Tajniak (cz. II)

Dodano: 
ABW, zdjęcie ilustracyjne
ABW, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP / Jacek Turczyk
Płk Jacek Gawryszewski Na Rakowiecką Gost wpadał wyłącznie po pobory. Tymczasem trwała tam restauracja ancien régimu.

Pierwsza część tekstu dostępna jest tutaj

Początkowe porozumienie na linii Kozłowski – Kiszczak przekształciło się w sojusz, a później w przymierze. Trwały biesiadne celebracje, które z plebejskich i ciasnych MK przeniosły się na salony historycznego obiektu w podwarszawskiej Magdalence. Szefem UOP został Andrzej Kapkowski, długoletni pułkownik SB i świeżo upieczony generał brygady. Okazało się, że rozwiązanie z 1990 r. faktycznie było przejściowe. Umożliwiło przejście esbeków w nowe milenium w zwartym szyku i paradnym krokiem.

Gost po krótkim szkoleniu u aliantów i wariografie zdał legitymację oraz broń do depozytu i zmienił miejsce pełnienia służby. Został relokowany do kraju w północnej Afryce. Zadanie: rozpoznanie jednego z tzw. ruchów narodowo-wyzwoleńczych, który w ramach walki o jedno i drugie stosował terror. Legenda: przedstawiciel handlowy. W praktyce miał uprawiać niekonwencjonalny wywiad zagraniczny. O tyle niekonwencjonalny, że nie pozyskiwał informacji o kraju, w którym przyszło mu "urzędować", tylko o organizacji, którą władze tego kraju uprzejmie tolerowały. Sojusznik refundował koszty.

W porównaniu z wywiadem krajowym, który praktykował do tej pory, było to zajęcie mniej ekscytujące, choć nie pozbawione uroków. Tropienie organizacji terrorystycznej wśród gajów oliwnych i orientalnych bazarów wiele się różniło od śledzenia poczynań "Mokotowa" w okolicach Wilanowa. Aliant chciał, aby Gost z pozycji swojego przykrycia badał potencjał grupy w zakresie posiadanych przez nią środków, chęci ich "prania" i pomnażania. Miał sondować ich skłonność do inwestycji zagranicznych i lokowania kapitału w instytucjach finansowych, wstającej z kolan Europy Środkowo-Wschodniej. W praktyce oznaczało to bankiety, koktajle oraz parę setów w tenisa na rekreacyjnym poziomie. Czasami spotkania w lokalnym korpusie dyplomatycznym, udział w targach, wystawach i konferencjach. O ustaleniach, wrażeniach i ocenach raportował do centrali, która następnie informowała sojusznika. Aby zwiększyć swoją "atrakcyjność" jako konesera lokalnej kultury uczył się języka arabskiego. Przydało się, choć zdołał opanować tylko czytanie i pisanie, co i tak budziło respekt miejscowych. Oczywiście od czasu do czasu sprawdzał, czy lokalne służby nie mają go na oku, więc wykonywał kilka dziwnych ruchów, aby sprowokować je do większej aktywności. Przyszły sojusznik w NATO z rezultatów jego pracy był generalnie zadowolony. Wytknęli mu jednak kilka błędów, które wynikały z braku czasu do pełnej adaptacji do nowych warunków. Na Rakowieckiej wyjazd Gosta był odpowiednio zalegendowany. "Spalony" w czasie obcowania z kryminalnym podziemiem, został oficjalnie oddelegowany do OKKW, gdzie miał szkolić adeptów formuły "under cover". Nigdy go tam nie wiedzieli.

Przygoda z Orientem skończyła się nadspodziewanie szybko. Któregoś dnia otrzymał zaszyfrowanego newsa o mniej więcej takiej treści: "Panie poruczniku. Zbieraj się pan. Za trzy miesiące trzeba zameldować się w Ameryce Łacińskiej. Wraca pan do narkotyków". W ramach wspólnej inicjatywy formalnych już aliantów, sojusz musiał zwiększyć swoje zaangażowanie w walce z kartelami. Wg analiz wywiadowczych, a także ocen służb antynarkotykowych z rejonu, przestępcze syndykaty, cierpiące na na nadmiar nieprzepranej gotówki, postanowiły inwestować w terroryzm. Oczywiście nie chodziło o kolektywną budowę odległego ideologicznie kalifatu. Obecność komórek islamskich integrystów w Azji, Europie, czy na Bliskim Wschodzie będzie angażowała służby, a tym samym ułatwi ekspansję biznesu spadkobierców Pablo Emilio Escobara.

