Idą wybory, więc trzeba wojny
  • Witold RepetowiczAutor:Witold Repetowicz

Idą wybory, więc trzeba wojny

Dodano: 
Benjamin Netanjahu i Recep Erdogan
Benjamin Netanjahu i Recep Erdogan Źródło: PAP/EPA
Mało wiarygodna propaganda sukcesu nie pompuje popularności premiera Beniamina Netanjahu przed izraelskimi wyborami parlamentarnymi. Tymczasem Izrael od dawna pogrąża się w amoku i szuka nowych wrogów. Przyciskany przez ekstremistycznych koalicjantów-rywali izraelski premier coraz mocniej prowokuje więc Turcję do konfrontacji zbrojnej. Wojna to najlepsza ucieczka do przodu trzęsących się u podstaw reżimów, choć zwykle kończy się to dla nich tragicznie

Historia zna wiele przypadków, gdy chylące się ku upadkowi reżimy doprowadzały do wojen, które miały pompować ich popularność na fali nacjonalistycznego uniesienia, a w rzeczywistości przynosiły im klęskę i zgubę. Tak było z grecką juntą w 1974 r. czy argentyńską w 1982 r. Fakt, Netanjahu różni się od greckich „czarnych pułkowników” czy też argentyńskiego gen. Leopoldo Galtieriego tym, że został demokratycznie wybrany, a w Izraelu wciąż panuje wolność słowa i zgromadzeń (choć nie dla Palestyńczyków). Pamiętajmy jednak, że III Rzesza też długo zachowywała pozory rządów prawa, choć oczywiście różnicą jest to, że w Izraelu panuje pełny pluralizm partyjny.

Ale jak ten pluralizm wygląda w praktyce? Na 14 miejsc w 120-osobowym Knesecie mogą liczyć dwie współrządzące partie ekstremistyczne Bezalela Smotricza i Itamara Ben-Gwira. To zwolennicy wypędzania milionów cywilów z ich domów, organizatorzy terrorystycznych bojówek tzw. osadników, marzący o aneksji sąsiednich terytoriów, bombardowaniu Palestyńczyków i Libańczyków „na oślep”, burzeniu arabskich domów i planujący robienie z egzekucji Palestyńczyków masowego widowiska.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.
Czytaj także