Wynika to z zabetonowania systemu politycznego „Zielonej Wyspy”. Żeby na przykład kandydować tam na urząd prezydenta państwa, trzeba uzyskać zaporową liczbę podpisów obecnych deputowanych. W praktyce jest to niemal wykluczone. Wyborcy eurosceptycznej czy eurorealistycznej antysystemowej prawicy są więc w zasadzie pozbawieni zarówno reprezentacji w parlamencie narodowym, jak i własnego kandydata na prezydenta.
Parlament narodowy, czyli Oireachtas (w języku gaelickim), ma dwie izby. Pierwsza jest odpowiednikiem Sejmu i nazywa się Dáil Éireann (Izba Reprezentantów). Druga to odpowiednik naszego Senatu RP, który zresztą nazywa się podobnie jak nasza Izba Wyższa: Seanad Éireann. Ciekawe, że w skład parlamentu wchodzi także – uwaga – prezydent Republiki.
Izba Reprezentantów jest wybierana w wyborach bezpośrednich, natomiast tamtejszy Senat – podobnie jak po sąsiedzku brytyjska Izba Lordów – jest mianowany. Tyle że w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Izba Gmin (House of Lords) jest w całości mianowana przez króla lub królową (oczywiście na wniosek premiera i zgodnie z procedurami politycznymi). Z kolei w przypadku Irlandii wybór sześćdziesięciu senatorów zależy od kilku podmiotów. Jedenastu, a więc prawie jedną piątą, mianuje Taoiseach, czyli premier, a sześciu kolejnych stanowi tzw. university constituencies, ponieważ wybierani są przez absolwentów dwóch irlandzkich uczelni: Trinity College oraz Narodowego Uniwersytetu Irlandii. Wreszcie czterdziestu trzech wybiera kolegium elektorskie, na które składają się posłowie, senatorowie oraz przedstawiciele samorządów lokalnych.
Te piętrowe zabezpieczenia przed demokracją bezpośrednią mają jeden cel: wybrać tych, którzy nie są „skrajni”. W irlandzkim społeczeństwie popularny jest znany na całym świecie zawodnik sztuk walki Conor McGregor (po irlandzku: Conchúr Antóin Mac Gréagóir). Ma tradycyjne poglądy i chciał kandydować na prezydenta, ale klasa polityczna takich jak on – prawoskrętnych antysystemowców – nie dopuści do startu. Podobnie jest z biznesmenem i miliarderem Declanem Ganleyem, który również prezentuje bardzo eurosceptyczne poglądy. Gdyby wybory prezydenckie były bezpośrednie, obaj mieliby szansę wejść do drugiej tury. Jednak nie są bezpośrednie i zapewne długo takie nie będą.
Irlandia ze swoją limitowaną demokracją bardzo pasuje do Unii Europejskiej z jej limitowaną demokracją...
