Podwójne standardy Brukseli ws. Kaukazu Południowego?

Podwójne standardy Brukseli ws. Kaukazu Południowego?

Dodano: 
Nikol Paszynian, premier Armenii
Nikol Paszynian, premier Armenii Źródło: Wikimedia Commons
Polityka Unii Europejskiej wobec Kaukazu Południowego może rodzić wątpliwości. Zwłaszcza, gdy przeanalizuje się poszczególne przypadki.

1 września byłego ministra finansów Armenii i byłego szefa Komitetu Dochodów Państwowych Gagika Chaczatriana przywieziono do sądu na noszach. Jego adwokaci oświadczyli, że cierpi na ciężką chorobę kręgosłupa i odczuwa silny ból. Po nocnym posiedzeniu Sąd Antykorupcyjny Armenii pozostawił polityka w areszcie na dwa miesiące. Komitet Śledczy twierdzi, że sprawa dotyczy zarzutów przyjmowania łapówek i prania pieniędzy na szczególnie dużą skalę. Jak informował ormiański portal Hetq, adwokaci Chaczatriana zwrócili się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z wnioskiem o zastosowanie pilnych środków tymczasowych. Sprawa Chaczatriana jest zaledwie najnowszą z serii postępowań karnych wobec czołowych przeciwników prozachodniego premiera Nikola Paszyniana. Paszynian, z zawodu dziennikarz, doszedł do władzy podczas protestów przeciwko prorosyjskiemu prezydentowi kraju Serżowi Sarkisjanowi w 2018 roku.

Zatrzymania, przeszukania, przesłuchania, procesy

W ciągu minionego lata, w kraju zdążono aresztować lidera największego bloku opozycyjnego, byłego prezydenta i sześciu kandydatów na posłów w przeddzień głosowania, a od zimy toczy się postępowanie karne przeciwko zwierzchnikowi Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego.

25 sierpnia były prorosyjski prezydent Armenii Robert Koczarian (1998–2008) i jego starszy syn, poseł Sedrak Koczarian, zostali zatrzymani po przeszukaniach w spółkach powiązanych z ich rodziną. Prokuratura oskarżyła Koczariana o nadużycie uprawnień, przyjmowanie łapówek i pranie pieniędzy na dużą skalę. Jego blok polityczny „Sojusz Armenia” nazwał sprawę „motywowaną politycznie”. Brytyjska agencja Reuters określiła Koczariana mianem „czołowego lidera opozycji” i powiązała sprawę z „kampanią przeciwko krytykom rządu”.

Z kolei miliarder Gagik Carukjan, wpływowy polityk opozycji i przedsiębiorca, został zatrzymany w lipcu pod zarzutami oszustwa i prania pieniędzy. 4 września ormiański sąd przedłużył jego areszt o kolejne dwa miesiące. Presja na opozycję stała się widoczna jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w Armenii 7 czerwca. Wobec kilku kandydatów „Silnej Armenii”, jednej z głównych sił opozycyjnych, wszczęto postępowania karne. Ostatecznie sojusz zdobył 23,27 proc. głosów i 29 mandatów w parlamencie.

Konfrontacja nie ograniczyła się jednak do przeciwników politycznych. W sierpniu zwierzchnik Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, katolikos Karekin II, stanął przed sądem wraz z sześcioma biskupami. Zarzuca się im „umyślne utrudnianie wykonania orzeczenia sądu o przywróceniu do stanu duchownego biskupa wcześniej pozbawionego tego stanu”. Reuters nazwał sprawę „kolejnym etapem konfrontacji między Kościołem” a rządem Paszyniana. Al Jazeera również informowała, że proces odbywa się na tle „zaostrzającego się konfliktu między rządem Armenii a Kościołem”.

Krytyka Baku na tle pobłażliwości wobec Erywania?

