Nieprzewidywalności nowego amerykańskiego prezydenta spodziewali się wszyscy. Jednak tego, że po niedomagającym staruszku Bidenie nastąpi dziecinada w wykonaniu wysokich amerykańskich urzędników nie oczekiwał chyba nikt. Prezydent Trump, nieustannie podkreślał transakcyjność w polityce międzynarodowej i konieczność płacenia za pomoc rachunków w twardej walucie. Tymczasem jego zastępca marginalizując zagrożenie ze strony Rosji i domagając się na konferencji poświęconej bezpieczeństwu powrotu Europy do „dzielonych ze Stanami Zjednoczonymi wartości” nie mógł wypaść poważnie. Zwłaszcza, że duża część jego wypowiedzi odnosiła się do interesów milionerów z big techów, z którymi uczestniczył w prezydenckiej inauguracji. Co więcej, nie mógł zostać zrozumiany przez liberalno – lewicowe elity, zależne od poparcia swoich wyborców i od lat prezentujące równie niepoważne podejście do tego tematu.
Być może dla świeżego konwertyty na katolicyzm jakim jest J. D. Vance takie neofickie wyznanie wiary wydawało się odpowiednie. Jednak kontynentalna Europa z USA zawsze spotykały się, kiedy ta pierwsza odpuszczała nieco ze swojej suwerenności, Stany Zjednoczone natomiast odchodziły od czystego transakcjonizmu, spuszczając z rynkowej ceny.
Nie ma się też co zachwycać cytatami z Jana Pawła II. Papież Polak z pewnością nie byłby zadowolony np. ze wspierania Benjamina Netanjahu, ostatnich planów przesiedlenia ludności ze Strefy Gazy, czy amerykańskich pomysłów na zakończenie wojny na Ukrainie w świetle katolickiej koncepcji wojny sprawiedliwej.
Polska jest najważniejsza
Ważniejsze słowa padły przy okazji konferencji z ust sekretarza obrony USA Pete’a Hegsetha. Na spotkaniu ministrów obrony państw NATO w Brukseli powiedział on, że „surowe realia strategiczne uniemożliwiają Stanom Zjednoczonym Ameryki skupienie się przede wszystkim na bezpieczeństwie Europy”. Dodał co prawda, że na razie nie ma planów zmniejszenia tam liczebności sił USA. Natomiast „rewizja ich rozmieszczenia”, ma nastąpić po zakończeniu wojny na Ukrainie. Podczas wizyty w Warszawie, która nastąpiła bezpośrednio po tym Hegseth zapewniał, że więzi USA i Polski są niezachwiane, a nasz kraj nazwał „modelowym sojusznikiem”. Miał też zapewnić, że finansowanie amerykańskiej pomocy służącej modernizacji sił zbrojnych z Foreign Military Financig nie zostanie wstrzymane w związku z przeglądem funduszy pomocowych, dokonywanym przez nową administrację. Z wypowiedzi Hesgetha wynika również, że Europa ma 10 – 15 lat czasu na przygotowania, zanim Amerykanie mogą zacząć się z niej wycofywać.
Podobne informacje zostały przekazane po spotkaniu prezydenta Dudy ze specjalnym wysłannikiem Donalda Trumpa do spraw Ukrainy Keithem Kellogiem. Nie było co prawda wspólnej konferencji prasowej, ale polski prezydent podkreślił, że Ameryka miała się poważnie zaangażować w zakończenie wojny na Ukrainie. Kellog miał też zapewnić, że „nie ma absolutnie żadnych zamiarów amerykańskich, aby obniżać aktywność Stanów Zjednoczonych w naszej części Europy, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa, np. zmniejszać liczbę amerykańskich żołnierzy”. Ma ona wręcz rosnąć. Po spotkaniu z Hegsethem prezydent Duda posunął się nawet do stwierdzenia, że w Polsce powstanie planowany od lat Fort Trump, czyli stała, a nie jedynie rotacyjna baza amerykańskich wojsk.
Warto zauważyć, że ani Hegseth, ani Kellog podczas swoich wizyt nie spotkali się na osobności z żadnymi, oprócz polskich przedstawicielami państw NATO. Dla Niemiec, gdzie sekretarz obrony spotkał się tylko z amerykańskimi żołnierzami był to poważny afront.
Europa się zastanawia
Niewiele przyniósł też zwołany przez prezydenta Macrona w odpowiedzi na amerykańsko – rosyjskie negocjacje w Rijadzie szczyt wybranych państw UE odbywający się 18. lutego w Paryżu. Podobnie jak zorganizowane osobno rozmowy pozostałych europejskich państw NATO oraz Kanady. Warto jednak podkreślić dwie sprawy. Na kanwie szczytu decyzję o zaangażowaniu wojsk w ewentualnej misji na Ukrainie podjęły Wielka Brytania i Holandia. Na żadne ze spotkań nie zaproszono też Słowacji ani Węgier. Wskazuje to na formującą się powoli „koalicję chętnych” państw europejskich, które mają w obliczu amerykańskich poczynań wziąć odpowiedzialność za europejskie bezpieczeństwo. Przy czym zwolennicy rosyjskiej optyki patrzenia na konflikt na Ukrainie będą bezwzględnie rugowani, żeby nie torpedować ustaleń większości.
