Niedoszły laureat Pokojowej Nagrody Nobla wszczął kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Zresztą jeszcze niedawno amerykański wywiad oceniał, że Iran nie będzie stanowił zagrożenia dla USA przez dekadę, a sam Donald Trump zapewniał, iż program jądrowy Teheranu został całkowicie zniszczony. W takim układzie powrót do retoryki „zagrożenia atomowego” sprawia wrażenie politycznej zasłony dymnej.
Dygresja w tej kwestii – z perspektywy czasu wyraźne staje się, że ambiwalentna strategia nuklearna Iranu obróciła się przeciwko niemu. Wydaje się, że Iran realnie nie prowadził prac mających wyposażyć go w broń atomową. Zarazem jednak rozwijał swój program jądrowy w ten sposób, że posiadał spore zasoby materiału rozszczepialnego wzbogacone do poziomu 60 proc. Do wyprodukowania broni jądrowej potrzebny jest materiał rozszczepialny wzbogacony do poziomu 90 proc., natomiast w energetyce atomowej wystarczy kilkuprocentowe wzbogacenie. Iran formalnie przestrzegał więc zasady nierozprzestrzeniania, zostawiając sobie furtkę dla możliwości szybkiego uzyskania broni. Gotowość do kompromisu sygnalizowało już porozumienie JCPOA, zerwane przez Trumpa w 2018 roku.
Celem: zmiana reżimu
Trump zresztą w swojej sobotniej deklaracji wojny inaczej już stawiał akcenty. Wprost ogłosił, że jego wojna jest wojną o „zmianę reżimu”, używając nomenklatury George’a Busha. To błąd w mojej ocenie, bowiem Iran nie jest Wenezuelą. Nie ma możliwości nagięcia elity do swojej woli tylko poprzez dekapitację, niezwykle trudno też wyobrazić sobie zgruchotanie systemu politycznego Republiki Islamskiej jedynie poprzez wojnę powietrzną. Prezydent USA zostawił sobie co prawda pewien narracyjny bezpiecznik, twierdząc, że jego zbrojna agresja ma być tylko wsparciem dla opozycji irańskiej i jej zwolenników… którzy na razie przejawili się na miejscu w minimalnym stopniu, a przejaw ten został przykryty przez masowe wystąpienia żałobników na wieść o śmierci najwyższego przywódcy Alego Hosejniego Chameneiego. Znając dotychczasowy sposób prowadzenia narracji przez prezydenta USA, można przypuszczać, że w razie deeskalacji konfliktu będzie on próbował wykreować wizerunek zwycięstwa, nawet jeśli Republika Islamska przetrwa.
Los jej rahbara symbolizuje dobrze problem, z jakim zderzą się napadający. Z informacji wynika, że Chamenei zginął w początkowej fazie wojny w swojej oficjalnej rezydencji. W tym kontekście śmieszą medialne informacje o dokonaniach amerykańskich służb specjalnych w zakresie jego lokalizacji, w sytuacji, gdy przywódca był tam, gdzie niegdyś można by go zlokalizować przy pomocy książki telefonicznej. Był w swojej rezydencji w sytuacji powszechnej świadomości, że jest celem.
Ali Chamenei, 86-letni weteran rewolucji przeciwko szachowi, totalnej wojny z Saddamem Husajnem, burzliwej irańskiej i bliskowschodniej polityki ponad czterech dekad chyba szykował się na śmierć. Jego ofiara była jeszcze jednym aktem politycznym przeciwko wrogom. Obserwując reakcje, jakie wywołała nie tylko w Iranie, ale w całym świecie muzułmańskim, od jemeńskiej Sany i libańskiego Bejrutu po pakistańskie Karaczi, była chyba aktem udanym, przynajmniej w doraźnej perspektywie.
