Tajniak (cz. I)

Dodano: 
ABW, zdjęcie ilustracyjne
ABW, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP / Jacek Turczyk
Płk Jacek Gawryszewski Właściwie tylko kilka profesji wymaga pełnej konspiracji. Ze zrozumiałych względów jedną z nich jest działalność przestępcza, inną, z mniej oczywistych powodów jest jej przeciwdziałanie.

Zmowa milczenia to element każdej operacji wywiadowczej, a tajność to bezwzględny wymóg aktywności kontrwywiadu. Za parę lat w tej rozgrywce uczestniczyć będzie już tylko sztuczna, choć zawsze inteligencja, co obniży koszty osobowe i utrzyma jej intensywność nawet w sezonie urlopowym. Na razie jednak kluczową rolę w konfrontacji, która w jakiejś mierze jest kontynuacją Zimnej Wojny, odgrywa kapitał ludzki vel kadry.

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy Agencja Wywiadu to zakłady pracy pod wieloma względami podobne do innych pracodawców z "budżetówki". Pomimo, iż są to tzw. służby specjalne, rano idzie się tam "do pracy", a nie "na służbę". To formacje zmilitaryzowane, ale i tajne jednocześnie, więc w ramach legendy mundurów się nie nosi. Z pewnym wyjątkiem. Swego czasu generalski uniform kazał sobie wyfasować Krzysztof Bondaryk. Niestety, nawet w rogatywce wyglądał jak oficer polityczny, co potwierdza oficjalny życiorys b. Szefa ABW. Z wojskowego anturażu zostały także: odprawy, musztra, poczty sztandarowe, rozkazy kadrowe, szarże oficerskie, meldunki operacyjne, posterunki, degradacje i pożegnalne szable dla niektórych. Ciekawe, że miesięczne wynagrodzenie to pensja, a nie żołd. Ten cywilno-militarny miszmasz to nieprzemijalny, bo ponadustrojowy element kultury organizacyjnej polskich służb.

Polityka kadrowa w służbach ma wiele wspólnego z polityką prorodzinną. Sztafeta pokoleń wystartowała jeszcze w latach 60-tych ubiegłego stulecia. Dziś, na jednym piętrze centrali SKW, w dwóch różnych pionach, można spotkać już trzecie pokolenie oficerów, kultywujących rodzinne tradycje pracy na odcinku kontrwywiadowczej ochrony, najpierw Ludowego Wojska Polskiego, a później Sił Zbrojnych RP. W sumie nic dziwnego, bo rzecznik Koordynatora specsłużb swoją przygodę w aparacie zaczynał jeszcze w szeregach ORMO. Ochotnik sam twierdzi, że nie mógł się powstrzymać.

Wpływ na zasoby ludzkie ma również polityka regionalna. To prosty algorytm. Szef z Krakowa – większość funkcyjnych z grodu Kraka. Wśród największych fal migracyjnych, które pociągają za sobą spore koszty, bo delegaci gdzieś muszą spać, należy wymienić właśnie krakowską oraz łódzką, poznańską, gdańską i bezkonkurencyjną co do długości falę podlaską z Białostocczyzną na czele. Służbowa wędrówka ludów ma charakter hybrydowy. Stałym elementem kształtowania polityki personalnej jest banicja funkcjonariuszy z centrali do jednostek terenowych, rzadziej w odwrotnym kierunku. Deportacje, to zarówno środek dyscyplinujący, jak i kształtujący pożądaną postawę personelu wobec kierownictwa.

O tym, kto co robi i na jakim stanowisku, decyduje również to, kto z kim był na kursie oficerskim. W jego trakcie zawiązują się organizacyjne alianse, tworzą koterie oraz rodzą animozje, które później wpływają na decyzje awansowe. Nasza klasa – nasza kasa. Do samej służby można trafić w ramach tzw. aktywnego naboru. Ma on dwa warianty. Pierwszy to ten, kiedy kadrowcy sami wypatrzą sobie rekruta. Drugi, w zasadzie podobny, z tym, że dodaje się czynnik "PZ". Na szczęście nie chodzi o przestępczość zorganizowaną, tylko o zasadę "po znajomości". Klasyka gatunku – administracja publiczna.