Szkolenie, wariograf, badania lekarskie, egzamin językowy, konsultacje sojusznicze, chłodne pożegnanie w centrali i Gost wyruszył, jak się później okazało na prawie 10 lat do obu Ameryk. Legenda: wolontariat w organizacji pozarządowej, promującej liberalną demokrację. Oczywiście NGO-sa stworzył i utrzymywał sojuszniczy rząd. Misja: rozpoznanie, a gdy będzie sposobność, infiltracja karteli narkotykowych, sfokusowanych na Europę. Zadanie o tyle nietrudne, że w tym czasie styk z kartelem w Quito czy Caracas był łatwiejszy niż kontakt z ulicznym sprzedawcą lizaków lub papierosów na sztuki. Trzeba było jednak uważać, bo tamtejsi "sicarios" pomimo, że głęboko wierzący, byli bezwzględni. De facto kartele prowadziły od wielu lat pełnoskalową wojnę z państwem. Wybierały prezydentów i eliminowały ich oponentów, współżyły z komunistycznymi partyzantkami, podkładały bomby, porywały, a przede wszystkim korumpowały. Projektowi prezesowała DEA, a udziałowcami przedsięwzięcia były służby (głównie policyjne) kilkunastu państw europejskich. Działania koncentrowały się na pozyskiwaniu wcześniej skorumpowanych urzędników, penetrowaniu portów, wspieraniu uczciwych stróży prawa i kaptowaniu kapusi. Standard.

Adaptacja do nowych warunków przebiegła zgodnie z planem. Gost budował sieć kontaktów, prowadząc jednocześnie kampanię autopromocyjną. Kto by nie chciał mieć układu z Europejczykiem, który krzewiąc demokrację i prawa człowieka ma możliwość wstępu prawie wszędzie. Najtrudniej było zdobyć zaufanie lokalnych partnerów, bo ci się po prostu bali. W tej branży money trap zawsze była lepsza niż honey trap. Dolary pomagają przezwyciężyć strach, ale w konfrontacji z wpływami braci Orejuela należało mieć jeszcze inne atrybuty. Oczywiście tak, jak Gost szpiegował "polski desk" w kartelach, tak i oni szpiegowali wolontariusza. Ryzyko zawodowe, więc może dlatego w kraju uznano, że powinien awansować do stopnia kapitana. Ku chwale dalekiej Ojczyzny!

W roku 2002 zlikwidowano jego dotychczasowy zakład pracy. Esbecy już dawno otrząsnęli się z traumy, towarzyszącej "bezprawnej" weryfikacji oraz z szykan, związanych z przejściową transformacją. Gost otrzymał depeszę informującą, że z dniem 1 lipca płacić mu będzie jakieś ABW i tam ma słać meldunki. Adres do korespondencji – bez zmian. Składniki uposażenia oraz stanowisko służbowe – podobnie. Do dziś nie wie, czy zostawiono go w służbie, bo tak chcieli alianci, czy był jakiś inny powód. Być może po prostu był za daleko. W centrali i w delegaturach zwolniono ok. 400 osób. Bez weryfikacji. Rozenek nie uronił nawet jednej łzy.

Do najbardziej uciążliwych obowiązków Gosta należały wizytacje w lokalnych zakładach karnych. Powoli jednak zdobywał zaufanie osadzonych, wśród których była spora reprezentacja "mulas polacas". Od nich dowiadywał się o tym, jak ukrywa się narkotyki, aby bezpiecznie dostarczyć je spod Andów nad Wisłę. Najbardziej oryginalne metody w przypadku detalu to: wodny roztwór chlorowodorku kokainy, w którym zanurzano odzież oraz landschafty malowane farbą z rozcieńczonym narkotykiem. W przypadku przedsięwzięć hurtowych, najbardziej popularne były modyfikowane konstrukcje kontenerów oraz import marmurowych bloków, które ze względu na rozmiary były nie do zważenia ani prześwietlenia. Polski wkład w rozwój przestępczej logistyki to wymiana barterowa tj. kokaina z Medellin za amfetaminę z Łodzi, która docierała na Karaiby w łodziach żaglowych.