Zachowanie Chameneiego było też aktem religijnym. Na Zachodzie jesteśmy już tak ogarnięci przez cynizm i materializm, że nie wierzymy w patetyczne, egzystencjalne deklaracje polityków. Przywódca Iranu najwyraźniej zrobił to, o czym mówił, i co tak często występuje w narracji jego państwa – „męczeństwo” – a co przecież leży w samym centrum doktryny głównonurtowego szyizmu (dwunastu imamów)… i to od czasu jego założycieli – Alego, zięcia Mahometa, i jego syna Husajna. Taki system będą próbowali złamać z powietrza Amerykanie i Izraelczycy.
Jeszcze jedna dygresja. Proponuję czytelnikom zadanie sobie pytania, czy którykolwiek zachodni przywódca, w dobie obecnej mobilizujący nierzadko swoich obywateli do gotowości na wyzwania wojenne, byłby zdolny do takiego ruchu?
Wojna powietrzna
W powietrzu faktycznie mają druzgocącą przewagę. Skala uderzeń znacząco przekracza czerwcową eskalację. Znów eliminowani są kolejni członkowie kierownictwa polityczno-wojskowego. Można się spodziewać, że znacznie większa będzie także liczba ofiar cywilnych. Już pierwszego dnia w jednej tylko szkole podstawowej dla dziewcząt w prowincjonalnym Minabie, trafionej przez amerykański lub izraelski pocisk, zginęło ponad sto osób. Krew będzie się lała obficie.
Mimo masowości ataku irańskiej elicie udało się w niedzielę sformować tymczasową Radę Rządzącą, zgodnie z konstytucją Iranu przejmującą władzę naczelną w przypadku śmierci najwyższego przywódcy. Z urzędu tworzą ją prezydent, szef wymiaru sprawiedliwości i uczony muzułmański wybrany spośród członków Rady Strażników przez Radę Rozpoznania Celowości. Tym trzecim został Alireza Arafi, wysoko postawiony duchowny szyicki, pobierający naukę jeszcze m.in. od Chomejniego, długoletni członek politycznej i religijnej elity Iranu. Podkreślono więc przywiązanie do religijnej legitymizacji systemu. Rada ta już zdołała się fizycznie spotkać.
Analizy, jakie przedstawiły także amerykańskie media, sugerują, że po czerwcowej wojnie dwunastodniowej elity irańskie wdrożyły program swoistej autonomizacji sił zbrojnych. Poszczególne rodzaje broni, większe i mniejsze oddziały miały otrzymać zadania w razie „W”, a strategia została skonstruowana i upowszechniona w sposób, jaki ma gwarantować ich aktywność nawet w przypadku eliminacji sztabu generalnego i wysokich oficerów. Zobaczymy, czy Irańczycy okazali się zdolni do takiej adaptacji.
Amerykanie zgromadzili wielkie zasoby do wojny powietrznej. Dwie lotniskowcowe grupy uderzeniowe i kilkadziesiąt okrętów. Na tym teatrze funkcjonuje, według otwartych źródeł, około jednej piątej latających cystern mających zapewnić permanentność ataku i do połowy samolotów wczesnego ostrzegania będących w aktywnej służbie. Ogromna koncentracja lotnictwa, zasobów broni rakietowej i środków przeciwpowietrznych. Koncentracja największa od czasu ataku na Irak w 2003 roku sugeruje gotowość do długiego konfliktu. Jest jedno „ale”. Wszystkie te środki bojowe wymagają wyrafinowanej amunicji. Kosztownej, której zasobów nie można szybko odtwarzać. Według raportów przytaczanych przez amerykańską przestrzeń informacyjną przy dużej intensywności działań Amerykanom może wystarczyć amunicji precyzyjnej na dwa tygodnie walki.
Pytanie, czy Irańczycy mają większe zasoby? Pocisków być może tak (jest oczywiste, że USA nie mogą zużywać całego swojego arsenału w jednym regionie, Izrael „wisi” na dostawach z USA), ale czy i wyrzutni? Amerykanie i Irańczycy koncentrują się na ich niszczeniu, obok uderzeń w elitę i Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, a także marynarkę wojenną i wybrzeże Iranu.