Służby to formacje zhierarchizowane. Nie ma tu miejsca dla niezależnych czy niezawisłych. Nie ma tu także wewnętrznych konkursów, które wyłoniłyby optymalnych kandydatów na określone stanowiska. Raz się to prawie zdarzyło. Pomysłodawcę oddelegowano do Rzeszowa, skąd następnie trafił do Przemyśla. O dalszych losach kapitana – racjonalizatora nic nie wiadomo. Obsada, nawet najniższych stanowisk funkcyjnych, podporządkowana jest aktualnej linii politycznej. To równanie bez niewiadomych. Wiadomo, kto jest od kogo i jakie ma asocjacje. Znamienne, że pierwsze decyzje kadrowe nowej administracji, dotyczą właśnie kierownictwa służb specjalnych. Służba zdrowia musi poczekać.

Jest jedna rzecz, która odróżnia pragmatykę urzędniczą formacji mundurowych, od cywilnej części administracji rządowej. To benefit magiczny, czyli emerytura mundurowa. Unikatowy przywilej skuteczniej przyciągał do tajnych służb, niż fantastyczne perypetie bohaterów popkultury, robiących w tej branży. Bez względu na to, czy przez piętnaście lat tropiłeś kadyrowców, czy tylko przeszywałeś sznurkiem teczki przed archiwizacją, zyskiwałeś prawo do emerytury. Służby miały tym samym swój wkład w realizację polityki społecznej, wypuszczając na rynek pracy czterdziestoletnich emerytów, wyszkolonych w technikach inwigilacji. Ulubionym tematem small talks w zakładowym bufecie były zawsze kwestie przejścia w stan spoczynku. Czy masz fula? tzn., czy osiągnąłeś egzystencjalny spokój, związany z wysługą, niezbędną do opuszczenia szeregów. O ostatecznej wysokości świadczenia decydował skomplikowany model obliczeniowy, wspomagany arbitralną decyzją Szefa, uwzględniającą czynnik "PZ" oraz wspomniany regionalizm.

Większość personelu tajnych służb realizuje zadania, które nie mają nic wspólnego z bezpieczeństwem państwa. Stosunek liczby funkcjonariuszy tzw. pierwszej linii do stanowiących zaplecze frontu, to mniej więcej 1 do 8. Chroniąc własne tajemnice, służby starają się być samowystarczalne, czyli minimalizować korzystanie z outsourcingu. W rezultacie obok drukarzy, zaopatrzeniowców czy mechaników samochodowych aparat zatrudnia kelnerów, kucharzy i ogrodników. Z pewnością, na tajnej rzecz jasna liście płac, jest więcej oficerów ewidencji niż oficerów kontrwywiadu ze znajomością dwóch języków obcych.

Wśród meandrów zarządzania ludzkim kapitałem jest ławka rezerwowych. Zaraz po objęciu stanowiska przez kolejnego selekcjonera, rozkazem personalnym ściąga się z boiska wszystkich zawodników, którzy nie wpisują się w obowiązującą wizję vel koncepcję. Nie można ich ze służby wydalić, więc przesuwa się ich do tzw. grupy rezerwowej. To najczęściej dość dobrze uposażeni funkcyjni w randze dyrektorów i zastępców, którzy będą "grzać ławę" przez wiele długich sezonów, nie robiąc właściwie nic. Czasami zachęca się ich negatywnymi bodźcami finansowymi do ostatecznego zawieszenia korków na kołku. Ewentualnie wysyła się ich w teren, gdzie mają jeszcze więcej czasu, aby przemyśleć swoją krnąbrną postawę i usystematyzować parę metrów bieżących kwitów. Równolegle, na opuszczone przez nich pozycje transferuje się tzw. "nowiczoków", czyli "samych swoich", "ziomali" i "świeżą krew" z zupełnie innych dyscyplin sportu. Niestety o "fair play" nie ma mowy. Ten rzut to kandydaci do wpływowej kliki cywilnych doradców.

