Wynik głosowania na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu 21 stycznia mógł być największym szokiem dla Ursuli von der Leyen podczas całej jej dotychczasowej kariery na stanowisku przewodniczącej Komisji Europejskiej. Wtedy większością zaledwie 10 głosów (334 do 324) PE zdecydował o odesłaniu umowy z krajami Mercosuru do Trybunału Sprawiedliwości UE.
Swoją pierwszą kadencję (2019–2024) von der Leyen może dzisiaj wspominać z rozrzewnieniem jako wyjątkowo spokojną. Wtedy europejski główny nurt miał wyraźnie mocniejszą pozycję, a Parlament nie bruździł. Nie zdarzyło się głosowanie nad wotum nieufności dla Komisji Europejskiej. Taki wniosek musi zebrać (przy obecnym składzie PE) przynajmniej 72 podpisy, co samo w sobie stanowiło poważną barierę. Zgodnie z art. 234 traktatu o funkcjonowaniu UE wniosek musiałby uzyskać większość aż dwóch trzecich oddanych głosów, aby zostać przyjęty, co oznaczałoby dymisję całej KE. Gdyby głosowało wszystkich 720 posłów, za wotum musiałoby się zatem opowiedzieć przynajmniej 476.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
