"Viktator” (Jean-Claude Juncker), „autokrata” (Manfred Weber), „szef mafii” (wielu, także w Polsce), czyli premier Węgier Viktor Orbán, po 16 latach sprawowania władzy w wyborczy wieczór 12 kwietnia br. nie wezwał do ponownego przeliczenia głosów. Nawet nie zasugerował nieodebrania przysięgi od kandydata na nowego premiera. Po prostu pogratulował odniesionego zwycięstwa swoim rywalom z partii TISZA. O dalszych losach Viktora Orbána, który w tym czasie zrezygnował ze swojego mandatu poselskiego, zadecyduje kongres Fideszu zwołany na 13 czerwca. Władzę na Węgrzech sprawuje obecnie partia TISZA, porównywana w zachodnich mediach najczęściej do francuskiej En Marche. Partia, która w momencie swojego wyborczego triumfu (53 proc. otrzymanych głosów, ponad dwie trzecie miejsc w parlamencie), liczyła 25 członków.
Śledząc w ubiegłym tygodniu ceremonię zaprzysiężenia nowego węgierskiego rządu z premierem Péterem Magyarem na czele, trudno było oprzeć się wrażeniu, że widzi się skądś już znane obrazki.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
