Stany Zjednoczone Europy” miały powstać do roku 2025. Taką przynajmniej datę podawał zapomniany dziś już, ale wówczas wpływowy przewodniczący Parlamentu Europejskiego, a potem szef niemieckiej SPD Martin Schulz, strasząc nas, że jeśli się nie podporządkujemy, zostaniemy z Unii Europejskiej wyrzuceni. Na razie udało się tylko skopiować pewne amerykańskie rytuały, na czele z dorocznym przemówieniem „state of the union address”. Przewodnicząca Komisji Europejskiej wygłasza je co roku, wzorem prezydenta USA, i właśnie zrobiła to w minionym tygodniu podczas plenarnego posiedzenia Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.
Wiele środowisk, szczególnie europejskie sfery biznesowe, wiązało z tym wystąpieniem spore oczekiwania. Europa jest w kryzysie, traci udział w światowym PKB, traci uciekający za granicę przemysł, przegrała z USA i Azją wyścig innowacyjności, czego dobitnym dowodem jest to, że opuściły ją praktycznie wszystkie firmy technologiczne (jedyna pozostała, holenderski ASML, pracuje dla Ameryki i Azji; jak ogłosiła ostatnio, jej sprzedaż w Europie spadła praktycznie do zera, bo nie pozostała tu już żadna fabryka, która by potrzebowała i była w stanie użyć jej wysoko zaawansowanych systemów drukowania układów scalonych).
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

