Segregacja a formuła Radbrucha
  • Grzegorz GrzymowiczAutor:Grzegorz Grzymowicz

Segregacja a formuła Radbrucha

Dodano: 9
Protest przeciwko segregacji sanitarnej, lockdownowi i przymusowi szczepień. Sydney 27.11.2021 r.
Protest przeciwko segregacji sanitarnej, lockdownowi i przymusowi szczepień. Sydney 27.11.2021 r. / Źródło: PAP/EPA / DEAN LEWINS
Krucjata zamordystów przeciwko niezaszczepionym, a za chwilę zaszczepionym zbyt małą liczbą dawek, zawiera żądania o charakterze totalnym. Segregacja tylko pogarsza sprawę w walce z epidemią. Już teraz większość stanowionego w związku z koronawirusem prawa, choć spełnia częściowo wymóg celowości, to nie realizuje postulatu sprawiedliwości i legalizmu. Patrząc na Australię czy Austrię, czas upomnieć się o formułę Radbrucha.

Poziom szczucia, nieskrywanej niekiedy nienawiści wobec "antyszczepionkowców" – jak pogardliwie nazywani są w kampanii propagandowej ludzie, którzy są za szczepieniami, ale przeciwko przymusowi szczepień na COVID-19 – przybiera niebezpieczne rozmiary. W istocie, antyszczepionkowców we właściwym tego słowa znaczeniu jest na szczęście niewielu i wbrew – nierzadko cynicznej i pozorowanej na bieżące potrzeby polityczne – histerii segregacyjnych naganiaczy, w marginalnym stopniu oddziałują oni na społeczeństwo, a żadnym na rząd.

Nie "antyszczepionkowcy", tylko przeciwnicy zmuszania do szczepień na COVID-19

Zdecydowana większość zaszczepionych i niezaszczepionych o których mowa, oczekuje jedynie realnego respektowania dobrowolności w tym zakresie, czego naturalną konsekwencją powinno być nieróżnicowanie statusu prawnego obywateli przez ustawodawcę z powodu przyjęcia, bądź nieprzyjęcia preparatu. Ludzie ci są tak samo przeciwni optyce zmuszania do tego konkretnego szczepienia, jak i głosom, które chciałyby komukolwiek tego prawa odmówić. Chcą poszanowania prawa do indywidualnej decyzji, ustalanej z lekarzem, a nie pod presją polityków czy koronacelebrytów. Nie potrzebują po raz milion pięćsetny słyszeć bzdur, że zaszczepieni chorują przez nich, że muszą zwierzać się nieupoważnionym do tego osobom, czy przyjęli jakikolwiek medykament. Nie potrzebują gróźb, że będą karani, nie będą mieć wstępu do własnej pracy, itd. W większości wiedzą, że dotychczasowe szczepienia są najlepszym osiągnięciem medycyny, obecna epidemia – abstrahując od medialnej psychozy – naprawdę jest poważna, a choroba stanowi realne zagrożenie. Też się jej boją. Jeśli nie decydują się na przyjęcie tego konkretnego, nowego, będącego na etapie badań preparatu, to nie z niewiedzy o tym stanie rzeczy.

Niestety część mediów i środowisk politycznych nie chce – albo ma zabronione – dostrzec, że ludzie nazywani przez nich "antyszczepionkowcami" nie zniechęcają nikogo do szczepienia na COVID-19. W następstwie sztucznie wytworzonego przez rządy i ośrodki prasowe podziału, jeszcze mocniej wybija się narracja fanatyków segregacji, żeby władza – czy to z pozorami legalności, czy bez – uniemożliwiła nominowanym na wrogów ludu niezaszczepionym (a niebawem zaszczepionym zbyt małą w ich ocenie liczbą dawek) normalne funkcjonowanie.

Zaszczepieni myślozbrodniarze i "paszporty możliwości"

Skrajną formę przybiera to szaleństwo na odległym australijskim poligonie doświadczalnym, gdzie są już np. "obozy kwarantanny", do których pomaga dowozić wojsko. Co było do przewidzenia, rozpoczyna się tam etap potępiania także zuchwałych zaszczepionych. Totalitarysta minister Michael Gunner oznajmił wprost, że zaszczepieni, którzy uważają przymus szczepień na COVID za zły są "antyszczepionkowcami". A jeszcze niedawno było tak niewinnie. W sierpniu władze wprowadziły tylko możliwość, by pracodawcy mogli pytać pracowników, czy przyjęli preparat.

W Europie segregacja wprowadzana jest głównie poprzez dokumenty nazwane w nowomowie "paszportami covidowymi" (na Litwie "paszportami możliwości"). Wobec coraz bardziej radykalnych posunięć władz poszczególnych państw przeciwko własnym obywatelom, z jednej strony rośnie zatem opór społeczeństw, co medialny mainstream starannie pomija, z drugiej mnożą się zastępy ochotników na uprzywilejowanych niewolników, nierzadko z zadatkami i ambicjami na nadzorców niepodporządkowanych sąsiadów.

