Miller nie pozostał dłużny Pełczyńskiej-Nałęcz. "Skomlenie o uwagę"

Miller nie pozostał dłużny Pełczyńskiej-Nałęcz. "Skomlenie o uwagę"

Dodano: 
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Leszek Miller
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Leszek Miller Źródło: PAP / Piotr Nowak / Marcin Obara
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nazwała Leszka Millera "postkomuszym premierem" i "putinowskim agentem wpływu". Były premier nie pozostał jej dłużny.

Minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz skomentowała wpisy Leszka Millera na temat Ukrainy. "Krew mnie zalewa. Czas powiedzieć wprost – ten pożal się Boże były postkomuszy premier działa jak putinowski agent wpływu w Polsce" – grzmiała.

"Spotkałam wielu takich gości w Moskwie. Udawali demokratów, rozmawiali z dyplomatami, jeździli po świecie, siejąc rosyjską propagandę pod płaszczykiem »troski o pokój« i oburzenia »ukraińskim banderyzmem«. Niby nie poprze Putina wprost, ale we wszystkim co pisze i mówi kropka w kropkę powiela przekaz Kremla" – stwierdziła przewodnicząca Polski 2050, która w latach 2014-2016 pełniła funkcję ambasadora Polski w Rosji.

Miller: Pełczyńska-Nałęcz postanowiła mnie zdemaskować

"Pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, wielomiesięczna petentka dopraszająca się funkcji wicepremiera w rządzie premiera Tuska, postanowiła mnie zdemaskować. Przyniosła wiadro z fekaliami, wylała jego zawartość i uznała, że właśnie zabrała głos w debacie publicznej. Zaczęła od nazwania mnie »postkomuszym premierem«. »Postkomuszy marszałek« we własnym obozie jakoś jej nie uwiera. Najwyraźniej przeszłość cuchnie tylko po przeciwnej stronie stołu. Przy stole koalicyjnym przy podziale stanowisk odzyskuje zapach róż" – skomentował za pośrednictwem platformy X Leszek Miller.

"Dalej jest jeszcze zabawniej. W jej opowieści jestem putinowskim agentem wpływu, wyśmiewam dywersję, obrażam władze Ukrainy, szydzę z Unii Europejskiej, domagam się pokoju i ostrzegam przed III wojną światową. Do kompletu dochodzi sugestia spłacania długu wobec KGB. Wszystko wrzucone do jednego worka i przewiązane wstążką z napisem »Kreml«. Argumentacja prosta jak konstrukcja cepa: skoro nie mówię tego, co pani minister chciałaby usłyszeć, musi za mną stać obce mocarstwo" – napisał były premier.

"Szczególnie oburza ją, że zapraszają mnie do mediów. Chciałaby rozstrzygać, kto ma prawo i gdzie zabierać głos, a następnie zatwierdzać, co wolno mu powiedzieć. Nawiasem mówiąc to życzenie pani (ministry, ministerki, ministrzycy, ministrantki) zostało już spełnione. Przestałem być gościem TVN, TVP i kilku rozgłośni radiowych, w których występuje obawa przed ośmieszeniem w dyskusji z poważnym zawodnikiem" – stwierdził Miller.

"Z całego wywodu biją frustracja i żółć. To rozpaczliwa próba ratowania politycznego znaczenia topniejącego w tempie grenlandzkich lodowców. Najwyraźniej pani minister uznała, że fekalia wylane na moją siwą głowę zastąpią jej argumenty i osiągnięcia. Wiadro ma robić za dorobek. Miał być huk demaskacji. Słychać skomlenie o uwagę. Miała być polityczna kariera, słychać tylko pochlipywanie" – zakończył.

Czytaj też:
"Spotkałam wielu takich gości w Moskwie". Minister ostro o byłym premierze

Opracował: Dawid Sieńkowski
Źródło: X
Czytaj także