Służby to struktury złożone o charakterystyce konglomeratu. Potrzebują zatem mnóstwo ludzi o wielu kwalifikacjach i różnych doświadczeniach. Wśród nich są tzw. operacyjni czyli tajniacy. Werbują, manipulują, prowokują i kompromitują. Działają w tzw. styku z przeciwnikiem, a czasami na tyłach wroga. Jest ich niewielu, więc w służbach stanowią elitę. Pomysłowość i przebiegłość to dwie cechy, które czynią z oficera służb oficera operacyjnego. Z wykonywaniem tego zawodu oprócz wkalkulowanego ryzyka wiąże się jeszcze inne. Politycznie motywowane rozliczenia i czystki w pierwszym rzędzie dotykają właśnie ich. "Operacyjni" ucieleśniają całe spektrum zła, kojarzone i utożsamiane ze służbami. To oni prowadzą złowieszczą i odrażającą inwigilację, więc wzmożenie, towarzyszące zmianie ekipy sterującej często skutkuje brutalnym końcem ich kariery, czyli delegacją na ławkę rezerwowych. Efekt: będą rekrutować. I dzieje się. ABW bezprecedensowo opublikowała na jednym z portali dla poszukujących pracy kilkadziesiąt ofert dla przyszłych oficerów kategorii "007". Symptomatyczne, że nie szukają kasjerów czy archiwistów. Tych nie brakuje. W sumie wymagają niewiele i tyle samo proponują. Wśród bonusów nie ma już magicznej emerytury mundurowej, a jedynie "siłownia w biurze". Zapomnieli dodać "sauna w biurze", bo na Rakowieckiej klimatyzacja jest dla nielicznych. Oczywiście nie gwarantują pracy po przyjściu nowej opcji. I to akurat jest bardzo fair play.

Nielegał

Dla Karola Gosta tajne służby nie były pierwszym wyborem, choć w rankingu opcji były na wysokim miejscu. Miał za sobą przeszłość w postaci dekady czynnej walki z opresyjnym systemem. Komuna po długim konaniu padła, więc wylądował na mentalnym bezrobociu. Samochwalczo uznał, że doświadczenia nabyte w konspiracji, mogą się przydać w aparacie bezpieczeństwa wolnej Polski. Był śledzony, zatrzymywany i przesłuchiwany. Był kurierem, drukarzem i kolporterem bibuły. Miał wprawę w obsłudze "home made" wyrzutników ulotek, konstruowanych na bazie rur kanalizacyjnych, z zapalnikiem w postaci gwoździa, baterii R-20 i masy zapałczanej. Potrafił sforsować proste kłódki i zamki podklamkowe, włamać się na dach lub wyłączyć uliczne oświetlenie. Wziął udział w kilkudziesięciu emisjach audycji podziemnego radia, co było technicznie skomplikowane oraz wymagało sprawności fizycznej. Opanował proste metody zacierania śladów swojej przestępczej działalności. Wszystko wspólnie z grupą fantastycznych przyjaciół, z których kilku trafiło później do tajnych służb III RP. Wg reżimu, ich nielegalna i antypaństwowa działalność prowadzona była na zlecenie wrogich, burżuazyjnych wywiadów, stąd zaangażowanie kontrwywiadu socjalistycznej SB w infiltracje ich środowiska.

Oprócz chęci kontynuowania pracy dla Polski, Gostem powodowała także ciekawość. Chciał na własne oczy zobaczyć aparat i apartczyków, którzy z taką determinacją deptali mu po piętach. Byli to między innymi funkcjonariusze Biura Studiów i Analiz MSW, rozpracowującego radykalne nurty solidarnościowego podziemia oraz RKW tj. radiokontrwywiad, tropiący łączność wywiadowczą. Gdy nowa władza uznała, że esbecy są całkiem cool, taka konfrontacja stała się całkiem realna.

