PRL nie osądził dr. Mengele

PRL nie osądził dr. Mengele

Dodano:   /  Zmieniono: 1
PRL nie osądził dr. Mengele
PRL nie osądził dr. Mengele

Władze komunistycznej Polski były informowane o tym, gdzie może się ukrywać jeden z największych niemieckich oprawców dr Josef Mengele, odpowiedzialny m.in. za pseudonaukowe eksperymenty na ludziach w Auschwitz. Mimo tego nie zrobiły nic, by go schwytać i osądzić. W najnowszym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy” m.in. o tym, dlaczego władze PRL nie zrobiły nic, aby osądzić dr. Mengele

Ponadto w „Do Rzeczy”: czy Polacy zobaczą w Gowinie lidera, jak upada kolebka „Solidarności”, czyli co się dzieje w Stoczni Gdańskiej, jak Kościół może sobie poradzić z problemem pedofilii, dlaczego w Warszawie znikają kobiety i jak powstało restauracyjne imperium Gesslerów.

1. Najbardziej zdumiewające było to, że formalne śledztwo w sprawie zbrodni dr. Mengele wszczęto w Polsce dopiero 9 stycznia 1966 r. Tymczasem nazwisko Mengelego jako jednego z najstraszliwszych zbrodniarzy pojawiło się już podczas procesu norymberskiego, a zwłaszcza tzw. procesu lekarzy. To właśnie wtedy wielu świadków, w tym również obywateli polskich, wskazywało oświęcimskiego lekarza jako odpowiedzialnego za straszne zbrodnie. Materiały na temat Mengelego napływały do Polski w ramach pomocy prawnej jeszcze przed wszczęciem formalnego śledztwa. Jednak, jak wynika z dostępnych akt, organy ścigania PRL nie zrobiły prawie nic, by go schwytać. Co ciekawe, to Niemcy podjęli działania w tym kierunku. PRL nie podjął natomiast najmniejszego wysiłku, by sprowadzić Mengelego na ławę oskarżonych do Polski. Czy Polska faktycznie nie miała możliwości schwytania i osądzenia dr. Josefa Mengelego – o tym w najnowszym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”.

2. „Do Rzeczy” nie unika jednak przede wszystkim tematów współczesnych. W tym m.in. tego, czy w Polsce pojawi się nowa licząca się siła polityczna. Na razie nikt z konkurentów politycznych nie wróży Jarosławowi Gowinowi powodzenia w budowaniu nowej formacji. W końcu to już piąta w ostatnich latach próba stworzenia nowego ugrupowania na prawicy, wbicia się między PO a PiS. Mimo to Gowin nie rezygnuje. On i jego sojusznicy uważają, że w końcu się uda komuś nowemu – na prawicy, bo porównań do Janusza Palikota nie lubią – wybić się ponad 5-procentowy próg. Czy Polacy będą skłonni poprzeć nową partię ze względu na jej program – to jedno z kluczowych pytań. Ale o losie inicjatywy Gowina przesądzi odpowiedź na inne pytanie - czy wyborcy zobaczą w Jarosławie Gowinie wiarygodnego lidera? Dzisiaj nie ma odpowiedzi ani na tak, ani na nie. Uzyskamy ją dopiero w czasie maratonu wyborczego, który zacznie się już za moment. Na łamach „Do Rzeczy” szuka jej Piotr Gursztyn.

3. W „Do Rzeczy” także o niełatwych losach Stoczni Gdańskiej, której stoi na skraju bankructwa. Coraz wyraźniej widać, że za próbą likwidacji stoczni stoi polityczny plan ukarania niepokornej kolebki Solidarności, a przy okazji kolejny publiczno-prywatny deal. Stocznię usiłowano zmieść z mapy gospodarczej już dwa razy. Pierwszy raz – kiedy pod pretekstem słabych wyników ekonomicznych likwidował ją w 1988 r. Mieczysław Rakowski. Drugi – w 1996 r., gdy za rządów Włodzimierza Cimoszewicza ogłoszono jej upadłość. Wtedy władza pomogła wszystkim nie mniej zadłużonym polskim stoczniom – z wyjątkiem gdańskiej. Wygląda na to, że to, co nie udało się komunistom z rządu Rakowskiego u schyłku PRL, a potem postkomunistom w latach 90., uda się rządowi Tuska. Publiczna batalia o Stocznię Gdańską weszła w decydującą fazę, od kiedy prorządowe media obwieściły, że bankructwo historycznego zakładu to kwestia „nie tygodni, lecz dni”, bo „rząd nie chce już dosypywać pieniędzy podatnika” do nierokującej przyszłości stoczni. Tymczasem sytuacja w historycznym zakładzie nie jest jednak tak jednoznaczna, jak wynikałoby z tego jednorodnego przekazu. Co się dzieje w i wokół Stoczni Gdańskiej – na łamach „Do Rzeczy”.