Jednak właściwie nic z wymienionych wydarzeń w Armenii nie stało się tematem międzynarodowym. Nie było ani oświadczeń obrońców praw człowieka, ani publikacji w tych samych miejscach, gdzie wcześniej opublikowano dziesiątki materiałów o sąsiednim Azerbejdżanie. Poziom międzynarodowego zainteresowania tym, co się dzieje w obu państwach, wyraźnie się różni.

W ostatnich latach Erywań zrobił to, czego w regionie nie zrobił nikt inny: zamroził udział w ważnej dla prezydenta Rosji Władimira Putina Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Ratyfikował także Rzymski Statut i uruchomił procedurę legislacyjną zbliżenia z Unią Europejską. W oczach Brukseli nie jest to jedynie wybór w polityce zagranicznej, lecz wybór słuszny, dokonany w trudnych okolicznościach i dlatego zasługujący na wsparcie.

W przypadku Azerbejdżanu sytuacja jest dokładnie odwrotna i wyraźnie prostsza: Baku prowadzi politykę wielowektorową – utrzymuje robocze relacje z Moskwą, z Ankarą i z Brukselą, ponieważ sąsiadów się nie wybiera, a granice, tranzyt i rurociągi istnieją niezależnie od tego, jakie rezolucje przyjmuje się w europejskich stolicach.

Ormiańsko-azerbejdżańskie uregulowanie konfliktu przedstawia się w Waszyngtonie jako wielkie osiągnięcie dyplomatyczne – pokój między Baku a Erywaniem zapisano na konto administracji prezydenta USA Donalda Trumpa. Bruksela tymczasem również pogłębia własne relacje z Baku. Ambasador UE w Azerbejdżanie Marijana Kujundžić oświadczyła niedawno, że relacje między UE a Azerbejdżanem wchodzą w „nowy etap”. Negocjacje w sprawie nowej umowy dwustronnej trwają, a strony osiągnęły także wstępne porozumienie co do nowego dokumentu określającego priorytety partnerstwa – jak 4 września informował Report.az, przytaczając jej słowa. Właśnie tutaj europejskie podwójne standardy stają się szczególnie oczywiste.

Biorąc pod uwagę politykę Brukseli, należy zadać sobie pytanie, czy ten sam standard stosuje się wobec rządów mających strategiczne znaczenie dla Zachodu? Kiedy bowiem władze Armenii ścigają czołowych przedstawicieli opozycji i wchodzą w bezprecedensową konfrontację z kierownictwem narodowego Kościoła, krytyki nie ma.

Ani organizacje broniące praw człowieka, ani czołowe media zachodnie nie zajęły się tymi sprawami. Human Rights Watch i Amnesty International, zwykle wyczulone i na prześladowanie opozycji, i na naciski wobec przywódców religijnych, nie zabrały w tych sprawach głosu ani razu. Przypomnijmy, że i samej Amnesty zarzucano już wcześniej stosowanie podwójnych standardów wobec Ukrainy – w sierpniu 2022 roku ta organizacja praw człowieka w swoim raporcie oskarżyła Siły Zbrojne Ukrainy o „rozmieszczanie sprzętu wojskowego i baz w dzielnicach mieszkalnych, szkołach i szpitalach”, co rzekomo „narusza prawa wojny”. W odpowiedzi prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył, że organizacja „amnestionuje państwo-agresora, przerzucając winę na ofiarę”.

W ten sposób prawa człowieka stają się instrumentem politycznym – broni się ich głośno, gdy odpowiada to interesom geopolitycznym, a przemilcza, gdy utrudniają relacje z nowym sojusznikiem. Chodzi o przekształcenie rzekomo uniwersalnego standardu w narzędzie polityki zagranicznej. Porozumienie pokojowe między Armenią a Azerbejdżanem może zasadniczo zmienić region. Jednak pokój zbudowany na wybiórczym oburzeniu nieuchronnie będzie miał swoją cenę polityczną. Oba rządy mogą i powinny podlegać wnikliwej obserwacji. Jednak w praktyce jedne naruszenia stają się powodem do międzynarodowej interwencji, podczas gdy inne w znacznej mierze pozostają sprawą wewnętrzną.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także