W połowie 1990 roku Karol Gost zgłosił się na biuro przepustek UOP i zadeklarował chęć podjęcia pracy. Dla Biura Kadr, w którym służyli wyłącznie b. funkcjonariusze SB problemem okazała się jego opozycyjna przeszłość, a dokładnie wpis w książeczce wojskowej. Otóż w związku z kompulsywnym dążeniem do obalenia ustroju PRL siłą na komisji lekarskiej dostał kategorię "E", czyli "niezdolny nawet w przypadku stanu "W". WKU słusznie uznała, że broń palna w jego rękach może spowodować niepotrzebne perturbacje w jednej z największych armii Układu Warszawskiego. Po kilku miesiącach Gostowi udało się wyjaśnić przyczynę niezdolności do służby wojskowej. Rzucił piłką lekarską na wymaganą odległość, przeszedł wariograf oraz badanie psychologiczne i rozpoczął służbę w UOP.

Karol Gost dostał legitymację służbową, najniższe stanowisko i przydział do kontrwywiadu. Ponad 95 procent jego personelu stanowili podobno zweryfikowani esbecy, czyli jednak trochę mniej niż w kadrach. Naczelnik Wydziału, do którego trafił, przywitał go słowami: "Panie Karolu, jak nic nie będziemy robić, to się w nic nie wpie...". Zdał sobie wówczas sprawę, jak bardzo przeceniał swoją rolę w upadku komuny. Z powodu problemów z książeczką wojskową, esbecy nadali mu ksywkę "Nielegał". Kierownictwo Urzędu, miało do niego i pozostałych z konspiracyjnego zaciągu, stosunek bardzo nieufny, a czasami wręcz niechętny. Przyczyn tego stanu rzeczy nie ustalił do ostatniego dnia służby. Być może chodziło o to, że konspiracja w konspiracji, to o jedną za dużo. Ze względu na werbalizowany przez Gosta sceptycyzm, co do zasadności rewitalizacji esbeków, przełożeni skierowali go na niszowy i dziewiczy odcinek walki z przestępczością narkotykową. W obawie, że kryminalne podziemie PRL może stać się zagrożeniem dla procesu pokojowej transformacji, władze uznały, że powinny się tym zająć służby specjalne. Ciekawe, że ta sama władza miała zupełnie inny pogląd na temat esbeków. Ci, żadnego zagrożenia dla III RP nie stanowili. I tak Gost zakotwiczył w mikrosekcji ds. przestępczości narkotykowej. Było ich trzech.

Wrażenia Gosta z codziennych, służbowych kontaktów z pozytywnie zweryfikowanymi da się opisać w kilku słowach. Alkohol. Pili w trybie ciągłym i praktycznie wszędzie, choć głównie w godzinach pracy i w tzw. mieszkaniach konspiracyjnych. W ten sposób mieli "podtrzymywać legendę lokalu". Mówili, że pili ze szczęścia, bo udało się im oszukać przeznaczenie. Byli wyjątkowo pewni siebie, a wręcz bezczelni, bo błyskawicznie zjednali sobie sympatię i przychylność Min. Kozłowskiego i jego ludzi. Parę zabawnych anegdot, o tym jak pozorowali walkę z "solidaruchami" wystarczyło. Każdy z nich miał kilka legend na temat tego, co robił w SB przez ostatnich 20 lat. Najpopularniejsze bajki to te, o oficerach wywiadu naukowo-technicznego, którzy kradli receptury proszków, aby ułatwić obywatelom PRL-u pranie. Inni kontrwywiadowczo chronili międzynarodowy transport kołowy. Dzięki temu kierowcy PEKAES-u mogli bezpiecznie dostarczyć na święta pomarańcze z Hiszpanii. Pozostali "siedzieli na grach". Najbardziej emblematyczną postacią tego dream teamu był funkcjonariusz o imieniu Ireneusz. Całe dnie siedział sam, w małym pomieszczeniu na piątym piętrze gmachu centrali, przy zupełnie pustym biurku z głową w bujnym bluszczu, który przyniósł z domu. Gdy ktoś wchodził do pokoju, pytając co słychać, odpowiadał tajemniczo, że toczy właśnie subtelną i ryzykowną grę z BND. Irek parę lat później wziął udział w "Olingate".