Na spotkaniu Amerykanów i Rosjan w Rijadzie nie ustalono wiele – jedynie ramy do dalszych negocjacji, które mają niebawem nastąpić. Jednak ani amerykańska zgoda na negocjacje bez żadnych warunków wstępnych, ani inne wydarzenia z nimi związane nie napawają optymizmem. Szef amerykańskiej delegacji, sekretarz stanu Marco Rubio stwierdził co prawda, że Europa „będzie musiała w pewnym momencie zasiąść do stołu”, ale ze względu na to, że nałożyła sankcje na Rosję. Oznacza to zapewne, że Stany Zjednoczone będą oczekiwać ich zdjęcia.
Prezydent Zełeński odmówił podpisania umowy z USA, zakładającej przekazanie praw do 50% ukraińskich złóż surowców mineralnych, portów i innych obiektów infrastruktury w zamian za już udzieloną pomoc wojskową. Stanowczo też podkreślił, że Ukraina nie uzna żadnych porozumień zawartych ponad głowami Ukraińców.
Po tym prezydent Trump posunął się nawet do stwierdzenia, że to Ukraińcy zaczęli wojnę, a lepszym wyjściem 3 lata temu byłyby negocjacje z Rosją. Nazwał też ukraińskiego prezydenta „średnio udanym komikiem” i „dyktatorem bez wyborów”, oskarżając o zmarnowanie połowy pieniędzy, jaką USA wydały na wojnę. W którą zresztą miał on wmanipulować Joe Bidena. Zełeński odpowiedział, oskarżając amerykańskiego prezydenta o przebywanie w „bańce rosyjskiej dezinformacji”. Wydaje się więc, że w miare normalna współpraca Zełeńskiego z Amerykanami definitywnie się skończyła. Pozostaje pytanie, jak wpłynie to na wyniki wyborów, a tym samym na proces pokojowy.
Zwrot w miejscu?
Nie wdając się w rozważania na temat zwrotu USA w polityce euroatlantyckiej i jego skutków, warto przytoczyć ocenę tych wydarzeń dla Polski z innych punktów widzenia. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” o wizycie Pete’a Hegsetha pisze, że była to „pochwała bez gwarancji” dla Polski i podkreśla „różnicę zdań” między Warszawą a Waszyngtonem, w kwestii negocjacji z Rosją. Hiszpański dziennik „ABC” podkreśla uprzywilejowane na tle innych państw Europy stosunki Polski z Waszyngtonem oraz stabilność sytuacji w naszym kraju. Oba zgadzają się co do jednego – dobre relacje wynikają z inwestowania Polski w obronność. Należy tu dodać, że inwestycje te w dużej mierze lokowane są w amerykańskim przemyśle.
Warto też poczytać opinie rosyjskich militarnych blogerów, którzy przygotowania do rokowań traktują jako zdradę i niepotrzebne ustępowanie Amerykanom. W istocie, po kilkuletniej kampanii tłumaczącej swoim obywatelom, że Rosja walczy z „kolektywnym Zachodem” i NATO, kremlowska propaganda będzie musiała się nieco nagimnastykować, żeby wytłumaczyć, dlaczego wojna nie zakończyła się w Berlinie, albo przynajmniej w Warszawie, a w Kijowie nadal urzęduje jakiś „nazista”, chociaż niekoniecznie Wołodymir Zełeński. Pokazuje to jednak skale zaskoczenia również na wschodzie i nie wróży trwałego zakończenia konfliktu.
Wydaje się, że Amerykanie nie porzucą Europy, ani nie wydadzą jej na pastwę Rosji. Przynajmniej nie od razu, a dając czas na przygotowanie. Wygląda to na swoistą taktykę kija i marchewki dla Europy, w której Polska ma odgrywać rolę przykładu do naśladowania. A może i w końcu zastąpić w sferze obronnej Niemcy, które po wyzwoleniu się spod amerykańskich wpływów nie są zdolne do podejmowania takich decyzji. W końcu ziści się na serio idea Polski jako amerykańskiego „klina”, wbitego między Europę i Rosję. Tym razem jednak gra będzie również na serio. Jeżeli Europa nie podoła wyzwaniu i nie będzie zdolna do samodzielnej obrony, Amerykanie bez żalu zostawią ją Rosji i Chinom. Jeszcze większe wyzwanie staje przed Polską. Zbrojenia co prawda idą nam bodaj najlepiej w Europie, ale trzeba jeszcze zacząć grę na co najmniej dwóch fortepianach w polityce zagranicznej, Tak, żeby nie wypadając z grona najważniejszych dzisiaj państw Europy w zakresie obronności, utrzymywać jednocześnie dobre stosunki z USA. Które z kolei mogą dokonywać dużych koncesji na rzecz Rosji. Czy nasze elity polityczne są do tego zdolne? Czas pokaże.
