Poseł Marek Jakubiak na antenie Radia Wnet stanowczo poddał pod wątpliwość oficjalną narrację obozu władzy na temat incydentów przy wschodniej granicy.
W ocenie lidera Wolnych Republikanów nagłe nagłaśnianie przelotów bezzałogowców blisko polskiej granicy wynika z kalkulacji politycznej. Polityk przypomniał, że od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej drony pojawiają się przy polskiej przestrzeni powietrznej w konsekwencji ataków Rosji na cele na zachodniej Ukrainie, ale dopiero ostatnio zaczęto organizować wokół tego główną narrację rządu.
Parlamentarzysta zwrócił też uwagę, że naruszenia granicy przez balony czy prymitywne drony przemytnicze trwało od dawna, ale nagle władze i prorządowe media zaczęły to bardzo mocno nagłaśniać. – Czyżby drony do tej pory nie wpadały na terytorium Polski? No przecież oczywiście, że tak. Prymitywne konstrukcje z początkowej fazy wojny urywały się ze smyczy i leciały, dopóki miały paliwo – przypomniał poseł.
Jakubiak: Potrzebna 50-kilometrowa strefa zakazu lotów
Polityk przekonywał, że rząd może podjąć stosunkowo proste i skuteczny ruch. – Gdybym był na miejscu Ministerstwa Obrony Narodowej, zarządziłbym strefę 50 kilometrów zakazu lotów czegokolwiek. Jak coś wleci, powinno być zestrzelone i tyle. Tam powinny stać stałe punkty obserwacyjne i zwalczania nisko lecących celów – postulował poseł Wolnych Republikanów
Jakubiak przedstawił także koncepcję taniego, obywatelskiego systemu wczesnego ostrzegania opartego na numerze alarmowym. Projekt miałby kosztować zaledwie kilka milionów złotych.
– Mówiłem o prostym systemie, który kosztowałby 5 do 10 milionów. System taki jak 112, na przykład trzy jedynki – 111. Widzę nisko lecący statek powietrzny, wykręcam 111 i sygnał trafia do Centrum Dowodzenia Operacji Powietrznych. Na mapie interaktywnej natychmiast pojawia się migająca kropeczka. Bez obywatela nic się nie zrobi – proponował Jakubiak.
Poseł ostrzega: Chcą nas wprowadzić do wojny
Polityk nie krył obaw wobec działań rządu Donalda Tuska. W jego opinii ewakuacje szkół i syreny alarmowe w rejonach wschodnich służą wywołaniu psychozy strachu.
– To jest absolutnie sianie zgrozy i atmosfery, która ma spowodować, że społeczeństwo otworzy się na akceptowanie tego, co się dzieje. Oni szukają sztucznie problemów. Oni chcą nas wprowadzić do wojny, takie jest moje wrażenie – ostrzegł poseł. – O wrażeniach chyba mogę mówić, bo Tusk powiedział z mównicy sejmowej, że nie wolno nic mówić, bo Rosjanie – dodał.
Jakubiak dodał, że gdy półtora roku temu w Sejmie gościł unijny komisarz ds. bezpieczeństwa i cyberbezpieczeństwa, to powiedział jasno, że główne cele programu pożyczek SAFE to pomoc Ukrainie i pomoc europejskiemu przemysłowi obronnemu.
Wojenna narracja rządu nastawiona na efekt flagi?
Komunikaty ostrzegawcze rozsyłane są Polakom ze wschodnich województw nawet wtedy, gdy żaden obiekt nie narusza polskiej przestrzeni powietrznej. Rosjanie atakują bowiem zachodnią Ukrainę, nie Polskę. Mimo to, obóz władzy i prorządowe media tworzą atmosferę grozy.
Ekspert marketingu politycznego Piotr Matczuk powiedział w rozmowie z Łukaszem Jankowskim w Radio Wnet, że za wzmożeniem wojennej narracji przez premiera Donalda Tuska oraz wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza stoi próba wywołania tzw. efektu flagi. Jest to znany mechanizm socjologiczny, w którym rządzący liczą na to, że obywatele w obliczu zewnętrznego niebezpieczeństwa – realnego lub wyimaginowanego – gromadzą się wokół aktualnej władzy. Dzięki temu władza może odwracać uwagę ludzi np. od afer i nieudolnych rządów i przekierowywać emocje ludzi na strach przed wskazywanym wrogiem zewnętrznym.
Czytaj też:
Sens straszenia wojną Czytaj też:
Mięso armatnie elit