Gdy zatem kult wirusa został części społeczeństw wpojony tak głęboko, że nosi znamiona świeckiej religii, warto przywołać wciąż aktualne zalecenie Orwella, by wobec tego, jak nisko upadliśmy, każdy człowiek przyzwoity przypominał rzeczy oczywiste. Jedną z takich rzeczy jest nie omijanie może ciężkiego do przełknięcia szczególnie dla "obrońców konstytucji", ale podstawowego stwierdzenia, że segregacja, w tym przypadku "sanitarna", czy to prowadzona nieformalnie, czy ujęta w postaci aktów normatywnych jest bezprawiem.

Polska nie Austria, ale żeby tak zostało

Trzeba jednak mieć na uwadze, że w Polsce zakres tzw. obostrzeń – jakkolwiek horrendalnie to zabrzmi w obliczu tego ilu ludziom zniszczyły życie, jak pogłębiły pauperyzację i pogorszyły kondycję psychofizyczną społeczeństwa – jest naprawdę łagodny w porównaniu do stosowanych w większości państw Europy. Na szczęście rząd nie małpuje jeden do jednego wszystkiego, co wyrabiają kolektywiści włoscy, francuscy, holenderscy, ale i germańscy czy wreszcie austriaccy.

Jednak również u nas skala łamania podstawowych praw i wolności przyznanych konstytucyjnie jest bezprecedensowa od wielu lat. Powinno się lecząc chorych, dać normalnie żyć zdrowym, zaniechać dalszego rozniecania paniki, prowadzić uczciwą, rzetelną debatę lekarzy, skończyć ze szczuciem i prześladowaniem tych, którzy przedstawiają niepasujące do obowiązującej narracji statystyki i badania, zadają niewygodne dla promotorów restrykcji i segregacji pytania. Trzeba też zaprzestać gmatwaniny i gimnastyki prawnej, że pod pretekstem walki z wirusem wolno prawodawcy ustanowić przepisy ewidentnie sprzeczne z Konstytucją. W dodatku, podlegające nieustannym zmianom, co tylko potęguje chaos.

Niestety z rozmaitych powodów frakcja kowidowa w obozie rządzącym wciąż jeszcze trzyma się mocno. Cieszy zdroworozsądkowa postawa Solidarnej Polski. Szeregowi posłowie innych formacji często boją się odezwać z obawy przed przykrościami ze strony kierownictwa partii. Po stronie opozycyjnej oprócz Konfederacji, która od początku stawia zamordyzmowi gigantyczny opór, wszystkie ugrupowania ochoczo zapatrują się na wizję, by państwo dzieliło ludzi na lepszych i gorszych.

Podział odpowiedzialności

Zatem gdy z Austrii nadleciał świeży powiew zamordyzmu, epidemiczni kolektywiści znów nabrali wiatru w żagle. Po fiasku rządowego projektu 1449, a niedawno wycofaniu projektu ustawy, która miałaby umożliwić sprawdzenie przez pracodawcę, czy pracownik jest zaszczepiony na COVID-19, PiS wpadło na pomysł podzielenia się odpowiedzialnością za segregację z opozycją, wysuwając inicjatywę projektu poselskiego.

Według zapowiedzi autorów – bo projektu jeszcze nie ma, zapewne zostanie zgłoszony na ostatnią chwilę przed posiedzeniem Sejmu 1 grudnia – osoba, która nie okaże tzw. certyfikatu szczepienia, będzie traktowana jako niezaszczepiona. Pracodawca mógłby polecić takim pracownikom wykonywanie innej pracy lub pracy zdalnej, ale za to samo wynagrodzenie.

Platforma, choć chętna do totalnych praktyk, szybko pokapowała się jednak, że w interesie partii nie leży podżyrowanie wejścia przez władzę na kolejny stopień bezprawia. Lepiej zrobić to rękami pisowców, a po przejęciu władzy korzystać z fruktów. W zakresie jakiejkolwiek regulacji zwiększającej ingerencję władzy w życie obywateli, frakcja jastrzębi segregacyjnych z PiS-u na pewno może za to liczyć na poparcie Lewicy, która z nieskrywanym podnieceniem, całkowicie otwarcie wzywa do zaprowadzenia w Polsce segregacji.

Idea kuriozalna

Na tle zachodnioeuropejskiego zamordyzmu pomysł brzmi „umiarkowanie”. Ale nie w tym teraz rzecz. Bo już sama koncepcja nadania kompetencji władz publicznych pracodawcom jest kompletnym absurdem. Rozsadzaniem elementarnego porządku ustrojowo-gospodarczego.

