Lekarz odpowiada za operację, po której 24-letnia Wiktoria straciła macicę, oba jajniki i jajowody. Prokuratura zarzuca mu umyślne spowodowanie ciężkiego uszkodzenia ciała. Grozi mu do 20 lat więzienia.
Operacja, po której Wiktoria nie będzie miała dzieci
Do zabiegu doszło w kwietniu 2024 roku. Wiktoria trafiła do szpitala z bólem brzucha. Badania wykazały zmianę na prawym jajniku. Podczas operacji prof. Dariusz S. usunął guz i zlecił badanie śródoperacyjne, które miało odpowiedzieć, czy zmiana jest złośliwa. Na wynik jednak nie poczekał. Zamiast tego podjął decyzję o radykalnym rozszerzeniu operacji. Usunął pacjentce wszystkie narządy rozrodcze.
Wynik badania przyszedł już po zabiegu. Wskazywał na potworniaka niezłośliwego. Ostateczna diagnoza wykazała co prawda nowotwór złośliwy, ale o najniższym stopniu złośliwości i bardzo dobrym rokowaniu. Według biegłego tak rozległa operacja nie była konieczna. Wystarczyć miało samo usunięcie guza.
"Ratowałem jej życie"
W czwartek lekarz po raz pierwszy zabrał głos przed sądem. Nie przyznał się do winy. – W swojej pracy zawsze kierowałem się najwyższym dobrem pacjenta – mówił. Podkreślał swoje ponad 30-letnie doświadczenie i tysiące przeprowadzonych operacji. Twierdził, że w trakcie zabiegu był przekonany, że ma do czynienia z rozsianym procesem nowotworowym. – Byłem całkowicie przekonany, że mam do czynienia z zaawansowaną chorobą – mówił.
– Kiedy uznałem, że realne jest zagrożenie życia, zdecydowałem się na poszerzenie zakresu operacji – dodał. – Jest mi przykro, że kierując się obowiązkiem ratowania życia, byłem zmuszony usunąć jej organy kobiece – podsumował.
Przed sądem lekarz szczegółowo opisywał wyniki badań i obraz pola operacyjnego. Nie odpowiedział jednak na kluczowe pytanie: dlaczego nie zaczekał na wynik badania, które sam zlecił. Biegły ocenił, że brak oczekiwania na wynik był działaniem „irracjonalnym i błędnym”, a decyzja o rozszerzeniu operacji opierała się wyłącznie na subiektywnej ocenie lekarza. Pełnomocnik Wiktorii, adwokat Krzysztof Urbańczak, mówi wprost: – Najbardziej zaskakuje brak odniesienia do podstawowego zarzutu, czyli nieoczekiwania na wynik badania śródoperacyjnego. To istota tej sprawy. I dodaje: – Właśnie po to mamy diagnostykę, by nie opierać się na „pewności na oko”. Jesteśmy w XXI wieku.
Wiktoria na sali rozpraw
"Wiktoria zgłosiła się do szpitala w kwietniu 2024 roku. Od dwóch tygodni bolał ją brzuch. Badanie USG wykryło podejrzaną zmianę na prawym jajniku. Potwierdził to tomograf komputerowy. Zmiana miała cztery centymetry i mogła być guzem jajnika. Jeszcze przed zabiegiem Wiktoria korespondowała z koleżanką, której mama jest lekarką. Koleżanka uspokajała: nie martw się, nawet jeśli usuną ci jeden jajnik, to zostaje drugi, będziesz mogła zajść w ciążę, urodzić dzieci. Wiktoria obudziła się obolała. Nie miała obu jajników, macicy i jajowodów. Prof. Dariusz Sz. powiedział jej o tym dopiero cztery dni po operacji" – opisywała w lutym "Gazeta Wyborcza".
Pierwotny zarzut dotyczył nieumyślnego popełnienia przestępstwa, jednak na początku lutego 2026 roku prokuratura zmieniła jednak zarzut na umyślne uszkodzenie ciała.
Czytaj też:
Ginekolog okaleczył pacjentkę. "Wypatroszył ją jak rzeźnik"Czytaj też:
"Za mówienie prawdy można wylecieć". Rzecznik NIL o uciszaniu lekarzy w Polsce
