Muzułmanie kojarzą Dżuddę (ang. Jeddah) jako „bramę do Mekki” – znajduje się tu wielkie lotnisko, które dzieli od „świętego miasta” jedynie 70 km. Jednak w świecie pozaislamskim to niemal czteromilionowe miasto nad Morzem Czerwonym jest właściwie szerzej nieznane.
Saudyjskie władze budują tu tzw. Jeddah Economic City, wielki projekt biznesowy, który ma przygotować państwo na czasy ponaftowe, ale problemem jest mała rozpoznawalność tego miejsca. Trudno przyciągnąć bogatych inwestorów do miasta, które kojarzy się właściwie z niczym. Jak w dzisiejszych czasach sprawić, by – relatywnie – niewielkim kosztem spopularyzować miasto? Oczywiście trzeba zbudować zapierający dech w piersiach wieżowiec. A jeszcze lepiej – największy na świecie drapacz chmur, który będą oblegały tłumy turystów spragnionych selfie na najwyżej położonym tarasie widokowym.
Dokładnie ten zamysł stoi za budową Jeddah Tower, wieżowca, przed którym postawiono jeden cel: przyćmienie słynnej Burdż Chalifa w Dubaju. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to Jeddah Tower przewyższy swojego emirackiego konkurenta o, bagatela, 180 m, osiągając oszałamiające 1008 m. Będzie to pierwszy budynek w historii ludzkości, który przełamie barierę kilometra. W połowie stycznia deweloper stojący za tym przedsięwzięciem poinformował, że zbudowano właśnie 80. piętro, co stanowi półmetek prac (gotowy drapacz chmur ma mieć ok. 160 pięter). Postawienie takiego kolosa wymagało pokonania ogromnych problemów – nie tylko technicznych, lecz także… politycznych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
