Można zaryzykować tezę, że ten konflikt zdefiniuje drugą kadencję Donalda Trumpa – mimo że minął dopiero jej pierwszy rok – ale chyba nie w taki sposób, jak mógłby sobie życzyć ambitny amerykański prezydent. Gdyby bowiem wierzyć jego pierwszym zapowiedziom, wojna powinna była się już dawno zakończyć wyraźnym zwycięstwem atakujących. Tymczasem nie tylko nic takiego nie nastąpiło, ale dzieje się coś odwrotnego: relatywnym wygranym staje się Iran. Nie w kategoriach ściśle militarnych oczywiście, ale politycznie – jak najbardziej. Iran jawi się swojemu otoczeniu jako kraj, który nie uległ dwóm potęgom – regionalnej i światowej; mimo śmierci wielu członków kierownictwa państwa przetrwał z reżimem w niezmienionej postaci – a więc reżim okazał się instytucjonalnie trwały, zdolny do szybkiego zastępowania zabitych kluczowych figur. Inaczej niż to często bywa w dyktaturach, okazało się, że nie opiera się na jednej osobie i bez niej się kruszy. A to zła wiadomość dla wrogów Iranu. Co więcej, mimo wielu ataków na swoje terytorium i infrastrukturę militarną, Iran jest w stanie nadal boleśnie się odgryzać, a przede wszystkim uderzać w światowy handel, blokując cały czas cieśninę Ormuz. Relatywnie mocną pozycję Iranu pokazuje, że w zmaganiach z USA Teheran zaczyna stawiać własne warunki. To zaś kreuje jego miękką siłę.
Miesiąc trzydniowej wojny
Dodano:

KONSTYTUCJA WOLNOŚCI Wczoraj minął dokładnie miesiąc trwania wojny USA i Izraela z Iranem, o której na początku Donald Trump mówił, że potrwa ona trzy dni – albo dłużej. Okazało się, że prawdziwa była druga część prognozy.
Źródło: DoRzeczy.pl