Środa 8 lipca. Na czystym od chmur niebie mocno grzeje słońce. Po opuszczeniu dwudniowego szczytu NATO amerykański prezydent Donald Trump udaje się w kierunku lotniska w tureckiej stolicy. Wiadomo już, że nie odleci na pokładzie lśniącego nowością Air Force One podarowanego przez Katarczyków, którym do Ankary przyleciał. Na płycie lotniska w Ankarze czeka poprzednia wersja prezydenckiego samolotu, wyposażona w więcej systemów obronnych niż najnowsza prezydencka maszyna. Zmierzają do niej dziennikarze i pracownicy Białego Domu. Na pokład wchodzi też – śledzony przez telewizyjne kamery – prezydent Trump. Pasażerowie są więc przekonani, że odbędą lot wraz z amerykańskim przywódcą. Przed startem wszyscy proszeni są, aby szczelnie zasłonić okna. Załoga samolotu amerykańskiego przywódcy wyłącza transpondery, przez co maszyna natychmiast znika z komercyjnych stron służących do śledzenia lotów. To zasada stosowana w przypadku, gdy przywódcy odwiedzają żołnierzy w strefach działań wojennych. Z Ankary po szczycie NATO z włączonymi transponderami i bez wielkich obaw wystartowali zarówno ówczesny premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, jak i kanclerz Niemiec Friedrich Merz.
Ucieczka Trumpa
Ochrona Donalda Trumpa bała się jednak, czy Irańczycy nie spróbują przeprowadzić zamachu na życie prezydenta USA. Ten scenariusz uznano za tak bardzo prawdopodobny, że ochrona prezydenta podjęła decyzję o przeprowadzeniu tajnej ewakuacji Trumpa. Według informacji podanych w ubiegłym tygodniu przez „Washington Post” i „New York Times” stary Air Force One wykorzystano więc w charakterze przynęty.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
