Bezprecedensowe uderzenie rakietą Oriesznik w Kijów, jakkolwiek sensacyjne i siejące grozę, wraz z zapowiedzią rosyjskich sił zbrojnych, że ukraińska stolica będzie dalej bombardowana, oraz oficjalnym wezwaniem Amerykanów do jej opuszczenia nie jest bynajmniej przejawem nagłej eskalacji wojny na Ukrainie, a naturalną konsekwencją tego, co charakteryzuje ten konflikt w zasadzie od samego początku. I choć dotychczasowy przebieg wojny mógł rodzić pytanie, czy po stronie rosyjskiej rzeczywiście są jakieś nieprzekraczalne czerwone linie (a nie li tylko deklarowane), to już samo nastawienie obu walczących stron, uwzględniając zachodnich partnerów Ukrainy, oznaczało, że stawka w tym konflikcie może być windowana w górę bez większych ograniczeń, doprowadzając do sytuacji patowej (czytaj: rozejmu) … lub brutalnej eskalacji, jeśli nie wręcz rozlania konfliktu na kraje ościenne.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