Rozlewanie się konfliktu
Jak na razie Iran pieczołowicie skaluje swoją odpowiedź. Jest ona znacznie poważniejsza niż w czerwcu, ale daleka od totalnej. Ciosy wymierzone są w Izrael, ale nie one są głównym narzędziem obrony, lecz uderzenia w arabskich partnerów USA goszczących amerykańskie bazy i ważnych dla Waszyngtonu z innych względów. W taki czy inny sposób oberwali już niemal wszyscy: Jordania, Kuwejt, Katar, Bahrajn, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, nawet najbardziej neutralny Oman. W poniedziałek, po trafieniu saudyjskiej instalacji naftowej, media nieoficjalnie odnotowały żale Saudów pod adresem Waszyngtonu, że koncentruje swoje działania na obronie Izraela i utrzymaniu otwarcia strategicznej dla światowego handlu ropą cieśniny Ormuz, a dla nich amerykańskiego „parasola” nie wystarcza.
W przypadku dążenia do eskalacji Irańczycy mogą zresztą próbować uruchomić aktora, któremu znacznie łatwiej uderzyć w Saudów – jemeński Ansarullah. W 2019 roku dosięgli rafinerii Abkajk i Churajs, przysparzając poważnych zniszczeń i redukując na krótki czas eksportowe zdolności naftowe Arabii Saudyjskiej o połowę. Jak na razie przywódca Ansarullahu Abd al-Malik al-Huti werbalnie stanął tylko w sobotę po stronie Iranu i zapowiedział ponowną blokadę żeglugi przez cieśninę Bab al-Mandab, ale do poniedziałku nie wykonał praktycznych działań w tym kierunku.
Pewnych ostrzałów dokonał libański Hezbollah. Co ciekawe, pociski wystartowały także z obszarów na południe od rzeki Litani. To pokazuje, że wbrew deklaracjom organizacja libańskich szyitów nie została stamtąd całkowicie wyparta; można jednak przypuszczać, że zdolności organizacji są mocno obniżone.
Iran może natomiast mobilizować antyamerykańskie i antyizraelskie wystąpienia społeczne w krajach regionu, wywierające nacisk na miejscowe elity. Najbardziej podatnymi państwami są pod tym względem Irak i Bahrajn. Byłby to powrót do rewolucyjnych korzeni Republiki Islamskiej.
Amerykanie mogą wysunąć przeciw temu swoją strategię wojny rewolucyjnej. Społecznego buntu Persów przy obecnej spójności systemu nie przewiduję, natomiast możliwe są wspierane przez USA rebelie mniejszości etnicznych w regionach ich zwartego zamieszkania – Beludżów i Kurdów. Ci ostatni prowadzą akcje dywersji przeciwko Iranowi z baz w irackim Kurdystanie. W czasie i po pierwszej wojnie przeciwko Saddamowi Husajnowi Amerykanie zdołali z powietrza utrzymywać względną niezależność irackiego Kurdystanu. To może być opcja rozważana wobec Iranu.
Strategiczny oportunizm
Teheran będzie kontynuował ataki na amerykańskie bazy w regionie i instalacje arabskich partnerów USA, chcąc wytworzyć ich presję na Waszyngton ukierunkowaną na przerwanie działań zbrojnych. Tym bardziej że ostatnie doniesienia medialne mówią, iż za kurtyną oficjalnej dyplomacji pokojowej kierujący polityką królestwa Saudów książę Mohammad ibn Salman miał zachęcać Trumpa do ataku na Republikę Islamską.
USA, biorąc pod uwagę trumpowskie orędzie, będą kontynuować silną presję militarną nakierowaną na rozłamanie irańskiej elity i wasalizację jej części (scenariusz wenezuelski) lub generalną rebelię i „zmianę reżimu”. Elita, system polityczny i społeczeństwo Iranu pozostają skonsolidowane w pierwszych dniach wojny.
