Rządy liberałów, czyli uważajcie na portfele

Rządy liberałów, czyli uważajcie na portfele

Dodano: 
Minister finansów Andrzej Domański i premier Donald Tusk
Minister finansów Andrzej Domański i premier Donald Tusk Źródło: PAP / Leszek Szymański
Prof. Krzysztof Koźmiński Rządząca Polską koalicja idealnie wpasowuje się w trend funkcjonowania tzw. liberalnych sił politycznych państw zachodnioeuropejskich oraz anglosaskich.

Pod rzekomo wolnorynkowymi, antyetatystycznymi i pozornie prorozwojowymi hasłami, wprowadza nowe daniny publicznoprawne, dziwaczne i nieintuicyjne obowiązki dla jednostek, wysokie sankcje za ich nieprzestrzeganie, realizując model scentralizowanego państwa z biurokratyczną administracją. W efekcie: zamiast deklarowanych reform, respektowania prawa, deregulacji oraz podniesienia efektywności instytucji publicznych – kwitnie fiskalizm i jurydyzacja życia społeczno-gospodarczego. Ale przynajmniej jest śmiesznie.

Opłata reprograficzna

Rozwiązania w zakresie tzw. opłaty reprograficznej oraz przepisów ustawowych dotyczących artystów zawodowych czy państwowego rejestru psów i kotów – krytykuję publicznie od lat, zanim stało się to modne. Inne, jak na przykład system kaucyjny, są autorskim wynalazkiem obecnie rządzących.

Przypomnijmy z grubsza o co chodzi. Pierwsza kwestia prezentowana bywa jako tzw. podatek od smartfona, czyli objęcie opłatą urządzeń takich jak smartfony, tablety, komputery czy nośniki pamięci choćby potencjalnie służące do kopiowania utworów kultury w postaci plików. Opłata ta pełnić ma „rolę kompensacyjną” względem artystów wykluczonych rzekomo z systemu świadczeń socjalnych. Nawet jeśli sprzęt nie jest wykorzystywany w celu odtwarzania muzyki, filmów, czy utrwalonych spektakli teatralnych albo koncertów (a wyłącznie przeznaczony do celów służbowych, pracowniczych) – a priori uznaje się, że może temu służyć więc z automatu nakłada się na niego opłatę. Zapewniając przy tym, że koszt poniosą anonimowe korporacje, nie przerzucając go następnie na nabywców, w tym obywateli i przedsiębiorców – co jest przecież nie tylko naiwnością, ale wręcz kpiną ze społeczeństwa. Rozwiązanie to budzi – o czym pisałem wielokrotnie wcześniej – duże wątpliwości co do jego zgodności z prawem unijnym oraz konstytucją, lecz również poczuciem sprawiedliwości. O ile poprzednie rządy kilkukrotnie podejmowały próby wprowadzenia takiej interwencji legislacyjnej, ale finalnie – zakładam, że m.in. z powodu towarzyszących im kontrowersji, sprzeciwu społecznego, wątpliwości prawnych (zarówno sprzeczności z konstytucją, jak i prawem Unii Europejskiej) oraz przebiegu debaty publicznej, wykazującej ich absurdalność – wycofywały się. Aktualnie rządzący tymczasem poszli znacznie dalej: unikając inicjowania debaty parlamentarnej w ramach postępowania ustawodawczego, po cichu i z zaskoczenia, zmieniły stan prawny w drodze rozporządzenia, w przeddzień majówki, gdy większość społeczeństwa skupiona jest na wiosennym odpoczynku przy grillu.

Kilka tygodni później opublikowany zostaje projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny – propozycja, która wykracza swoim rozmachem znacznie dalej niż najbardziej etatystyczne koncepcje polityków prawicy. Rozbuchane koszty (i tak prawdopodobnie zaniżone, by ukryć przed społeczeństwem przyszłe wydatki), nowe procedury, a przede wszystkim złożona struktura biurokratyczna z kadencyjnymi organami oraz 155-osobowym składem komisji oceniającej, podejmującej decyzję o statusie artysty zawodowego. Wszystko to w kraju, w którym brakuje pieniędzy na służbę zdrowia, od dekad zaniedbywaną naukę oraz wojsko stojące podobno przed koniecznością zbrojnej obrony kraju przed rychłą inwazją agresywnego sąsiada ze wschodu.

