Decyzja zapadła podczas 48. sesji Komitetu i uczyniła z Jingdezhen 61. chiński obiekt na liście światowego dziedzictwa. Objęła pięć osobnych, lecz powiązanych ze sobą miejsc: centrum wytwórcze w samym mieście, dawne piece w dzielnicy Hutian, kopalnię gliny w Gaoling, kopalnię kamienia porcelanowego w Changling oraz obszar, z którego pozyskiwano drewno na opał do pieców. Razem pokazują one cały łańcuch powstawania porcelany, od wydobycia surowca po gotowe naczynie. Jak zauważyła UNESCO, to właśnie ta kompletność wyróżnia Jingdezhen, bo dotąd na liście brakowało miejsca, które opowiadałoby historię porcelany od początku do końca.
Miasto cesarza Jingde
Nazwa miasta sama w sobie jest świadectwem. Pierwotnie osada nad południowym brzegiem rzeki Chang nazywała się Changnan. Przełom przyszedł w 1004 roku, gdy cesarz Zhenzong z dynastii Song, zachwycony jakością tutejszych wyrobów, nakazał, by wytwarzano je na potrzeby dworu i znaczono jego dewizą panowania, brzmiącą „Jingde”. Od tej pory osada nosi nazwę Jingdezhen, czyli po prostu „miasto ery Jingde”. Cesarskie zamówienie zapewniło jej stały popyt i najwyższe standardy, a to zdecydowało o jej losie na kolejne stulecia.
Powodzenie miasta nie było dziełem przypadku. W pobliżu leżały bogate złoża dwóch surowców, bez których nie ma prawdziwej porcelany: białej gliny oraz twardego kamienia porcelanowego. Do tego dochodziła gęsta sieć rzek, którą gotowe wyroby spławiano w świat. Natura dała Jingdezhen wszystko, czego potrzeba, a ludzie dołożyli resztę.
Sekret, którego Europa nie znała przez wieki
Największym osiągnięciem tutejszych rzemieślników było odkrycie, jak połączyć dwa surowce w jedną masę. Do kamienia porcelanowego zaczęto dodawać białą glinę zwaną kaolinem. Ta nazwa nie jest przypadkowa, bo pochodzi od wzgórza Gaoling koło Jingdezhen, skąd wydobywano glinę. Właśnie ta kopalnia znalazła się teraz na liście UNESCO.
Brzmi to jak drobiazg, a było rewolucją. Dodanie kaolinu sprawiało, że masa wytrzymywała temperaturę sięgającą 1300 stopni, nie pękała i nie odkształcała się w piecu. Dopiero tak wypalona porcelana była twarda, biała i cienka niczym skorupka jajka, a przy tym na tyle mocna, by malować na niej wzory. Ten sposób łączenia surowców, wynaleziony przez rzemieślników z Jingdezhen, wyprzedził europejskie próby o ponad trzysta lat. Europejczycy i Arabowie przez stulecia głowili się, dlaczego nie potrafią dorównać chińskiej porcelanie. Odpowiedź była prosta: ich glina nie znosiła tak wysokich temperatur, a bez tego naczynie nie stawało się dość twarde.
Równie ważny jak masa był ogień. Tutejsi rzemieślnicy połączyli dwie tradycje budowy pieców, kopulaste piece z północy Chin i wydłużone, „smocze” piece z południa, tworząc najpierw piec w kształcie tykwy, a później sławny piec jajowy. Ten ostatni pozwalał wypalać w jednym palenisku różne rodzaje porcelany naraz, w miejscach o odmiennej temperaturze, co czyniło produkcję niezwykle wydajną. To właśnie takie rozwiązania UNESCO doceniło jako przykład wyjątkowej myśli technicznej, artyzmu i organizacji pracy, których próżno szukać gdzie indziej.
Błękit z Persji, biel z Chin
Najsłynniejszym wyrobem Jingdezhen stała się porcelana malowana kobaltem, znana jako „błękit i biel”. Dojrzałą postać osiągnęła w czasach dynastii Yuan, gdy Chinami rządzili mongolscy następcy Czyngis-chana. Sam błękitny barwnik nie pochodził z Chin. Był to tlenek kobaltu sprowadzany z Persji, dokąd sięgało wówczas imperium mongolskie. Arabscy kupcy przywozili go do Jingdezhen i zamawiali u tutejszych garncarzy naczynia zdobione tym kolorem.