Cel Trumpa jest trudny do wykonania, ale znając jego sposób uprawiania polityki, może zrobić krok do tyłu przed jego osiągnięciem, gdy narosną trudności. Wywołanie przez niego kolejnej wojny wygląda trochę na strategiczny oportunizm podniecany tym, że prezydent USA może uważać, iż po prostu karta mu idzie. Po udanych wojnach Izraela, po udanym ujęciu prezydenta Wenezueli i zajęciach tankowców niegdysiejszy werbalny przeciwnik interwencjonizmu i głosiciel konieczności skupienia się na bezpośrednich interesach populacji USA gładko wszedł w buty demoliberalnych czy neokonserwatywnych interwencjonistów. Nawet jego narracja o broni masowego rażenia i moralizowanie było podobne do tego, co mówił Bill Clinton czy George Bush na rozpoczęcie wojen odpowiednio z Jugosławią i Irakiem. Sposób jej prowadzenia przypomina tę pierwszą. Z tą różnicą, że zabicie przywódców uznanego państwa, i to państwa, z którym przed chwilą Amerykanie negocjowali, a pośredniczący Oman informował o ustępstwach Irańczyków, znacznie radykalizuje wojnę, ale też zwiększa potencjał przemożnej nieufności i niestabilności w stosunkach międzynarodowych.
Patrząc na politykę Trumpa, jakże odmienną od przedwyborczych deklaracji, należałoby skupić się na rodzaju jego związków z Izraelem i arabskimi petromonarchiami. Ile w tym wielkiej strategii dla nowego Bliskiego Wschodu, a ile iście klanowej polityki prywatnych powiązań i interesów w ramach ewolucji amerykańskiej polityki, katalizowanej zresztą w poważnym stopniu przez obecnego amerykańskiego prezydenta i jego obóz?
Umiarkowanie i radykalizm
Proces, jaki doprowadził do tej wojny, można skonstatować tak, że Iran, Hezbollah i inni regionalni sojusznicy Teheranu, oprócz Hamasu, okazali się znacznie mniej radykalni niż oś USA–Izrael. Nie zdecydowali się na eskalację ani na próbę pełnoskalowego dociśnięcia Izraela po zaskakującym rajdzie Hamasu z 7 października 2023 roku, który na moment wtrącił państwo syjonistyczne w chaos. Izrael wykorzystał to bezwzględnie, kolejno sekwencjonował eskalację przeciw wrogom, posuwając się do najbardziej radykalnych środków, łącznie z ludobójstwem. Oczywiście wszystko to było możliwe wyłącznie dzięki wsparciu USA. Bez wsparcia materiałowego (pomijając polityczne, wywiadowcze i operacyjne) Waszyngtonu Izraelczycy nie mogliby zrobić w Strefie Gazy i Iranie tego, co zrobili, ani prowadzić działań zbrojnych z taką intensywnością.
Można argumentować, że wielokierunkowy, zmasowany atak na Izrael wywołałby druzgocącą odpowiedź Waszyngtonu i samego Izraela. Rzecz w tym, że Iran i tak znalazł się w obliczu takiej konfrontacji, lecz już bez tak silnej sieci sojuszniczej jak w 2023 roku. Republika Islamska walczy dziś o przetrwanie swojego systemu.
Jednak szerszą refleksję można sformułować także wobec USA. Obecne wydarzenia nie podważają tezy o upadaniu hegemonii USA. Wprost przeciwnie. Jest historyczną prawidłowością, że im słabsze są jej podstawy, tym twardsze, bardziej radykalne środki wybiera schodzący hegemon dla utrzymania pozycji. Oportunizm, o jakim napisałem, odnosić się może także do pojawienia się u Donalda Trumpa wiary w to, że jakaś forma globalnej hegemonii USA może zostać utrzymana. To wiara wbrew jego dotychczasowej retoryce.
