Dla Polski skończył się bezpieczny czas

Dla Polski skończył się bezpieczny czas

Dodano: 
Patrol Wojsk Obrony Terytorialnej (WOT)
Patrol Wojsk Obrony Terytorialnej (WOT) Źródło:Flickr / Kancelaria Premiera
Z Piotrem Gursztynem, dziennikarzem, współzałożycielem tygodnika „Do Rzeczy”, żołnierzem 18. Stołecznej Brygady Obrony Terytorialnej rozmawia Radosław Wojtas.

Radosław Wojtas: Służyłeś w „zetce”?

Piotr Gursztyn: Nie.

Studia?

Tak. Wojsko nie interesowało się wtedy nikim z mojego rocznika. Na moim roku na historii było nas chyba ze stu, do zasadniczej służby wojskowej nie powołano nikogo.

Rozmawiamy w momencie, gdy nosisz mundur od półtora miesiąca. Co się wydarzyło w tym czasie?

Odbyłem „szesnastkę”, miałem dwie rotacje…

… „szesnastkę”? Rotację?

„Szesnastka” to 16-dniowe szkolenie podstawowe dla osób, które nie miały styczności z wojskiem. Pierwszy rok służby składa się właśnie z „szesnastki” i potem rotacji, czyli szkoleń weekendowych. Minimum to jeden weekend w miesiącu, ale jeśli ktoś ma czas, to może odbywać rotacje częściej. I są tacy ludzie. Każdy rok służby kończy się dwutygodniowym szkoleniem poligonowym. Drugi rok przebiega w takim samym rytmie, czyli 11 rotacji i poligon. Trzeci rok to ten sam rytm. Różnica między nimi jest taka, że w pierwszym roku jest szkolenie podstawowe, w drugim specjalistyczne zależnie od przydziału, jaki dany żołnierz dostał, a trzeci rok to szkolenie zgrywające.

Przed wstąpieniem do WOT na pewno solidnie się przygotowałeś, wiedziałeś, na co się piszesz i czego możesz się spodziewać. Czy coś cię jednak może zaskoczyło?

Przygotowywałem się fizycznie – trochę biegałem, ćwiczyłem od kilku miesięcy, zrobiłem kilka marszów z plecakiem po lesie. Czytałem dużo o służbie, oglądałem różne rzeczy w Internecie, więc wiedzę teoretyczną też miałem. Ale czym innym jest wiedza teoretyczna, a czym innym służba w praktyce. Wojsko to naprawdę jest inny świat. Trudno to opisać. Żeby zrozumieć, o czym mówię, trzeba w to wejść.

Jak wygląda „szesnastka”?

Wojsko dba o to, żeby żołnierze nie marnowali ani minuty. Cały czas jest zaplanowany i zagospodarowany, oprócz kilku godzin na sen. A z tym snem też bywa różnie. Byliśmy na wysokiej adrenalinie, ciężko było się wyspać. Dla mnie było to nawet bardziej męczące niż wysiłek fizyczny. Oficjalna pobudka jest o godz. 5.30, ale większość z nas itak wstawała wcześniej, żeby się przygotować. Capstrzyk jest o 21.30, ale wtedy też nie idzie się od razu spać, bo to najlepszy czas, żeby się ogarnąć, umyć, doprowadzić do porządku. Od rana do popołudnia są zajęcia poligonowe. Popołudnia to ćwiczenia i zajęcia na bazie – teoria, kwestie prawne, regulaminowe, BHP, musztra, obsługa broni – rozkładanie, czyszczenie, składanie… Itak do wieczora.

Jakich ludzi tam spotkałeś?

Bardzo ciekawe towarzystwo. W moim plutonie na 30 osób było trzech doktorów i dwie osoby, które przygotowywały doktoraty. W zasadzie to podzieliłbym ludzi, których spotkałem w WOT, na dwie grupy. Pierwsza, mniej liczna, to osoby bardzo młode, często po klasach mundurowych, które mają plany związania się z wojskiem zawodowym i WOT jest jakimś wstępem do tego. Większość to ludzie po trzydziestce, którzy mają już jakąś pozycję życiową – biznesmeni, eksperci w różnych dziedzinach, pracownicy korporacji, właściciele firm. Ludzie, którzy mają rodziny, dzieci. Trzeba podkreślić ich ideowość i altruizm, bo zostawienie rodziny, pracy, obowiązków to jest jednak wysiłek. Jeśli ktoś ma biznes, to dla niego służba jest wymierną stratą, finansowo jest „w plecy”. Ludzie, których spotkałem, weszli w to bardzo świadomie. Idealiści, altruiści, bardzo oddani służbie.

Całość dostępna jest w 51/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Rozmawiał: Radosław Wojtas
Czytaj także