4. „Do Rzeczy” wraca też w komentarzach do problemu pedofilii w kościele. Pedofilia księży jest wygodną bronią przeciwko Kościołowi. Uczynienie go kozłem ofiarnym nie pomoże jednak ofiarom, lecz jedynie przyspieszy procesy laicyzacyjne. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy chować głowy w piasek – pisze w tygodniku Tomasz Terlikowski. I podkreśla, że jedyną drogą, dzięki której polski Kościół może zachować wiarygodność (a przekonały się o tym wspólnoty na Zachodzie), jest transparentność i jednoznaczne oczyszczenie się z pedofilów. I chodzi nie tylko o to, że jeśli tego nie zrobimy sami, to media zrobią to za nas, wciąż na nowo opowiadając kolejne historie i niszcząc (z powodu naszych zaniedbań) dobre imię instytucji, ale także dlatego, że kapłan, który dopuścił się takich zaniedbań, zwyczajnie nie może dalej reprezentować przed wiernymi Chrystusa i musi – także dla własnego dobra – być usunięty ze stanu kapłańskiego – pisze Terlikowski. Jego zdaniem, aby taka strategia była rzeczywiście skuteczna, konieczne są także dalsze ostre i jednoznaczne kroki, za które niewątpliwie Kościół nie zbierze już oklasków, a nawet zostanie ostro skrytykowany. Cały komentarz – na łamach najnowszego wydania „Do Rzeczy”.

5. „Do Rzeczy” pisze też o znikaniu kobiet. Tylko w tym roku w stolicy i okolicach w tajemniczych okolicznościach zniknęły 392 kobiety między 14. a 50. rokiem życia. Jak wynika z danych Komendy Stołecznej Policji w Warszawie, tylko w 2013 r. do końca września w stolicy i okolicach zaginęło łącznie 546 osób płci żeńskiej. Część z nich to bardzo małe dziewczynki. Ale najwięcej przypadków „warszawskich” zaginięć, bo aż 392, dotyczy kobiet w wieku między 14. a 50. rokiem życia (223 w wieku 14–17 lat, 73 w wieku 18–25 lat, 58 między 26. a 40. rokiem życia i 38 w wieku 41–50 lat). Jeszcze bardziej zatrważające są dane dotyczące ostatnich pięciu lat. Od 1 stycznia 2008 r. do 30 września 2013 r. stołeczni policjanci odnotowali łącznie aż 3249 przypadków zaginięć kobiet. Statystycznie każdego dnia w Warszawie i pobliskich miejscowościach zaginęła więc co najmniej jedna kobieta. Dlaczego w stolicy znikają i giną kobiety – o tym w nowym „Do Rzeczy”.

6. Na łamach „Do Rzeczy” również dzieje rodu, a właściwie – restauracyjnego imperium Gesslerów. Przez centrum Warszawy nie da się przejść, aby nie natknąć się na to nazwisko. Widnieje na witrynach prawie 30 restauracji w stolicy. Knajpy te należą do różnych członków rodziny – niekoniecznie darzących się sympatią – ale łączy je jedno: są oblegane. Jedni twierdzą, że z powodu znakomitej kuchni. Inni, że przyczyną sukcesu jest PR. Rodzina cieszy się bowiem olbrzymim zainteresowaniem mediów. Według analityków rynku usług gastronomicznych, w efekcie nazwisko Gessler stało się marką porównywalną z takimi starymi, przedwojennymi firmami jak Blikle czy Wedel. W czym tkwi sekret ich powodzenia – o tym w nowym „Do Rzeczy”.

Nowy numer „Do Rzeczy” w kioskach już w poniedziałek 14 października. Tygodnik jest również dostępny w AppleStore (iOS) oraz w GooglePlay (Android). Prenumeratę można zamówić na stronie internetowej wydawcy - http://prenumerata.wprost.pl/zamowienie/p,do-rzeczy/.

 1
Czytaj także