Efekt okazał się niezwykły. Raz naniesiony błękit nigdy nie blaknął, a wypalona biel była czystsza niż wszystko, co znano wcześniej. Wzory układano warstwami, gęsto, a mimo to nie sprawiały wrażenia chaosu. Pojawiały się na nich smoki, kwiaty lotosu, pnącza i sceny z natury malowane śmiałą, swobodną ręką. To zerwanie z dawną powściągliwością chińskiej ceramiki, na rzecz obrazów żywych i radosnych, wyniosło sztukę malowania kobaltem na sam szczyt popularności. Naczynia te szybko podbiły najpierw Azję, a od XVI wieku także Europę, gdzie niczego podobnego nie potrafiono wytworzyć. Gdy słynny chiński żeglarz Zheng He wyprawiał się do Azji Południowo-Wschodniej i Afryki, wiózł je jako cesarskie dary. Od tego czasu błękitno-biała porcelana z Jingdezhen stała się dla świata symbolem samych Chin.
Miast to nie poprzestało na jednym wzorze. Tutejsi mistrzowie wynaleźli też porcelanę zdobioną czerwienią uzyskiwaną z miedzi, malowaną pod powłoką i wydobywaną z pieca w starannie kontrolowanym ogniu. Wytwarzano naczynia trójbarwne, cienkie jak skorupka, kryte szkliwem czerwonym, zielonym, żółtym i głębokim błękitem. W czasach dynastii Ming i Qing doszły do tego delikatne, wielobarwne wzory kwiatowe, w Europie nazwane później „różową rodziną”, o pastelowej, subtelnej kolorystyce. Każda epoka dokładała własny język zdobień, a Jingdezhen pozostawało miejscem, gdzie te wszystkie style powstawały i gdzie je doskonalono.
Dlaczego to sprawa Polski
W tym miejscu historia porcelany splata się z historią Polski. Przez cały XVII wiek europejskie dwory szalały na punkcie chińskiej porcelany, ale nikt nie znał jej receptury. Najbardziej zapamiętał się w tym szale August II Mocny, elektor Saksonii i zarazem król Polski. Jego namiętność do wschodnich naczyń była tak wielka, że współcześni mówili wręcz o „chorobie porcelanowej”. Władca wydawał fortuny, a do końca życia zgromadził kolekcję liczącą ponad dwadzieścia tysięcy sztuk chińskiej i japońskiej porcelany.
August postanowił jednak zrobić coś więcej niż tylko kupować. Chciał uwolnić Europę od zależności od chińskiego importu i posiąść sekret białego złota. W tym celu zatrudnił, a właściwie przetrzymywał niemal jak więźnia, młodego alchemika Johanna Friedricha Böttgera, który miał odkryć tajemnicę porcelany. Wspierany przez uczonego Ehrenfrieda Walthera von Tschirnhausa, Böttger dopiął swego. W 1708 roku, używając saksońskiego kaolinu, wypalił pierwszą w Europie prawdziwą porcelanę twardą. Dwa lata później, w styczniu 1710 roku, August Mocny założył pod Dreznem, w zamku w Miśni, pierwszą europejską manufakturę porcelany. Jej pełna nazwa brzmiała: Królewsko-Polska i Elektorsko-Saksońska Manufaktura Porcelany.
Symboliczne jest to, że pierwsze wyroby z Miśni były wiernymi kopiami chińskich oryginałów z kolekcji Augusta. Europa, w tym państwo, którego August był królem, zaczęła więc swoją własną historię porcelany od naśladowania tego, co od wieków tworzono w Jingdezhen. Miśnia z czasem wykształciła własny styl i słynny znak skrzyżowanych mieczy, ale jej korzenie sięgają chińskiego miasta nad rzeką Chang.
Wpis Jingdezhen na listę jest więc czymś więcej niż lokalnym wyróżnieniem dla chińskiej prowincji. To przypomnienie, że przedmiot tak zwyczajny jak filiżanka czy talerz ma za sobą tysiąc lat historii, w której spotykają się perski kobalt, mongolskie szlaki handlowe, chińscy cesarze i saksoński władca zasiadający na polskim tronie. Natomiast dziś to Polska jest ojczyzną największych innowacji w dziedzinie tworzenia porcelany, a konkretnie eksperymentalna pracownia mistrza Marka Cecuły w Ćmielowie. To nasz artysta wymyślił metodę nie malowania a wypalania kolorowej porcelany. Może docenienie przez UNESCO porcelany z Jingdezhen stanie się dobrym pretekstem do odkrycia polskich arcydzieł?
Czytaj też:
DeepSeek buduje procesor. Chiny odgradzają swoją sztuczną inteligencję od świata
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
