Wciąż nie bardzo wiadomo, czym ta Rada Pokoju miałaby w ogóle być – z pierwszych zapowiedzi Donalda Trumpa wynikało, że ma nadzorować „proces pokojowy” w Strefie Gazy. Jednak rozmach przedsięwzięcia daleko przekracza przecież tak zarysowane założenie: do autoryzowania przez społeczność międzynarodową eksterminacji nieżydowskiej ludności Izraela wystarczyłby jakiś symboliczny konwentykiel, a tu zaproszenie skierowano do 60 państw (również takich, z którymi programowo do stołu nie siadamy, z Rosją i Białorusią na czele) i w dodatku każdy z tych krajów miałby zapłacić na funkcjonowanie rady co najmniej po miliardzie dolarów rocznie.
Widać z tego, że Trump tworzy po prostu alternatywę dla ONZ, od dawna nie ukrywając, że wobec zmiany całej globalnej geopolityki jest ona równie martwa i niepotrzebna, jak martwa i niepotrzebna stała się jej poprzedniczka, Liga Narodów, z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej (choć formalnie istniała do jej końca, a nawet rok dłużej). Nie chodzi nawet o to, że odmawiając jak Macron, narazimy się na gniew prezydenta USA – powiedzmy, że nałożenie na nasze wina 200 proc. cła, jak zapowiedział to Trump wobec Francji, nie byłoby dla Polski dotkliwe. Ale jeśli ten neo-ONZ Trumpa w tej czy innej formie wypali, to może warto w nim być?
Z innej, ale sąsiedniej beczki – czy Polska powinna była w ogóle zabierać głos w sporze o Grenlandię, a jeśli, to jak? Przyłączyć się w ramach UE do potępienia amerykańskich roszczeń do wyspy? A może przeciwnie, poprzeć je i jeszcze obiecać Trumpowi kontyngent wojskowy? W końcu żyją jeszcze liczni poborowi (zalicza się do nich także niżej podpisany), których wyszkolono w tzw. Ludowym Wojsku Polskim do podboju i okupowania Danii. Owszem, w większości jesteśmy już po sześćdziesiątce, ale i tak nasz kontyngent nie mógłby być śmieszniejszy niż ten, który posłali do obrony Grenlandii Niemcy.
Europa czy Ameryka?
Żarty na bok – choć każdy przyzna, że zarówno sposób podejmowania przez Donalda Trumpa decyzji, a zwłaszcza ich komunikowania, jak i unijne reakcje, bardzo do żartów zachęcają. Wyzwanie jest jednak śmiertelnie poważne i nie chodzi tu o dwa najnowsze, podane wyżej przykłady. Sprawę Grenlandii na razie mogliśmy obsłużyć – jak to zresztą robił prezydent na szczycie w Davos – dyplomatycznymi frazesami, że naszym zdaniem „spór powinien być rozwiązany w drodze negocjacji”, w kwestii zaś Rady Pokoju zastosować zasadę Nikodema Dyzmy: „Odpowiedź nie jest odmowna, sprawa jest w załatwianiu”; tu akurat nasza kuriozalna konstytucja dzieląca władzę wykonawczą między dwa ośrodki może się wreszcie do czegoś przydać. Jednak za chwilę staną przed nami znacznie trudniejsze dylematy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