W 2008 roku, dziewiąte w okresie służby Gosta kierownictwo, postanowiło przedterminowo zakończyć jego amerykański epizod. Zdobyte doświadczenie okazało się bezcenne, bo ABW zdecydowało się przekazać całość zadań z zakresu walki z narkotykami Policji. Rutynowy wariograf, okresowe badanie lekarskie i ławka rezerwowych. Nie mamy dla pana przydziału i co pan nam może zrobić? – powiedziano mu w kadrach, opanowanych na dłużej przez funkcjonariuszy białostockiej delegatury. Zasugerowano mu szukanie nowego pracodawcy. Dostał nieciekawą propozycję z CBŚ, więc odmówił. Złożył propozycję AW – odmówili. Po kilku miesiącach operacyjnej hibernacji służba postanowiła wysłać go ponownie w teren. Tym razem w charakterze łącznika do jednej z unijnych instytucji, zajmującej się kolektywnym kontrwywiadem i walką z terroryzmem. Oznaczało to konieczność wynurzenia się na powierzchnię, bo łącznik to istota widzialna, ale zgodził się, choć się nie cieszył. Pozacierał resztki śladów po swojej obecności w bliskiej sercu Ameryce Łacińskiej. Szkolenie, test sprawnościowy, legitymacja do depozytu i korzystając z kolei żelaznych, ruszył do zachodniej części zjednoczonej Europy. Spędzi tam prawie pięć lat.

Łącznik

Kojarząca się ze schyłkowym etapem kariery praca oficera łącznikowego okazała się dość ciekawa. Co prawda już bez emocji, towarzyszących rekonesansowi meksykańskiej Tijuany lub Ciudad Juarez, ale nudzić się nie można. Tym bardziej, że unijne instytucje były już wówczas poligonem bojowym agentów Putina. Generalnie kpt. Gost wymieniał informacje, organizował konsultacje i koordynował wspólne operacje. Uczestniczył w niezliczonych posiedzeniach, w trakcie których oprócz siedzenia analitycy zastanawiali się, co grozi UE i jak sobie z tym poradzić. Jedynym problemem tej aktywności był fakt, iż większość nowych koleżanek i kolegów Gosta to bardziej urzędnicy legendarnej, unijnej biurokracji niż oficerowie liniowi. "Unijczycy" lubowali się w kreowaniu problemów, które następnie analizowali, a później, na szczęście tylko wirtualnie zwalczali. Jak przystało na biurokratów, nie ustawali w tworzeniu poziomych bytów administracyjnych. Grupy, podgrupy, centra sytuacyjne, stanowiska i robocze lunche. To ryzyko zawodowe pracy w unijnych instytucjach. Generalnie Gost miał tym razem koncentrować się na walce z międzynarodowym terroryzmem i rosyjskim wywiadem, który wówczas nie był jeszcze zagrożeniem hybrydowym lecz pospolitym. Był to czas apogeum aktywności ISIS, które od dekady prowadziło wojnę z całym światem. Rezultatem były dziesiątki krwawych zamachów i setki ofiar, w tym także wśród Polaków. Największe zagrożenie stanowiły tzw. samotne wilki. Zagrzewani do walki z niewiernymi przez sprytnych i tchórzliwych radykałów szli zabijać innych, a przy okazji siebie. Tu służbom nie wolno było popełnić błędu. Inni byli bardziej zachowawczy, choć nie mniej okrutni. Chcieli przeżyć wojnę o światowy kalifat. Lepiej zorganizowani, skuteczniejsi, z hermetycznym zapleczem, którego penetracja była trudna, ale nie niemożliwa. Najgroźniejsze były hybrydy. Radykał aranżuje zamach, a wykonuje go fanatyk – samobójca. Codzienne obowiązki oficera łącznikowego to dosłownie stały kontakt z centralą, unijnymi partnerami i resztą świata, bo w Brukseli i Hadze akredytowani byli przedstawiciele służb antyterrorystycznych z pięciu kontynentów. Oprócz wymiany danych, trzeba było je także analizować w oparciu o staroświecką dedukcję. Oficer łącznikowy powinien mieć zatem niezbędne doświadczenie zarówno z obszaru pracy operacyjnej jak i dochodzeniowo-śledczej. Na tym stanowisku mile widziana jest także praktyka współpracy z organami prokuratury, bo część działań miała również wymiar czynności procesowych.

Gost łącznikował zatem mniej więcej pół globu. Z drugą połową kontaktował się na bazie dobrych relacji z pierwszą. Praca wymagała dynamiki. Potencjalny terrorysta mógł w ciągu 24 godzin przemieścić się z jednego końca świata na drugi, a trakcie swojej eskapady być w stałym kontakcie z głęboko zakonspirowanymi komórkami wsparcia. Jesteśmy już wszakże w epoce smartfonów. Ważny jest każdy detal. Lidera komanda, które przeprowadziło krwawe zamachy w Paryżu w listopadzie 2015 r. zidentyfikowano na podstawie koloru sportowego obuwia, a jego tymczasową kryjówkę wytropiono, weryfikując klientów jednego z zakładów fryzjerskich w Brukseli. Fascynujące zajęcie, wymagające koncentracji, intuicji, wiedzy i dookólnej orientacji. Centrala była generalnie zadowolona. Zdarzały się jednak sprawy, które budziły zdziwienie partnerów. To efekt hybrydowości zadań Agencji. Od oszustw podatkowych, przez zapobieganie proliferacji broni masowego rażenia, aż po kontrwywiad. Dziwili się, co służba specjalna ma do wyłudzania VAT, ale pomagali, ew. ułatwiali kontakt z inną instytucją.