Rozmaite nadużycia występują oczywiście nieformalnie, ale nie ma możliwości, żeby w sposób legalny pracodawca mógł naciskać na pracownika na podstawie (z wyłączeniem niektórych zawodów) uzyskanej od niego albo z jakiegoś ministerialnego rejestru wiedzy o przyjmowaniu bądź nieprzyjmowaniu takich czy innych medykamentów. Nie jest to informacja w jakikolwiek sposób związana z wykonywaniem pracy. Zgodnie z Kodeksem pracy pracownik jest rozliczany z tego, czy pracę wykonuje sumiennie i starannie. Ma być przy tym produktywny. Wielu pracowników w najoczywistszy sposób musi pracować z klientem bezpośrednio ze względu na specyfikę stanowiska, więc nie może produktywnie spełnić swoich zadań na innym stanowisku. Może w jakichś wyobrażeniach totalniaków, którzy nie oglądając się na skutki, domagają się podporządkowania jednemu z wirusów wszelkich aspektów życia, ale nie w realnej gospodarce. Pomijam już zapowiedź, że jeśli przedsiębiorstwo wykaże, że wszyscy pracownicy są zaszczepieni na COVID-19, to nie będą go dotyczyć żadne restrykcje. Potwierdziło się już, że zaszczepieni i niezaszczepieni chorują i przenoszą wirusa. Według danych MZ z 19-26 listopada procent w pełni zaszczepionych wśród nowych zakażeń wyniósł 43,5 proc., a zgonów 29,6 proc.

Prawo znieprawione

I chcą totalni, by ta dyskryminacja odbywała się w majestacie prawa. "Prawo znieprawione. Prawo, a razem z nim cały aparat przymusu, jakim dysponuje państwo; prawo – powiadam – nie tylko mijające się ze swoim celem, lecz stosowane do osiągnięcia celu wprost przeciwnego. (…) Prawo, które samo dopuszcza się nieprawości, jaką miało karać z racji swojej misji" – pisał Bastiat, występując przeciwko zapędom kolektywistów.

Państwo identyfikujące się jako prawne w najbardziej ogólnym ujęciu musi też czynić za dość m.in. żelaznej zasadzie, w myśl której prawo powinno być przestrzegane przez wszystkich jego adresatów, ale przede wszystkim przez organy państwowe. Mają one obowiązek działania „na podstawie i w granicach prawa”. Obywatel może robić to, czego prawo nie zabrania, organy publiczne jedynie to, co jest im dozwolone, czyli zostało przez prawo przewidziane jako ich zadania i kompetencje. Wynika to m.in. z klasycznej formuły zachodniej tradycji prawnej, że jednostka może być tylko w ograniczonym zakresie podporządkowana państwu.

Segregacja nielegalna

O poziomie i praktycznych konsekwencjach bezprawia polityki kowidowej mogłaby powstać gruba książka. Liczę, że jakiś zespół redakcyjny prawników praktyków zbierze się i nie pozwoli na taką podsumowującą pozycję długo czekać. Zwróćmy w tym miejscu uwagę tylko na kilka przykładowych przepisów kilku aktów normatywnych, które zostały bądź mogą zostać naruszone lockdownami i segregacją.

Podstawowy problem wiąże się oczywiście z niekonstytucyjnością. Zgodnie ustawą zasadniczą prawa i wolności (m.in. gdy są konieczne dla ochrony zdrowia) można ograniczać tylko ustawą. Nie rozporządzeniem, jak to zrobiono nim przyjęto ustawę o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Co jednak kluczowe – ustawowe ograniczenia praw i wolności nie mogą naruszać ich istoty.

A część lockdownowych i chyba wszystkie segregacyjne naruszają ewidentnie. W Konstytucji to m.in.: art. 31 – zasada wolności, art. 32 – zasada równości i zakaz dyskryminacji, art. 37 – korzystanie z wolności i praw konstytucyjnych, art. 39 – wolność od eksperymentów, art. 47 – prawo do prywatności.

Ale to przecież także wciśnięte nam na zasadzie konieczności dziejowej RODO. Art. 9 stanowi, że "zabrania się przetwarzania danych osobowych ujawniających pochodzenie rasowe lub etniczne, poglądy polityczne, przekonania religijne lub światopoglądowe, przynależność do związków zawodowych oraz przetwarzania danych genetycznych, danych biometrycznych w celu jednoznacznego zidentyfikowania osoby fizycznej lub danych dotyczących zdrowia, seksualności lub orientacji seksualnej tej osoby".