Mieli także emblematyczny gadżet. Czarny neseser. Podejrzewano, że był to kamuflaż kamery. Sztywna konstrukcja ułatwiłaby montaż obiektywu i ukrycie źródła zasilania. Zimno. Nesesery służyły do przynoszenia butelek z alkoholem i drugiego śniadania.

No i jeszcze moda prêt-à-porter à la SB. Szczególnie rzucała się w oczy w sezonie letnim. Do dziś przedstawicielem tego trendu jest Marek Dukaczewski. Seledynowe marynarki, pistacjowe krawaty, łososiowe koszule i kremowe, ażurowe półbuty. Czarny neseser dopełniał reszty.

Zespół Gosta miał za zadanie rozpoznawać międzynarodowe szlaki przemytu narkotyków plus lokalną produkcję narkotyków syntetycznych, która powoli zastępowała rodzimy "kompot". Chuligany wyczuły koniunkturę i szybko uzupełniały podaż na krajowym rynku. Dla Gosta to zajęcie wydawało się ciekawsze niż działania na kierunku klasycznego kontrwywiadu. Bo jak długo można obserwować personel placówki, wchodzący i wychodzący z budynku ambasady, żeby stwierdzić, czy dyplomata idzie na zakupy, czy obsłużyć "martwą skrzynkę". To trochę ciuciubabka, a Gost z przyzwyczajenia wolał zabawę w chowanego. W narkotykach było więcej emocji. Monitorowali rynek szkła laboratoryjnego, prekursorów chemicznych oraz losy bezrobotnych absolwentów wydziałów chemii. Badali pozyskane drogą operacyjną próbki amfetaminy, aby na podstawie charakterystycznych zanieczyszczeń ustalić liczbę i przybliżoną lokalizację laboratoriów, zaopatrujących dealerów na danym terenie. Analizowali kanały dystrybucji detalicznej i rozpoznawali aktywność wytypowanych wcześniej pośredników i hurtowników. W gruncie rzeczy był to klasyczny wywiad kryminalny. Największe laboratorium, jakie udało się namierzyć, obsługiwało prawie połowę Polski i kawałek Europy. Znaleźli je, obserwując i podsłuchując magazyniera odczynników. Trwało to 18 miesięcy. Ostateczny trop wskazał przez roztargnienie jeden z tzw. kucharzy, czyli łobuz bezpośrednio nadzorujący proces produkcji. Wygadał się, że jedzie do wiśniowego sadu, zebrać trochę owoców. Pomylił pory roku. Pożnie j trzeba było znaleźć w określonym rejonie Warszawy ogródek z większą ilością drzew wiśni i mamy to. Z kokainą było trochę prościej, bo jej przemyt zawsze odbywał się przez tzw. cieśniny, jakimi w przypadku detalu byli kurierzy, a w przypadku hurtu morskie i lotnicze przesyłki. Analizowali ruch osobowy i towarowy z i do Ameryki Południowej, a w szczególności import bananów, które wówczas były preferowanym środkiem ukrycia kokainy. Największy przemyt, który udało się udaremnić, ukryty był jednak nie w owocach, lecz w agregatach kontenerów chłodniczych. Z kurierami było gorzej, bo często były to zupełnie oddolne inicjatywy. W tym przypadku rozpoznanie bazowało na współpracy międzynarodowej i oczywiście informatorach. Trochę ścigali się z Policją, ale zawsze na zasadach uczciwej konkurencji. Po paru latach sekcja rozrosła się do wielkości wydziału, choć ciągle byli częścią kontrwywiadu. Jednostkę stopniowo zasilali nowi rekruci, dla których UOP był takim samym miejscem pracy jak inne. Jednak podobnie jak zaciąg konspiracyjny, nie przestawali się dziwić, że ich przełożonymi jeszcze przez prawie dwie dekady był Czempiński & Co.

