Fragment rozmowy Mariusza Staniszewskiego z Leszkiem Millerem, byłym prezesem Rady Ministrów, przewodniczącym SLD. Całość w 12. numerze Do Rzeczy.
Mariusz Staniszewski: Chce pan zostać wicepremierem w rządzie Donalda Tuska?
Leszek Miller: Nie mam takich zamiarów i wszelkie pogłoski o tym, że zabiegam o jakąś koalicję z Platformą Obywatelską, są nieprawdziwe.
MS: To są pogłoski z pana klubu.
LM: Być może są posłowie SLD, którym się to
marzy, ale nie mnie.
MS:Ostatnio nie jest pan jednak zbyt krytyczny wobec rządu Tuska.
LM: Jestem krytyczny wtedy, kiedy trzeba, ale mam w tym pewne ograniczenie. Wynika ono z faktu, że byłem premierem i w przeciwieństwie do wielu parlamentarzystów wiem, co jest możliwe, a co nie.
MS: I nie przeszkadza panu, że to rząd, który podwoił deficyt finansów publicznych?
LM: Oczywiście, że mi przeszkadza. Dzisiaj dług publiczny to ponad 830 mld zł. Bardziej od deficytu niepokoi mnie jednak spadające tempo wzrostu gospodarczego i rosnące bezrobocie.
MS:Ostatnie dane GUS zapowiadają stagnację, a nawet
recesję.
LM: Ciekaw jestem, jakie będą dane za pierwszy kwartał tego roku. Ale na moje oko to nie będzie więcej niż pół procent wzrostu. A to pokazuje, jak szybko gaśnie gospodarka.
MS: Za wzrost na kredyt, jaki mieliśmy przez ostatnie sześć lat, w końcu będzie musiał zapłacić nie tylko ten rząd, ale też następny.
LM: Rząd Tuska stoi przed dylematem: albo jego priorytetami nadal będą polityka monetarna i fiskalizm, albo wzrost gospodarczy. W takich sytuacjach zawsze warto zadać sobie pytanie o pozycje ministra finansów i ministra gospodarki. Przy porównaniu szefów tych dwóch resortów nie mamy wątpliwości, kto jest ważniejszy. W tym się zawiera strategia rozwoju gospodarczego.
MS: Czyli mówi pan o dalszym pompowaniu wzrostu, a więc zadłużaniu się.
MS: Nic nie dzieje się bez kosztów. Podobny dylemat miałem w 2001 r., kiedy wzrost był na poziomie zerowym i mieliśmy bardzo wysokie bezrobocie. Działaliśmy dwutorowo – cięliśmy niepotrzebne wydatki, by ratować finanse publiczne, ale mieliśmy też ofensywny program wzrostu, który nazwaliśmy „1, 3, 5”. W pierwszym roku rządzenia mieliśmy osiągnąć 1 proc. wzrostu PKB, w drugim 3 proc., a w trzecim 5 proc. I to zostało osiągnięte. Gdybym był na miejscu premiera Tuska, robiłbym dokładnie to samo: pilnowałbym deficytu, ale co najmniej tak samo poważnie traktowałbym wzrost gospodarczy.
(...)
MS:To nie ironia, że pan – premier lewicowego rządu – podatki obniżał, a Tusk, nominalnie szef rządu liberalnego, je podnosi?
LM: Uznałem, że decyzją, która może zachęcić inwestorów i zdynamizować gospodarkę, jest obniżenie podatków dla firm, czyli CIT. Daliśmy też wtedy możliwość samozatrudnienia. To był silny impuls rozwojowy. Do dziś zresztą podczas spotkań z wyborcami zwłaszcza mali przedsiębiorcy mi za tamten krok dziękują. Błąd został popełniony przez premiera Kaczyńskiego, który zniósł trzecią stawkę podatkową. Premier Tusk, by zasypać powstałą szczelinę w finansach państwa, podniósł VAT. Ale ten podatek uderza we wszystkich, także najbiedniejszych, a zdjęcie trzeciej stawki podatkowej to był prezent dla najbogatszych.
(...)
MS: Chciałby pan, by podczas kampanii SLD przypominano, iż jeden z liderów brał pieniądze od dyktatora Kazachstanu, a jego żona od prezydenta Egiptu?
LM: Proszę mnie nie wciągać w tę dyskusję. To, że Aleksander Kwaśniewski jest doradcą różnych gremiów, jest sprawą znaną od
dawna. Zaskoczyło mnie natomiast, że informację tę upubliczniła „Gazeta Wyborcza”. Oczywiście te kwestie dla Kwaśniewskiego, jeśli zdecyduje się startować, będą trudne, bo stale będzie o to pytany.
MS: Czyli jednak byłby obciążeniem?
LM: Jeśli Kwaśniewski pójdzie razem z SLD, to damy sobie z tym radę.
(...)
Całość rozmowy w najnowszym wydaniu Tygodnika Do Rzeczy.