Kpt. Karol Gost otrzymał awans na majora. W trakcie jednego z pobytów w centrali, kadry wręczyły mu stosowny rozkaz. Po czterech latach wrócił do Warszawy. Przywitanie było chłodniejsze niż pożegnanie. Zaliczył kolejny wariograf (nowszy model), rozliczył rachunki i wylądował na ławce rezerwowych. Na Rakowieckiej, Oczkach i Miłobędzkiej esbeków już prawie nie było, a główną przyczyną ich nieobecności była biologia. Tylko ona była konsekwentna. Struktura, zadania i funkcje ABW w systemie bezpieczeństwa państwa właściwie nie uległy zmianie. Gost, który nigdy nie przyzwyczaił się do rytmu i trybu pracy centrali miał wrażenie déjà vu. Choć ludzie młodsi, to wszystko po staremu. Był to w dalszym ciągu bardziej stateczny, nobliwy i trochę nadęty urząd niż kieszonkowa i wielofunkcyjna komórka państwa do szczególnych poruczeń. Podjął parę prób znalezienia zajęcia, zaliczając przy okazji piąte z rzędu spalone podejście na Miłobędzką. Koleżanek i kolegów, z którymi zdalnie pracował przez wiele lat, też już nie było. Oddał legitymację, broń służbową, rozliczył wyposażenie pokoju i już bez wariografu, po ponad ćwierćwieczu opuścił szeregi. Szabli nie dostał. Otrzymał z kadr jednostronicowy, jawny dokument o nazwie "świadectwo służby", odpowiednik cywilnego świadectwa pracy. To na wypadek, gdyby ktoś chciał go zatrudnić. Został resortowym emerytem w sile wieku.

Był tajniakiem w tajnej służbie, więc podobnie jak bohater najpopularniejszej z powieści Roberta Ludluma, większości rzeczy nie pamięta. Zapominał o wszystkim, co robił na odcinku kontrwywiadu. Przez 18 lat udawał kogoś innego. W toku służby wykształcił drugą naturę. Kłamał i manipulował, aby przechytrzyć przeciwnika, który robił to samo. Miał szczęście, bo prawie zawsze funkcjonował na marginesie systemu, którego urzędnicza rutyna trochę go onieśmielała. Nigdy nie nabył umiejętności systematycznego i rzeczowego sporządzania notatek i raportów. Ten deficyt potwierdza zresztą wynik egzaminu na kursie oficerskim sprzed dwudziestu lat.

O jego byłym zakładzie pracy mówią źle albo jeszcze gorzej. Miał kraść, zamiatać coś pod jakiś dywan, hakować, szantażować i spiskować. W gruncie rzeczy ten ekspercki bełkot jest kojący. Nie wiedzą nic. Inaczej w przypadku aktywu partyjnego, który z tytułu publicznych funkcji wie sporo. Ten, z perwersyjną lubością oskarża służby o wszystko, a najbardziej o to, że służyły ich politycznym przeciwnikom. Ktoś przedawkował Piątka i Rzeczkowskiego.

W polskiej tradycji tajniak kojarzy się fatalnie. W powszechnej percepcji był to opłacany z budżetu urzędnik, który w konspiracji realizuje nieczyste intencje opresyjnego reżimu. Do tego szyderczy wizerunek smutnego pana (a równouprawnienie?) w długim prochowcu, pod którym ukrywał służbową pałkę. Nawet dzisiaj trudno skutecznie walczyć z tym stereotypem, bo urzędnik klasy "nielegał" i "szpieg" bronić się nie może. W końcu zobowiązał się do milczenia.

Państwo na razie nie wie, co z emerytowanymi tajniakami w sile wieku począć. Jego przedstawiciele najczęściej dochodzą do wniosku, że skoro wyszkoliliśmy ich do realizcji specjalnych zadań, to w zwyczajnych warunkach sobie poradzą. W zasadzie to logiczne podejście, choć inne, bardziej "wkluczające" też nie byłoby pozbawione sensu. No ale ten wariant wymaga odpolitycznienia państwa, a to w naszych warunkach mission impossible.

Pomimo, że zawodowe cv tajniaka jest prawdziwe, jego dane nie są znane nawet redakcji.

Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także