Nie pasowali do trochę osobliwej atmosfery budynku centrali, więc przeniesiono ich do niejawnego obiektu, który wcześniej służył jako zaplecze techniczne parku samochodowego. Przygarnęli bezdomnego psa, który wabił się "Dawka". Zostali wyposażeni w jeden służbowy pojazd, parę kamuflaży do maskowania działań w terenie oraz niewielką szatnię operacyjną, niezbędną w przypadku prowadzenia obserwacji. Wszystko to dzieje się w epoce analogowej, więc większość czynności rozpoznawczych i ustaleniowych prowadzą metodą "na pieszo" (często w znaczeniu dosłownym), "ręcznie" i bez baz danych. RODO pojawi się za jakieś 20 lat, więc na klatkach schodowych wiszą jeszcze listy lokatorów. O stosowaniu bardziej wyrafinowanych środków techniki operacyjnej nie było wówczas mowy. Ale i przeciwnik korzystał z budek telefonicznych, a nie z dronów, zaś większość ustaleń zapadała na stacjach benzynowych (tych bez kamer CCTV). Żniwa informacyjne to czas kiedy rzezimieszki świętowały, czyli piły i tym samym trochę więcej gadały. Dlatego prowadzili kalendarze z zaznaczonymi datami rocznic ślubów, narodzin potomstwa lub zejść innych chuliganów. Przy takich okazjach w ruch szły trochę zawodne mikrofony kierunkowe, dzięki którym można było coś z tego chełpliwego bełkotu wyłowić. Legitymacja służbowa UOP w czynnościach ustaleniowych raczej nie pomagała. Pomimo stosunkowo młodego wieku brano ich za esbeków, którzy nie dla wszystkich byli tak cool jak dla Min. Milczanowskiego. Udawali zatem strażaków, straż miejską, prywatnych detektywów, kominiarzy czy inspektorów PIP i PIH. Jednak konspiracja w konspiracji.

Z czasem wróg stawał się coraz bardziej ostrożny, bo w grę wchodziły: większy szmal oraz ekspansywna i czasami brutalna konkurencja. Oprócz często niestabilnych i nieuczciwych informatorów, najbardziej skuteczną metodą rozpoznania była infiltracja środowiska przez "przykrywkowców". Por. Gost ukończył właśnie kurs oficerski i zakończył trzyletni okres służby przygotowawczej. W trakcie skoszarowanego szkolenia, prowadzonego przez grono pedagogiczne z SB maszerował w szyku, strzelał, redagował raporty, studiował Konstytucję i instrukcję o pracy operacyjnej. Doszedł do wniosku, że to dobry moment na podwyższenie kwalifikacji. Postanowił zostać "przykrywkowcem". Kolejne już kierownictwo służby, ale ciągle z SB, uznało, że to dobry pomysł. Por. Gost będzie miał mniej okazji, żeby pytać dlaczego jest tak, jak było.

Przykrywkowiec

Działania w formule "under cover" w służbie nawet jeszcze nie raczkowały. Nie było narzędzi prawnych, doświadczenia, chętnych i niezbędnego sprzętu. Zdaniem prawników, użycie funkcjonariusza "pod przykryciem", byłoby możliwe wyłącznie w toku czynności procesowych i tylko za wiedzą i zgodą prokuratora. W końcu, między innymi z pomocą sojuszników z FBI, udało się przekonać prawnych purystów i ortodoksów z jednostki ds. postępowań karnych, że "przykrywkowca" można użyć także w ramach czynności operacyjno – rozpoznawczych. W zasadzie chodziło o pozyskiwanie konkretnej wiedzy i pogłębianie rozpoznania, czyli mniej więcej to samo, co można było uzyskać za pomocą konwencjonalnych środków techniki operacyjnej. Musiało minąć parę lat, żeby ten półśrodek zyskał w pełni formalny status, w postaci np. zakupu kontrolowanego, czy przesyłki niejawnie nadzorowanej.