Polskie społeczeństwo na wojnie
Wraz ze zdecydowanymi zapowiedziami USA o odmowie wysłania swoich wojsk na ewentualną misję na Ukrainie i powierzeniu tego zadania Europie, po raz kolejny pojawia się też pytanie o udział w niej polskich żołnierzy. Zarówno polski premier jak i minister obrony kategorycznie stwierdzili, że nie ma takich planów. Podobnie uczynili główni kandydaci w wyborach prezydenckich.
Oczywiście owa kategoryczność wynika przede wszystkim ze zbliżających się wyborów i nastrojów społeczeństwa, w większości przeciwnego wysyłaniu polskich żołnierzy na Ukrainę. Do misji jednak jeszcze daleko. Po wyborach i w razie podejmowania decyzji o udziale w niej przez inne europejskie państwa, polskie stanowisko pewnie będzie mięknąć.
Z drugiej strony trzeba zauważyć, że jakakolwiek misja bez gwarancji amerykańskich – choćby w ograniczonym zakresie – np. wsparcia powietrznego, przeciwlotniczego, rozpoznawczego i broni dalekiego zasięgu jest pozbawiona większego sensu. Najprawdopodobniej nie dojdzie więc ona do skutku – przynajmniej w formie mogącej realnie powstrzymać Rosjan.
Niezależnie od jej charakteru, jeżeli Polska nie weźmie w takiej misji udziału, oznaczać to będzie nie tylko samodzielne odsunięcie się od podejmowania decyzji w sprawie Ukrainy. Jeżeli będą tam obecni inni europejscy członkowie NATO – również o mniejszym niż Polska potencjale – wywoła to fatalne dla spójności sojuszu wrażenie, że Polska nie ma zamiaru bronić wschodniej flanki NATO, zostawiając to innym. Będąc przecież najbardziej tam zagrożoną. Późne wchodzenie do takiej misji spowoduje też, że zajmiemy gorsze pozycje i miejsca, niż ci, którzy decydowali się wcześniej.
Wiąże się to również z nieprzepracowaną w polskim społeczeństwie pozycją wojska i jego funkcji. Ciągnące się od czasów PRLu przekonanie, że powinno być ono używane jedynie do obrony terytorium kraju, wkrótce zacznie przynosić fatalne skutki. Użycie polskiego wojska za granicą – przede wszystkim do pomocy USA w Iraku i Afganistanie, było kluczowe dla jego transformacji w skuteczną siłę bojową. Jednak w powszechnym odbiorze misje te raczej utwierdziły polskie społeczeństwo, że żołnierze nie powinni brać w podobnych przedsięwzięciach udziału. Przyczyniły się do tego również absurdalne tłumaczenia polityków, którzy przekonywali, że w Iraku zaangażowani byliśmy dla profitów z jego odbudowy, albo że bronimy polskiego terytorium pod Hindukuszem. Być może Hegseth – który sam służył w Iraku i Afganistanie, z amerykańskim nieszczerym uśmiechem poklepywał polskich polityków po plecach, wiedząc, że wkrótce zostaniemy sami. Jeżeli jednak jego słowa były szczere, oznacza to, że ofiara polskich żołnierzy wracających stamtąd w trumnach nie była nadaremna.
Polacy uwielbiają polski mundur i wojskowe parady, ale dopóki nie zrozumieją, że wojsko jest właśnie od tego, żeby walczyć, jego właściwe wykorzystanie czyli osiąganie celów militarnych i politycznych będzie niemożliwe. Gdyby Rosja dzisiaj zaatakowała państwa bałtyckie, prawdopodobnie polska opinia publiczna – podbechtywana przez część polityków i publicystów – również byłaby przeciwna wysłaniu tam Polaków z odsieczą w ramach NATO. Kiedy Rosja zaatakuje Polskę, będzie już za późno.
Konflikt z Rosją nie jest nieunikniony. Mamy też jeszcze trochę czasu na przygotowanie do niego, możemy też wciąż liczyć na sojuszników, również na USA. Ale obok przygotowania sił zbrojnych, najważniejszym elementem będzie właśnie przygotowanie do niego polskiego społeczeństwa. Mamione przez polityków i media nadal funkcjonuje ono, jakby nie zauważało zbliżającego się zagrożenia. Zaniechanie tego będzie „zbrodnią” o wiele większą, niż wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę.
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