KROPiK

Drugi przypadek to niedawno uchwalona ustawa o KROPiK, czyli przepisy wprowadzające Krajowy Rejestr Oznakowanych Psów i Kotów. Mówiąc precyzyjniej: centralny, obowiązkowy rejestr oznakowanych psów i kotów, prowadzony przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – instytucję, która przez ostatnie trzy dekady zasłynęła głównie obsługą unijnych dopłat dla rolników, a której kompetencje właśnie zostały rozszerzone o zarządzanie bazą danych zwierząt domowych. Można mieć nadzieję, że ta sama biegłość, którą ARiMR wykazuje w obsłudze wniosków dopłatowych, z powodzeniem zostanie przeniesiona na obszar psów i kotów – historia obsługi rolników napawa zresztą w tej kwestii niezmiennym optymizmem.

Tyle że problem ten został już rozwiązany dawno, bez udziału państwa i wykorzystania choćby złotówki z naszych podatków. Na rynku od lat działają prywatne bazy danych oznakowanych zwierząt, zintegrowanych z systemami ogólnoeuropejskimi (również zorganizowanymi oddolnie, bez udziału państwa, urzędników i prawodawcy), z których korzysta zdecydowana większość lekarzy weterynarii wykonujących zawód w Polsce. Łącznie prywatne bazy gromadzą dane znacznej części spośród szacowanych 13,5 mln psów i kotów żyjących w Polsce. Działają sprawnie, cieszą się zaufaniem środowiska weterynaryjnego i – co kluczowe – nie kosztują podatnika ani grosza.

Jakie zatem argumenty towarzyszyły większości sejmowej uchwalającej KROPiK? Postanowiono rozwiązać nieistniejący problem przez jego zdublowanie. Odtąd każdy lekarz weterynarii dokonujący znakowania (tzw. chipowania, wszczepienia transpondera) zobowiązany będzie wprowadzić dane do systemu – nowoutworzonego państwowego rejestru. I każdorazowo je zaktualizować, pobierając zarazem przy każdej czynności osobną opłatę od właściciela-opiekuna zwierzęcia. Co prawda bazy KROPiK jeszcze nie ma i obecnie nie przewiduje się jej integracji z systemem europejskim, ale spokojnie – powstanie w ciągu dwóch lat, ale oczywiście nie za darmo – za jej budowę zapłacimy wszyscy z naszych podatków. Czyli podwójny transfer środków: raz z budżetu państwa na rzecz Agencji, drugi od opiekunów zwierząt na rzecz weterynarzy.

Rządzący Polską, podobnie jak w tzw. krajach zachodnich – nie po raz pierwszy i z pewnością nie ostatni – udowadniają, że słowo „liberał” jest dziś przede wszystkim instrumentem marketingowym. Zawiera w sobie sugestię wolności, zaufania do jednostki, szacunku dla rynku, niechęci do puchnięcia administracji oraz rozbudowanych przepisów prawnych. W praktyce zaś okazuje się sprawnym parawanem, za którym konsekwentnie rozbudowuje się katalog danin, regulacji, obowiązków, sankcji, rejestrów, komisji i transferów – od rozproszonych, niezorganizowanych osób fizycznych, konsumentów, nabywców elektroniki, podatników i właścicieli zwierząt domowych, w kierunku konkretnych, na ogół dobrze zorganizowanych i świadomych swych interesów, grup beneficjentów.

Liberalizm ma się w Polsce całkiem nieźle. Tylko że jako nazwa własna i hasła wykrzykiwana na wiecach – nie jako realizowany program polityczny. Ale przynajmniej jest śmiesznie.

Krzysztof Koźmiński – profesor Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik Zakładu Ekonomicznej Analizy Prawa oraz kierownik Centrum Oceny Skutków Regulacji Uniwersytetu Warszawskiego, radca prawny.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także