O nieprawidłowościach w warszawskim Szpitalu Południowym od kilku tygodni mówi cała Polska. Sprawa wywołała dyskusję wokół funkcjonowania służby zdrowia w całym kraju. Afera wybuchła po tym, jak wyszło na jaw, że szpitalnym SOR-em kierował powiązany z KO radny Dawid Kacprzyk, choć nie miał do tego uprawnień. W oświadczeniu majątkowym podał, że w 2025 r. zarobił ponad 1,6 mln zł.
Według doniesień Telewizji Republika, szef MSWiA Marcin Kierwiński, który jest jednocześnie szefem warszawskich struktur KO, od maja 2025 r. mógł wiedzieć o nadużyciach w Szpitalu Południowym, lecz nie podjął żadnych działań. "Lekarz, który rok temu kontaktował się z ministrem ujawnił: umawiał się z Kierwińskim na wizytę w szpitalu, prosił o interwencję w sprawie Kacprzyka i chaotycznego przenoszenia oddziałów (m.in. chirurgii w ciągu jednego dnia bez przygotowania). Minister początkowo obiecywał przyjazd, jednak ostatecznie unikał spotkania, zasłaniając się brakiem czasu. Wymiana SMS-ów z maja 2025 r. potwierdza te ustalenia" – donosiła stacja Tomasza Sakiewicza.
W rozmowie z Tok FM Kierwiński zapewnił jednak, że nie docierały do niego żadne niepokojące sygnały dot. Szpitala Południowego.
Kierwiński żąda przeprosin od Joanny Miziołek. Dziennikarka nie kryje oburzenia
Okazuje się, że minister podjął również kroki wobec dziennikarki, która skomentowała doniesienia TV Republika, sugerując, że, jeśli są prawdziwe, premier Donald Tusk powinien podjąć zdecydowane działania. Jak poinformowała Joanna Miziołek, Marcin Kierwiński zażądał od niej m.in. publicznych przeprosin i wpłaty 2 tys. zł na straż pożarną.
– Naprawdę podziwiam dowcip pana Marcina Kierwińskiego za tę straż pożarną. Pamiętamy dwa lata temu pogłos – skomentowała dziennikarka w programie "Niedyskretnie o politykach" w "Super Expressie".
– Chciałabym powiedzieć panu ministrowi Kierwińskiemu, że nie będziecie zamykać ust dziennikarzom za to, że zadają pytania. Jeżeli tak sobie to wyobraża tzw. strona demokratyczna, to niestety tak się nie stanie. Jeśli już nie można zadawać pytań w tej demokratycznej, uśmiechniętej Polsce to znaczy, że mamy Białoruś a nie Polskę – oceniła Miziołek.
– Pisma sobie pan może pisać jakie chce i pana kancelaria, pomijam wstyd dla kancelarii, ale to jest po prostu absurd. Rozumiem, że tu nie chodziło o mój tweet, tylko bardziej o książkę na temat Warszawy i Rafała Trzaskowskiego, gdzie były opisane właśnie te relacje. To jest naprawdę przerażające, że politycy na takich stanowiskach myślą, że nadal mogą nam zamknąć usta, bo nas postraszą – skwitowała.
Czytaj też:
"Chamstwo i arogancja", "odklejenie". Burza po słowach gwiazdy TVN Czytaj też:
"Spalimy cię, gdy będziesz wychodziła". Znana dziennikarka dostaje groźby