To również tajemnica lekarska ustanowiona w art. 40 ustawy o zawodzie lekarza: "lekarz ma obowiązek zachowania w tajemnicy informacji związanych z pacjentem, a uzyskanych w związku z wykonywaniem zawodu". Z kolei art. 13 ustawy o prawach pacjenta stanowi: "pacjent ma prawo do zachowania w tajemnicy przez osoby wykonujące zawód medyczny, w tym udzielające mu świadczeń zdrowotnych, informacji z nim związanych, a uzyskanych w związku z wykonywaniem zawodu medycznego".

Wcześniej przerabiana już była tematyka złamania np. art. 2 i 8 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Sądy wielokrotnie wykazały, że – tym bardziej wobec niewprowadzenia stanu nadzwyczajnego – kary nałożone na przedsiębiorców były bezprawne i uchylały je. Pomijając już całą masę pomniejszych absurdów, typu mandat za braki maski na twarzy.

Stan, w którym pracodawca mógłby z powodu faktu przyjęcia bądź nieprzyjęcia jakiegokolwiek medykamentu przesuwać pracownika na inne, gorsze dla pracownika stanowisko, byłby sprzeczny także z art. 18 3a Kodeksu pracy, zakazującym dyskryminacji.

Formuła Radbrucha

Powyżej mówiliśmy o sprzeczności segregacji z przepisami prawa. Co jednak w sytuacji, gdy jakiś zbiór norm jawnie niesprawiedliwych, rażąco sprzecznych z porządkiem moralnym zaczyna obowiązywać w państwie, ponieważ ustanowił go kompetentny do tego prawodawca?

Interesujący kazus stanowi w tym kontekście stworzona po wojnie koncepcja niemieckiego prawnika prof. Gustava Radbrucha. Jej elementem jest stwierdzenie, że istnieje ustawowe bezprawie. Zaznaczam, że nie porównuję tu okresów, sytuacji i skali bezprawia, a jedynie mechanizmy, które obserwujemy obecnie w kolejnych państwach. Radbruch sformułował bowiem swą koncepcję pod wpływem ustawodawstwa niemieckiego po 1933 roku, które miało umocowanie w legalnie ustanowionych ustawach przez demokratycznie wybraną władzę.

Radbruch był umiarkowanym przedstawicielem pozytywizmu prawniczego, a więc mówiąc hasłowo prymatu prawa pisanego nad prawem natury – wszystko to, co władza ustanowi i nazwie prawem, jest prawem. Uznawał, że wymóg legalizmu powinien co do zasady przeważać nad postulatami celowości i sprawiedliwości prawa. Po wojnie podtrzymał swoje stanowisko, ale dodał, że jeżeli sprzeczność pomiędzy legalizmem a celowością i sprawiedliwością jest tak rażąca, że staje się nie do zniesienia, wówczas legalizm powinien wyjątkowo ustąpić.

Jak tłumaczy w swojej książce prof. Jerzy Zajadło, Radbruch obciążył właśnie pozytywizm prawniczy pośrednią odpowiedzialnością za powstanie w Niemczech systemu ustawowego bezprawia. Nie pierwszy i nie ostatni raz w historii doszło wówczas do wyrugowania z prawa idei sprawiedliwości. Przybrało ono jednak wtedy wyjątkowo brutalną formę. Podobnie jak w powojennej Polsce radziecki socjalizm.

Formuła Radbrucha znalazła zastosowanie w niemieckiej praktyce orzeczniczej poczynając od lat 50, w zasadzie aż do końca wieku. Szczególnej aktualności nabrała w związku z zakończeniem okresu NRD. Głośna była np. sprawa strzelców przy Murze Berlińskim z 1996 roku. W praktyce niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego i Federalnego Sądu Najwyższego jest wiele orzeczeń pośrednio lub bezpośrednio odnoszących się do jej założeń.

Formuła Radbrucha została powszechnie uznana za uniwersalna konstrukcję prawną (również przez ETPC). W różnym stopniu zastosowano ją nie tylko w kilku państwach bloku postsowieckiego, ale także w RPA i niektórych państwach Ameryki Łacińskiej. Współcześnie jednak w zasadzie nie jest wykorzystywana. Dominuje raczej skrajny formalizm. Niektórzy prawnicy wskazują, że sądy powinny zacząć na poważnie do niej sięgać. Ale najlepiej byłoby, gdyby nie musiały, bo prawodawca nie stwarzałby do tego powodów.

"Rzadko kiedy całą wolność traci się od razu" – pisał David Hume. Jeśli otworzymy furtkę segregacji, wejdziemy na prostą drogę ku zniewoleniu w imię (pozornego) bezpieczeństwa. Czy to w tej, czy przy następnych kampaniach, jakie przyszykują nam Wielkie Braty.

Czytaj też:
Ustawa segregacyjna. Dziambor: Z nami nie będzie negocjacji
Czytaj też:
Dokopać „foliarzom”

 9
Czytaj także