Złoczyńcy z segmentu "prochów" nadal budowali swoje struktury, więc pojawienie się pretendenta nie budziło szczególnych podejrzeń, a jedynie zwracało uwagę. Była to zatem ostatnia chwila, aby w środowisko wprowadzić kilka nowych twarzy z zastrzeżeniem, że raczej wagi lekkiej. Rzucało się haczyk, gdzie pływały grube ryby licząc, że ktoś się zaczepi, stąd w branżowym żargonie działania te nazywano "zaczepnymi". Pobudzony wizją większego zarobku dealer wykonywał parę nieprzemyślanych ruchów, które prowadziły do kolejnego ogniwa w łańcuchu dostaw. Innym razem był to oferent z dojściem do ukraińskiego BMK, niezbędnego do syntezy amfetaminy i jej pochodnych. Czasami pojawiał się człowiek z gotówką, który proponował przedsięwzięcie typu joint venture, aby ściągnąć banany z wkładką z Ameryki Południowej. Czasami skutkowało, a czasami nie.

Takie i inne aranżacje stały się udziałem Gosta. Paru podstawowych sztuczek nauczyli go agenci DEA, którzy prowadząc globalną wojnę z narkotykami, czasami wpadali na Rakowiecką. Amerykańscy koledzy nie byli specjalnie oryginalni. Pierwsza lekcja: ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć, więc agent provocateur musi im w tym pomóc. Dla DEA ten rodzaj rozpoznania bazował na "art of seduction", czyli sztuce uwodzenia. Trzeba było ją tylko zaadaptować do warunków środkowo-europejskich, czyli zaproponować opcję bardziej budżetową. Najważniejszy jej element to umiejętność imitacji. Gost wraz z kolegami przyswajał typowe zachowania swoich figurantów. W jaki sposób i o czym mówią, jak reagują, jak się poruszają i w co się ubierają. Poligonem doświadczalnym były głównie knajpy, dyskoteki i siłownie. Ten etap przygotowań nie był specjalnie trudny. Prosta obserwacja. Schody zaczynały się dopiero przy wypracowywaniu sytuacji do tzw. styku. To wymagało czasu i pewnych kapusiów, a to rzadkie dobro. Pierwszy kontakt był zawsze dość zdawkowy. Rytualnie głośno i dosadnie rozmawiano o nabytych okazyjnie, czyli drogą kradzieży "beemach". Inne dyżurne tematy tych pogadanek to: kto ile wyciska na poziomej ławie, jakiego używa w tym celu koksu oraz "psy". Kod identyfikujący "swój – obcy" to żargon, outfit czyli dres i niewyszukana, męska biżuteria naszyjna. Kluczowy element tych randez-vous to dobra legenda. Akcja rozgrywa się w pierwszych stadiach rozwoju epoki cyfrowej, więc w internecie nie ma jeszcze prawie nic o prowokatorze. Pomocne dla zrozumienia prostego świata gangusów były materiały operacyjne w postaci nagranych rozmów i zarejestrowanych filmów. Rzezimieszki bez zahamowań i zbędnej pruderii opowiadały o swoich nielegalnych przedsięwzięciach, zachowując jednak pewien rodzaj higieny.

