisji Szefa SKW. Zgodnie z zasada śledczą „follow the money” zbadano pochodzenie środków na honorarium. Piątka finansowano z budżetu państwa. Żaden oficer kontrwywiadu nigdy takiej premii nie dostanie. Teraz wiadomo, dlaczego Premier nie chce odtajnić raportu komisji.
Apogeum agenturalnej aktywności „Piątego Elementu” to delegacja do Kwatery Głównej Paktu Północnoatlantyckiego. Klarował alianckim generałom who is who, czyli kto pracuje dla GRU. Od tego momentu zaczął się powolny odpływ. Wynagrodzenie jakie otrzymał od podatnika za pośrednictwem Stróżyka nie ukoiło żalu z powodu porzucenia planów utworzenia „Komisji Piątka”. Interweniował Koordynator, który w sierpniu 2025 r. publicznie wyznał, że „Piaty Element” doradzał i doradza mu we wszystkich istotnych dla bezpieczeństwa państwa sprawach. Nie pomogło. „Prozachodnie” już organy ścigania i „demokratyczne” znowu służby zignorowały jego agenturalne zdobycze. Żadna z setek pomówionych przez niego osób nie miała nigdy nic wspólnego z aktywnością służb specjalnych FR. Dobił go Tusk, który pod osłoną nocy rozpuścił ekspertów generała „Goldeneya”. Zamiast resetu obywatelskiego blackout. Wcześniej „szerowany” i „lajkowany”, dziś obrażony i urażony. Podniosłym wpisem na platformie „X” pożegnał się z wiernymi. Wyparował, choć opary absurdu ciągle unoszą się w neoliberalnym powietrzu. Oficjalnym powodem eksfiltracji był pogarszający się stan zdrowia. Wcześniej kilka razy wyznał, że nie jest pewny, czy nie oszalał. Organizm nie radził sobie ze stresem, odtrąceniem i brakiem empatii. Zwierzył się wydawcy, że „aby nie wymiotować kwasem solnym musi brać trzy tabletki dziennie”. Naturalistyczna przestroga dla przyszłych kapusi. Czasami o jego brawurowych wyczynach przypominają tylko Michalik i Schnepf. Siemoniak udaje, że nic nie wie, Sienkiewicz pisze książki z byłą żoną red. Tomasza, a Tusk, choć gadał Piątkiem zapomniał języka w gębie.
Bolszewicki rys jego charakteru niejednokrotnie pomógł mu w perfidnej misji. Gdy ofiara nie miała nic wspólnego z Putinem lub z jego oligarchią na cel brał jej rodziców, dziadków, rodzinę, znajomych czy sąsiadów. Jeżeli i tam nie podjął tropu, dorzucał do rozpracowania zupełnie przypadkowe osoby, które miały zupełnie przypadkowy kontakt z figurantem. Z Berią łączy go nie tylko nadwaga. Obżarciuch, jak o sobie mówił, oskarżał o agenturalność osoby represjonowane w PRL tylko dlatego, że dostały, jego zdaniem zbyt niskie wyroki. Miała to być gratyfikacją za współpracę z SB. Ciekawe jak się z tym czują działacze opozycji, którzy na szczęście nigdy nie stawali przed peerelowskim sądem? Typek był w stanie manipulować treścią esbeckich notatek i raportów, dotyczących intymnej sfery życia ofiar aparatu przemocy komunistycznego reżimu. Co na to reżyserka Holland, wybitna przedstawicielka kina moralnego niepokoju? Faktycznie jak opętany insynuował, pomawiał i pluł, a towarzyszył temu zachwyt, aplauz i uwielbienie ze strony progresywnych kiboli. Oświecona, a właściwe oślepiona elita widziała w Piątku uosobienie odwagi i ucieleśnienie prawdy. Gdy Agent Tomek malował katastroficzny obraz rosyjskich wpływów z udziałem firm drobiarskich czy wspólnot mieszkaniowych ze Świdra w powiecie otwockim, zawsze cytował własne dokonania. „Z samych moich książek wiem, jak było”. Tylko że „Miś” to komedia.
Dziś z wyjątkiem kilku egzaltowanych agitatorek nikt nie chce się do niego przyznać. Olśnienie przeszło w filmowe „Lśnienie” i skończyło się zaćmieniem. Współpracę z agentem kryptonim „Piąty Element” zakończono, a obie przeszyte sznurkiem teczki wylądowały w archiwum. Oficer prowadzący zorientował się wreszcie, że „Piąty Element” nie miał piątej klepki. Pomimo tego Premier Tusk awansował piątkowe halucynacje o „wpływach i powiązaniach” do poziomu wojny hybrydowej. Certyfikowany i akredytowany przez władzę Piątek jest już passé. Ani Lis ani Opolska, którzy bez skrupułów podpuszczali agenta Tomka do wygadywania gargantuicznych bzdur nie ujmą się dziś za obolałym błaznem.
Funkcjonariuszy czterech tajnych służb nurtuje jednak pytanie. Co autor autobiograficznej powieści „Heroina” doradzał w kwestii bezpieczeństwa państwa Ministrowi Tomaszowi Siemoniakowi? Co skłoniło organy administracji do autoryzowania subkulturowego indywiduum tej klasy. Dlaczego posłowie i senatorowie RP z taką powagą oglądali jego memiczne slajdy, kiwając ze zrozumieniem głowami i cmokając z zachwytu. Co robił w NATO?
A może agent Tomek to podwójny agent? Dlaczego pochodzący z kolebki polskiej mafii, miłośnik języka sycylijskiej mafii i użytkownik Telegramu, komunikatora „worów w zakonie”, nie może mieć coś wspólnego z kremlowską mafią?
Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.
