Miarą problemów trapiących Prawo i Sprawiedliwość może być to, przez jaki okres skutkują upomnienia prezesa wobec wojujących frakcji. Konflikty były oczywiście także w VIII lub IX kadencji Sejmu, gdy PiS sprawował władzę, lecz w tamtym czasie po stanowczym huknięciu prezesa Kaczyńskiego przygasały one czasami na całe miesiące. Ich uczestnicy – po jednej stronie był to na ogół Mateusz Morawiecki i jego ludzie, po drugiej Zbigniew Ziobro i jego stronnicy, wspierani także nierzadko przez byłą premier Beatę Szydło – posłusznie tonowali swoje pretensje i starali się nie prowadzić publicznych sporów. Wciąż oczywiście korzystali z zaufanych kanałów medialnych, żeby nawzajem się podgryzać. Było to jednak coś innego niż otwarta wojna, którą obserwujemy obecnie.
O ile w przeszłości publiczny konflikt występował momentami, o tyle teraz momentami ma miejsce chwiejne zawieszenie broni. Naturalnym i domyślnym stanem rzeczy w PiS stała się wojna, której nie tylko nie wygasiło desygnowanie Przemysława Czarnka na kandydata na premiera, lecz także jeszcze ją podgrzało. Na dodatek pojawił się groźny dla PiS efekt wzajemnego wzmacniania się negatywnych czynników: tarcia i publiczne spięcia między politykami wpływają na stabilizację poparcia na bardzo niskim poziomie albo nawet na jego spadki, a to z kolei wzmacnia tendencję do eskalacji napięć. Tracąca pozycję partia jest często jak „Titanic” po zderzeniu z górą lodową. Na tym teoretycznie niezatapialnym statku dochodziło, jak wiadomo, do dantejskich scen przy próbie dostania się do łodzi ratunkowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