Wyposażony w nowe umiejętności Gost zaczął rajd po nieciekawych miejscach w całej Polsce. Początki były obiecujące. Udało się pozyskać wiele nowych informacji o ludziach z branży. Najlepiej poszło w przypadku kanałów przemytu kokainy oraz rozpoznania środowiska chemików i dostawców chemikaliów. Najwięcej problemów nastręczał fakt, że kryminalne podziemie było wówczas interdyscyplinarne, więc często pojawiały się propozycje szybkiego zarobku na lewych dokumentach, fałszywkach, a nawet ruskich granatach. W takich przypadkach trzeba było stanowczo odmówić. Jedna z dłuższych operacji z udziałem Gosta trwała prawie rok i dotyczyła kompleksu szklarni, w których zamiast malinowych pomidorów uprawiano konopie indyjskie. Była to ponadnarodowa korporacja, bo pomysłodawcami byli nasi rodacy z Holandii, a "know how" dostarczyli Meksykanie. Było także sporo porażek. Głównie z powodu rutyny i zbytniej pewności siebie. Generalnie to gra pozorów. Chuligani udawali graczy z wyższej ligi, a przykrywkowcy starali się dotrzymać im kroku. Bywało komicznie. Wiele lat póżniej żartowali, że ich porażki stały się kanwą scenariusza, nominowanego do Oskarów "Amerykańskiego przekrętu", opowiadającego historię operacji, prowadzonej przez nieudolnego i ekscentrycznego przykrywkowca z FBI.

Najbardziej skomplikowane działania z udziałem funkcjonariuszy "pod przykryciem", ukierunkowane były na rozpoznanie aktywności kolumbijskich karteli narkotykowych. Bazowano na informacjach od skruszonych kurierów, zatrzymywanych regularnie w Brazylii, Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Nieuchronność odbycia długoletniej kary pozbawienia wolności w jednym z lokalnych centrów penitencjarnych, o dobrotliwie brzmiących nazwach typu "Buen Pastor" (Dobry Pasterz), skłaniała zatrzymanych do rachunku sumienia. Perspektywa była na tyle beznadziejna, że jedyną nadzieją byli panie i panowie ze służb. Zespół nawiązał robocze kontakty ze służbami antynarkotykowymi z kilku krajów Ameryki Południowej. Stworzyło to możliwości infiltracji przeciwnika po obu końcach szlaku. Gost musiał nauczyć się hiszpańskiego i poznać lokalne warunki. Kluczowe były informacje o polskich, przestępczych przyczółkach w Ameryce Łacińskiej, skorumpowanych urzędnikach celnych, załogach statków i pracownikach terminali portowych.

Jednostka, w której służył, ciągle funkcjonowała na peryferiach Urzędu. Metody ich pracy odbiegały od obowiązujących wówczas standardów. Kontrwywiad wymagał cierpliwości i precyzji, a zwalczanie przestępczości narkotykowej dynamiki i współpracy transgranicznej. W kontrwywiadzie, o takim otwarciu wówczas nie było jeszcze mowy. Był to typ zdecydowanie wsobny. Rozwój cyfryzacji stwarzał nowe możliwości rozpoznania. Z dobrodziejstw sieci korzystał także przeciwnik. Głównie dotyczyło to szyfrowanej łączności oraz dystrybucji. "Młode Wilki" dojrzały, przez co stały się bardziej ostrożne i hermetyczne. Por. Gost miał już wtedy więcej tożsamości niż kolegów z pracy. Powoli kończyły się jednak możliwości dalszej eksploatacji wypracowanych i wypróbowanych legend i styków operacyjnych. Wreszcie w służbie znalazło się więcej chętnych do pracy w takiej formule. Na krótko wcielił się w rolę instruktora, ale to nie był jego naturalny żywioł. W tym samym czasie pojawiła się ciekawa propozycja ze strony sojuszników. Inny kontynent, inne środowisko, inne wyzwania i inne ryzyka. Gost chwilę się wahał, ale skoro Polska jest na ostatniej prostej do NATO, to jak sojusznik chce, to ma. Kolejne kierownictwo Urzędu (w części z SB) wahało się krócej niż Gost. W tym przypadku chodziło mniej o satysfakcję przyszłego alianta, ale ugruntowany brak sympatii do "Nielegała". Ponadto obawy o to, że lokalna ferajna przerodzi się w coś na kształt neapolitańskiej La Camorra okazały się na szczęście płonne. Nie te pieniądze i nie ten format przestępców. Ilustracją trendu jest karykaturalna postać niejakiego "Masy", którego ksywka oddaje rozmiar spodni figuranta, a nie wymiar jego przestępczych koneksji.

Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także